banner ad

Teodor Jeske-Choiński: Walka Lutra z katolicyzmem cz.2/3

| 8 listopada 2014 | 0 Komentarzy

Teodor_Jeske_ChoińskiIII.

Wróciwszy do swojego uniwersytetu, do Wittenbergu, medytował Luther nad człowiekiem, badając, kim, czem jest. Strzeliło mu do głowy, iż żaden człowiek nie jest uczciwym, dobrym, szlachetnym, bogobojnym chrześcianinem, lecz nawskroś kreaturą złą, podłą, którą można tylko wiarą ocalić. Do jednego ze swoich przyjaciół mówił: „Bądź grzesznikiem i grzesz odważnie, ale jeszcze odważniej wierz i ciesz się w Chrystusie, który jest zwycięzcą grzechu”.

Znaczy to: rób, co chcesz, baw się, hulaj, rabuj, co tylko możesz, drwij sobie z cnoty, bylebyś wierzył w Chrystusa, Chrystus otworzy dla ciebie bramę nieba.

Zabawna nowa religia… Gdyby poszła tą waryacką drogą, byłby człowiek gorszym i głupszym od zwierzęcia. Pies byłby lepszym od niego a lis sprytniejszym. Chrześcianin musi być nietylko wiernym spekulantem, ale także uczciwym, prawym, panującym nad sobą, nad swoimi grzechami. Są rozmaitego gatunku egoiści, myślący tylko o swoim brzuchu i wygodach, ale któż będzie tych sobków prowadził do nieba? Przecież nie Chrystus Pan; chyba że samolub zrzuci z siebie w samą porę brudny egoizm i podłość podłej duszy.

Wiara bez cnoty, bez bogobojności nie może być wiarą prawdziwą. Może być tylko kłamstwem albo strachem przed śmiercią.

Słusznie mówił Marcin Pollich, rektor uniwersytetu wittenberskiego: „Luther będzie miał dziwne fantazye”. Miał je rzeczywiście. Bezustannie myślał, co robić, jak się zachowywać, dokąd dążyć. Zresztą nie on tylko chciał być dowódcą wiary i mądrzejszym od papieżów, kardynałów i biskupów. Uprzedzili go: Jan Hus, Wiklef i inni.

Aż do roku 1517 szanował Papieżów, chociaż przemawiał dość często w odczytach uniwersyteckich i na kazaniach kościelnych przeciw obyczajom katolików.

Nagle zaczął się odczepiać od Rzymu (1517 r.). Wiadomo, że Papieże XV stulecia starali się ozdobić kościoły rzymskie, głównie katedrę św. Piotra i pałac Watykan. Zajął się tą pracą już Papież Kalikst III (1455

1458 r.), ale rychła śmierć zatrzymała jego plan. Starał się o to samo Juliusz II, lubiący piękne kościoły, ołtarze, wspaniały pałac i dzieła sztuki (Malarstwa i rzeźby). Walcząc z Cezarem Borgią i chciwymi lennikami, tracił na krwawem polu całe dochody papieskie. Czuł, że nie da sobie sam rady, że potrzeba mu pomocy wszystkich katolików i że musi żądać od swoich „owieczek” zapomogi, odpustu.

I on nie zdążył postawić chociażby katedry, bo i on powędrował także przedwcześnie na drugi świat (1513 r.).

Po jego śmierci zabrał się do roboty następny Papież, Leon X, syn bogatego Wawrzyńca de Medici, zwany „Wspaniałym”.

Leon X mógł sypać obficie mamoną, ale nie był tak „wspaniałym”, hojnym, gościnnym, jak jego rodzic. Każdy katolik miał po spowiedzi i Komunii św. dawać opłatę stosowną do jego majątku. Papież rozkazał arcybiskupowi Albrechtowi pilnować: Moguncyi, Magdeburga, Halberstadta i Brandenburga, aby płaciły zapomogę dla kościołów rzymskich. Arcybiskupa zastąpił zakonnik, Jan Tetzel z Parmy, znakomity kaznodzieja dla ludu i teolog. Tetzel wzywał bezustannie z ambony lud niemiecki, aby dał co może Papieżowi. Zbyt gorliwym był, zanadto żądał od biednych włościan. Nietylko chłopi gniewali się na Tetzla, lecz także inteligenci, a głównie humaniści owego czasu. Do tych humanistów należał Luther, już jako uczeń uniwersytecki, co było niewątpliwie przyczyną jego „fantazyi”, nie mającej nic wspólnego z bogobojnością. Na obroży trzymał go dotąd klasztor. Kazania Tetzla zdjęły z niego obrożę i otworzyły mu drogę do jego fantazyi. Uczuł się wolnym i zaczął gadać dziwaczne mądrości, bez których się ludzie rozumni mogą obyć.

Dwaj zakonnicy, Tetzel i Luther, zaczęli walkę z sobą. Tetzel, przybywszy w pobliże Wittenbergu, służył Papieżowi, a Luther głównie chłopom. Obaj mistrzowie, doskonali mówcy, podniecali się tezami i dyskusyą. Tez skomponował Luther 95 sztuk i przylepił je do murów kościoła wittenberskiego (31 października 1517 r.). W 86 tezie pisał jak następuje: „dlaczego Papież, bogatszy od Krezusa, nie buduje Ś go Piotra chętniej własnemi pieniędzmi, aniżeli ubogich chłopów”.

Oprócz takich niegrzecznych tez, wmówił w siebie Luther (jak nam opowiada Jan Jansen w swojej „Historyi niemieckiego ludu”), że jego „działalność jest rozkazem Boga i jego wszystkie twierdzenia są skończoną prawdą, o której nigdy nie może zapomnieć”.

Miał o sobie dobre mniemanie, postawił się na czele religii chrześciańskiej, mówił do swoich przyjaciół uczonych, wykształconych lepiej, głębiej od niego, że tylko on może być reformatorem Kościoła. Wtrącał się pomału we wszystkie sprawy religijne coraz wyraźniej i odważniej, po swojemu. Zmiarkowano to w Rzymie, i zmiarkował także w roku 1518 cesarz Maksymilian. Cesarz katolicki posyłał listy do Papieża, prosząc go, aby się zabrał ostro do Luthra, który grozi wspólnej, jednolitej wierze i zmienia ją na „prywatne, swawolne mniemania”.

Luthrowi zdawało się, że zjedna sobie oprócz chłopów także wszystkich uczonych Niemców, a przedewszystkiem swoich przyjaciół. Omylił się… Jan Eck, profesor teologii w uniwersytecie Ingolstadtu i kanonik należał do jego przyjaciół a mimo to obszedł się z nim bardzo ostro, zarzucił mu odstępstwo od katolicyzmu i naśladowanie husytów. Luther zaprzeczał swoich stosunków z czeskimi odszczepieńcami i obiecał, że nie będzie nigdy myślał o tem, do czego Hus zmierzał. Do Papieża pisał: „chcę się poddać Papieżowi i Kościołowi, ale tylko wtedy, jeżeli Kościół uzna jego osobiste poglądy jako prawdziwe i przyjmie jego „nową Ewangelię”.

Zdziwił się Watykan, nie spodziewał się arogancyi zakonnika, nie należącego do gromady kardynałów i biskupów. Dygnitarze kościelni chcieli się przypatrzeć temu oryginalnemu kapłanowi. Papież posłał w październiku 1518 roku do Augsburga kardynała Cajetana, aby zbadał psychologię i charakter Luthra. „Zuch” reformatorski wystraszył się. Aha, pomyślał, dygnitarze rzymscy wyleją mi zapewne na łeb słowa klątwy. By się zabezpieczyć w Niemczech, głównie w wioskach, zamieszkałych przez lud, wygłosił kazanie lekceważące wszelkie klątwy. Wezwany do Augsburga, udał się do niego. Kardynał Cajetan przyjął go uprzejmie, nie przestraszał go wcale, ani jednem słowem, badając jego duszę. Luther zmiarkował ten grzeczny egzamin, który mu nie przypadł do smaku. Zamiast słuchać wytwornej mowy miłego kardynała, obawiał się aresztu i drapnął po cichu z Augsburga i wrócił do Wittenbergu.

Chcąc przekonać swoich przyjaciół, że tylko on rozumie religię, wiarę, postanowił dyskutować z Eckiem w Lipsku. Książę saski, Jerzy, silny i prawy charakter, był ciekawym, co też Luther powie o katolicyzmie, był bowiem sam szczerym katolikiem i niecierpiał kłótni religijnej. By przeciwnicy, Luther i Eck, mogli ruszać się wygodnie w licznej gromadzie słuchaczów, otworzył dla nich swój wspaniały pałac w Pleissenburgu. Na dyskusyę przybyło dużo uczonych profesorów i obywateli lipskich. W tej gromadzie bywał także książę codziennie.

Eck, kapłan katolicki i uczony, dawny przyjaciel Luthra, a obecnie nieznoszący jego „nowej wiary”, jego nienawiści do Papieżów i Kościoła, stawił się w czerwcu 1519 do dyskusyi.

Bitwa na języki zaczęła się 27 czerwca i skończyła się 15 lipca. Luther nie oszczędzał swojego języka i gwałtownej wymowy. Krzyczeć głośno umiał doskonale, a Eck potrafił dysputować szybko i mądrze. Luther nie lubił krytyki, miał się za jedynego uczciwego i genialnego kapłana. Gniewał się, naturalnie, gdy go Eck kilka razy wydrwił. W złości odpowiedział przeciwnikowi, że „takie ogólne Koncylia (Concilia) mogą się mylić w sprawach wiary i omyliły się już nieraz”. Na to rzekł mu Eck: „Jeżeli tak myślicie, to widzę w waszej duszy poganina i celnika”.

Dyskusya lipska pobiła reformatora. Niemcy milczeli, a Sorbona francuska, której posłano dokumenty i akta dyskusyi, obeszła się z Luthrem bardzo ostro w r. 1521. Dyskusya lipska pozbawiła jeszcze „twórcę nowej wiary” przyjaźni i życzliwości księcia Jerzego, któremu nie podobały się jego dowody.

Luther czując, że go nie wszyscy lubią, starał się o przyjaźń husytów. Zjednywał sobie ich szacunek już podczas niefortunnej dyskusyi, bo otrzymał 3 października 1519 roku dwa listy z Pragi. Husyci czescy przysłali mu bardzo przyjemną odpowiedź. „Czem był kiedyś Jan Hus w Czechach — pisał do niego jakiś proboszcz — jesteś teraz ty, Marcinie, w Saksonii. Dlatego módl się i bądź mocnym, silnym, nie opuść rąk, gdyby cię uczynili kacerzem; pamiętaj, co zniósł Chrystus i apostołowie”. Drugi husyta ostrzegał go: „Nie pozwól się schwycić antychrystowi; antychryst rozporządza tysiącem dróg, prowadzących do szkody; niech się Chrystus tobą opiekuje”.

Te listy, przysłane z Pragi, zjednały sobie Luthra. Nowy „reformator” stał się w lutym 1520 roku husytem i pisał do Spalatina: „ja, głupiec, nic o tem nie wiedząc, uczyłem się wszystkiego z nauk Jana Husa; my jesteśmy wszyscy husytami, nie zdając sobie z tego sprawy; św. Paweł i św. Augustyn są także husytami. Hus jest wielkim męczennikiem Chrystusa i trzeba go nazwać świętym.”

Wiadomo, że husyci rozkrzewiali swą „nową ewangelię” ogniem i mieczem. Straszne, okrutne były wojny tych niby bogobojnych ewangelików. Naśladować ich chciał Luther, co potwierdza jego list do Spalatina: „Przysięgam ci, jeżeli rozumiesz dobrze ewangelię, to nie wierz, iż ona musi się obyć bez tumultu, gniewu i buntu. Słowem Boga jest: miecz, wojna, zniszczenie, zburzenie, gniew, trucizna”.

Nazywać św. Pawła i św. Augustyna husytami niema sensu. Jeden i drugi byli nawskroś wykonawcami ewangelii Chrystusa Pana i nie potępiali ludzi tak, jak to czynili husyci i Luther. Zamiast obrażać chrześcian, uczyli ich uczciwości, obowiązku i cnoty. O mieczu, wojnie, zniszczeniu, zburzeniu, gniewie, truciznie, co ma być „słowem Boga”, nie mówili nigdy. Każde ich słowo tryskało z czystego serca.

Luther odgrywał rolę bohatera, mówił wiele o sobie, o swojej odwadze i mądrości, ale bohaterstwa nie było w jego sercu. Bał się byle czego, ciągle mu się zdawało, że go ktoś zamorduje. Ze strachu chorował często. Do swojego przyjaciela, Spalatina, pisał już 16 kwietnia 1520 roku: „ostrzegano mnie, że jakiś doktór medycyny chciał mnie zabić”.

Tak się obawiał śmierci, iż prosił o pomoc kilku rycerzów: Huttena, Sickinga i Schaumburga. Schaumburg obiecał mu natychmiast opiekę stu szlachciców.

Ulrich von Hutten i Franciszek von Sickingen namawiali i zachęcali go do rozrzucenia po całym kraju niemieckim mnóstwa broszur, aby się lud dowiedział, jak „trzeba wierzyć”. Czego chcieli od niego, uczynił chętnie, puścił w ruch całą furę swoich różnych książek, które oddalały jego zwolenników niemieckich od Rzymu, czyli wiary katolickiej.

Widząc, co się dzieje w Niemczech i co dziać się może w innych krajach chrześciańskich, postanowił Watykan obezwładnić Lutra. W tym celu pozwolił mu namyślać się 60 dni. Jeśli zrzeknie się swoich błędów, przyjmie go Papież życzliwie, uprzejmie, przebaczy mu jego zuchwalstwo, zwolni go z grzechów bez kary; jeśli zaś będzie obrażał dalej Kościół katolicki i nie będzie posłusznym Papieżowi, spadnie na niego klątwa.

Klątwa spadła na niego z Rzymu, gdy nie uważał za potrzebne być posłusznym Papieżowi. Luther pienił się z gniewu, miotał się ze złości, gdy mu z Rzymu przysłano dokument klątwy. Tak się roznamiętnił, iż spalił papieską bullę (10 grudnia 1520 r.). Bywał zawsze tak gwałtownym. Mówić spokojnie i rozważnie nie umiał, albo nie chciał. Ukarany przez Watykan, miotał się jak opętany. Mszcząc się za swoją karę, starał się zniszczyć katolicyzm. Tysiące broszur rozrzucił znów po wsiach i miasteczkach, pisząc paszkwile i drwiny przeciw Rzymowi. Chodziło mu głównie o chłopów, aby ich zjednać dla siebie. W tej nieszlachetnej robocie pomagali mu jego koledzy uniwersyteccy, humaniści. Najwięcej służyli mu Hutten i Łukasz Cranach (malarz). Jeszcze przed klątwą Watykanu klął Luther sam na Rzymian. Klął po głupiemu. Pisał do Spalatina w czerwcu 1520 roku, że „w Rzymie są wszyscy waryatami, głupcami, wściekłymi, idyotami, drągami, kamieniami, piekłem i dyabłem”. Z takiej zwaryowanej klątwy można się tylko wesoło śmiać. W drugim liście do Spalatina pisał jeszcze: „ja gardzę wściekłością Rzymian i ich łaską. Nie chcę się już nigdy z nimi pogodzić; niech mnie przeklną i spalą… Sylwester von Schaumburg i Franciszek von Sickingen uwolnili mnie od strachu ludzkiego… Więc nie obawiam się już, lecz wydaję właśnie książkę niemiecką przeciw Papieżowi. Chwytam gwałtownie Papieża jako antychrysta”.

Zdawało się, że Luther, mnich, literat, kaznodzieja i stróż chrześciaństwa, zajmował się tylko religią, omijając politykę, kto jednak umiał czytać uważnie jego broszury i słuchać jego kazania, wiedział do czego „nowy prorok” zdąża.

Nietylko duszy ludzkiej pilnował Luther, lecz także dobrobytu chłopów i ubogich, zbankrutowanych szlachciców niemieckich. W broszurach swoich podniecał ciągle lud wiejski i podupadłych rycerzów przeciw książętom, bogatym rycerzom, i bardzo bogatym biskupom i opatom. Chłopi i ubodzy rycerze poszli jego drogą. O „nową religię” nie chodziło im wcale. Zamiast modlić się i korzyć się przed Bogiem, wyciągali chciwe ręce po cudze mienie.

Luther niby bardzo bogobojny, jak mówili o nim jego przyjaciele, nie zwracał uwagi na charakter swoich ziomków. Zaczął przecież od samego początku swojej działalności reformatorskiej lekceważyć modlitwę religijną, Potrzeba ci tylko wiary — mawiał do swoich zwolenników — a bez dobrych uczynków cnoty możesz się obyć.

Od roku 1520 szedł Luther więcej drogą wojenną i polityczną, aniżeli religijną, bo ruch ludu zaczął wojnę już tu i owdzie z klasztorami katolickiemi, z biskupami i magnatami świeckimi. Więc nie reformacya religii chrześciańskiej zaczęła panować w Niemczech, lecz zwyczajna, okrutna, krwawa rewolucya głównie motłochu, która zjawia się od czasu do czasu w różnych narodach i państwach. Co się dziś nazywa bolszewizmem, działo się także w Niemczech w XVI stuleciu. Nie wybuchnęły odrazu kradzieże, rabunki, w klasztorach, pałacach i zamkach. Powoli rozwijała się ta zbrodnia ludu i zdemoralizowanych, ubogich rycerzów.

Luther podniecał ciągle chłopstwo przeciw katolicyzmowi i Papieżowi.

Wiadomo, że motłoch zdziczały nie słucha nikogo, nawet Boga, — staje się głodnym tygrysem, szakalem, żmiją, zwaryowanym mordercą — kradnie wszystko, co spostrzeże, i zabija nawet niewinne niewiasty i dzieci. Taka dzika hołota chce być koniecznie bogaczem i wodzem narodu, co jej się naturalnie nie udaje, bo rządy rozumne i energiczne, stanąwszy na czele wojska, niszczą głupią jej pychę i zbrodnię.

Nieuważnie wzywał Luther chłopów do „pełnej wolności”. Lud myślał, że ludziom wolnym — wolno wszystko, co mu się tylko podoba; nie wiedział, że nawet cesarze, królowie, wodzowie, uczeni i mądrzy mężowie omijają egoizm, zuchwalstwo i podłość, jeśli nie otrą się o szalonych Neronów i tego rodzaju łotrów.

Także ubogą szlachtę podniecał Luther do buntu, do wojny, chodziło mu bowiem o przewrót chrześciaństwa, Rzymu i Niemiec. Jego przewrót religijny nie miał wielkiego znaczenia. Zdaniem jego, nie potrzebuje Kościół „dni świątecznych i różnych ozdób, bo są nieprzyjemne i przykre; wszystkie dni świąteczne powinny być skasowane, albo przeniesione na niedzielę; kaplice i polne kościoły należy zupełnie zniszczyć; ponieważ mnóstwo kupionych mszy gniewa Pana Boga, będzie użytecznem usunąć te msze: także rozkazanych postów należy się pozbyć; kary kapłańskie: interdykt, klątwa i suspenzya księdza, są okrutnemi plagami złego ducha”. Mało tego… Luther twierdził, że święty sakrament nie jest potrzebnym małżeństwu chrześciańskiemu i że chrześcianie nie powinni gardzić innowiercami, bo Żyd, Turek i t. p. jest tak samo człowiekiem, jak oni. Żyd i Turek są oczywiście ludźmi, ale mają inne zwyczaje, inną wiarę, są obcymi dla chrześcian. Z takimi ludźmi trudno się łączyć w jedną całość.

Luther nie wytrzymał milczeć o Papieżach. Znieważał ich ciągle, nazywał każdego z nich: dyabłem kłamcą, antychrystem, złodziejem, bandytą, rabusiem i t. p.

Niepotrzebnie opowiadał, krzyczał, klął Luther bo jeden tylko z Papieżów (Aleksander VI) zasłużył na pogardę i karę. Inni, aczkolwiek nie byli gorliwymi wodzami

Kościoła, nie splamili swojej duszy i swojego honoru. W chwili, kiedy krzyczano w Niemczech: „niech żyje pełna wolność!”, zasiadł po śmierci Maksymiliana I († 12 stycznia 1519 r.) na tronie cesarza król Karol V, ukoronowany 23 października 1520 r. w Akwizgranie (Aachen).

Król Karol wjeżdżając do Aachen na koniu, w otoczeniu mnóstwa szlachty i służby, olśnił sobą całe miasto. Z jego baretu, z jego sukni, z jego służby i koni kapało dużo srebra. Był blondynem średniego wzrostu, bez brody, pozornie delikatnym młodzieńcem, a siedząc na siodle z podniesioną głową, robił wrażenie rozkazującego pana, czem był rzeczywiście. Jechał spokojnie i poważnie na swym wspaniałym ogierze, nie zwracając uwagi na ciekawą gawiedź.

Urządziwszy się w Niemczech w swoim zamku, wezwał król gromadę książąt, biskupów, różnych dygnitarzów do Wormsu na sejm, zaczynający się 28 stycznia 1521 r., aby się przypatrzeć, co się dzieje w jego państwie i co czynić trzeba.

Do Wormsu przybyło z Rzymu dwóch legatów Papieża, Marino Cavaccioli i Hieronim Aleander. Aleander był bardzo uczonym i utalentowanym mężem. Przez pewien czas uczył w Paryżu studentów języka greckiego. Dwa tysiące chłopców uwielbiało go. W r. 1511 udał się do Niemiec i był tam znów nauczycielem greki i starych klasyków. I także w Niemczech wielbili go i kochali uczniowie, ale tylko do rewolucyi, ustalonej przez Huttena i Luthra. Ci dwaj działacze rewolucyjni nazywali wszystkich wiernych katolików głupcami zdrajcami, łotrami, zbrodniarzami i t. p. Więc się od Aleandra, szczerego katolika, usunęli jego uczniowie. Nie mając już nic w Niemczech do naukowej pracy, wrócił do Rzymu, gdzie go mianowano dyrektorem biblioteki watykańskiej.

Wiedząc kim jest, posłał go Papież do Wormsu z rozkazem załatwienia przykrej sprawy Luthra, plującego bezustannie na Kościół katolicki i jego wodzów i kapłanów.

Nie było trudno Aleandrowi, bo zastał na sejmie mnóstwo dygnitarzów katolickich i katolickiego cesarza-króla.

Cesarz-król, Karol V, był szczerym katolikiem. Zasiadłszy na tronie postanowił bronić: katolicyzm, dekrety, Kościół wogole, Papieża i krzesło rzymskie.

Aleander, znakomity mówca, przekonał sejm, że Luther szkodzi narodowi niemieckiemu. Książęta zgodzili się na wezwanie Luthra do Wormsu, aby się tłumaczył, dlaczego znieważa katolicyzm.

Cesarz-król rozkazał mu stawić się przed jego tron i naprawić to, co zrobił złego. Pisał do niego: „nie bój się gwałtu i przykrości, bo nasza wolna opieka jest dla ciebie bezpieczną. Spodziewamy się że przybędziesz. Jeżeli tego nie uczynisz, będziesz ukaranym.

Gdyby rewolucya ludu i ubogiej szlachty była już w pełnym ruchu, byłby Luther bardzo „odważnym” (?), drwiłby z cesarza i książąt, jego pycha nie słuchałaby nikogo oprócz siebie. Ale że ruch rewolucyjny nie ogarnął jeszcze całych Niemiec, poddać się musiał rozkazowi cesarza-króla. Tak się bał kary cesarza, że uważał za potrzebne kłamać. Bojąc się nawet księcia saskiego, Fryderyka, który mu sprzyjał, posłał mu list tej treści: „jestem gotów czcić z pokorą Kościół rzymski i nie obrażać go ani w niebie, ani na ziemi”. Ani mu się śniło czcić Kościół katolicki, bo w pięć dni po tym liście pisał do jednego ze swoich przyjaciół: „W Wormsie pracują nad tem, abym się zrzekł wielu artykułów i odwołał moje przekonania. Moje zrzeczenie się będzie takie: „Papieża nazywałem dawniej zastępcą Chrystusa, a teraz odwołuję to i mówię: Papież jest wrogiem Chrystusa i apostołem dyabła”.

Trzeba być narwanym szałaputem albo przebiegłym lisem i mądrym karyerowiczem, aby takiemi listami zakrywać się dwa razy odmiennie. Luther nie chciał stracić przyjaźni księcia, który nie znał dokładnie jego charakteru, i nie chciał się narazić jednemu ze swoich przyjaciół, który stał po jego stronie. Gdyby ów przyjaciel wiedział, że „prorok nowej ewangelii” łasi się do księcia Fryderyka, ogłosiłby go w gromadzie humanistów niedołęgą, albo fagasem wielkich panów. Ani jednym ani drugim nie był czupurny, gwałtowny Luther. Szedł ostro do swojego celu, nie oszczędzał pióra i gardła. Piórem umiał dokuczyć swoim nieprzyjaciołom, co czynił często, a gardłem wrzeszczał zwykle jako mówca na katedrach uniwersyteckich albo na ambonach. Przykro mu było, ale nie było rady. Dnia 2 kwietnia jechał do Wormsu. Po drodze powitali go w Erfurcie humaniści jak tryumfatora. Mnóstwo ludzi nazywało go „bohaterem ewangelii”.

Zanim szedł do Wormsu, uczył jeszcze swoich wielbicieli, co i jak mają robić. W kościele augustyańskim mówił: „Ten buduje kościół, drugi leci do św. Jakóba, albo do św. Piotra, trzeci pości, modli się i chodzi bez trzewików… Taka robota jest niczem i trzeba ją zniszczyć. Nie zapomnij tych słów: nasze wszystkie dzieła nie posiadają siły. Ja zniszczyłem, mówi Chrystus Pan, grzechy, które macie na sobie; wierzcie tylko, że ja jestem tym, a będziecie uczciwymi”. Zawsze to samo powtarzał wszędzie Luther, chociaż nie było potrzeba. Szczera modlitwa albo pokuta, aniżeli jego dziwaczna reforma.

Do Wormsu przybył Luther 16 kwietnia. Nazajutrz wezwano go do sejmu i przed tron cesarza. Pytano go, czy się przyznaje do swoich książek. Odpowiedział półgłosem: tak. Po drugiem pytaniu, czy chce te książki odwołać, prosił pozwolić mu namyśleć się. Nos na kwintę spuścił, odeszła go odwaga, głos jego, zwykle gwałtowny, krzykliwy, był tak cichym, iż go mało kto pochwycił uchem.

Na jego szczęście, przysłał mu tego dnia Hutten list, w którym dodał mu otuchy. Nie bój się, trzymaj się prosto, bądź mężem odważnym, — radził mu, nic ci nie będzie! Co Hutten radził, uczynił Luther. Gdy go przesłuchano, dnia 18 kwietnia odmówił odwołania swoich książek.

Cesarz Karol V tak się rozgniewał na aroganckiego mnicha, iż kazał mu natychmiast opuścić Worms i siedzieć w domu cicho. Zabronił mu mówić kazania, czyli podniecania chłopów do wojny rewolucyjnej. Dał mu na drogę kilku opiekunów, aby mógł wrócić bez szkody do swojego domu.

Nie udała mu się ucieczka do Wittenburga. Na połowie drogi napadło go kilku zamaskowanych rycerzów, zaprowadzili go jak niewolnika do Wartnburgu i umieścili go na zamku pod strażą żołnierzów. Tak go zręcznie ujęto i schowano, iż nie wiedział, kto go wziął za kark i wsadził do kozy. Zdziwiłby się bardzo, gdyby mu powiedziano, że posłał po niego zamaskowanych rycerzów książę saski Fryderyk i kazał go zamknąć w Wartburgu. Książę Fryderyk lubił go przecież. Lubił go wprawdzie, ale dowiedziawszy się, że ten mały mniszek obraził cesarza, biskupów, książąt panujących i licznych posłów na sejmie, cofnął się od niego, obawiając się pogardy panów katolickich.

Przyjaciele Luthra roztrąbili po całym kraju, iż wrogowie pochwycili go na drodze do Wittenberga, związali mu ręce, obeszli się z nim okrutnie, zabili i wrzucili trupa w jakiś rów.

Bezmyślna plotka… Rycerze nie dotknęli Luthra nawet palcem i odwieźli go w całości zdrowego ciała. Więzień księcia Fryderyka siedział wygodnie na zamku, nikt mu w drogę nie wchodził, czuwano nad jego zdrowiem. Siedząc w kozie, bawił się „nowy prorok” tłumaczeniem Starego i Nowego Testamentu.

Testamentu Nowego nie umiał prawdopodobnie dosłownie tłumaczyć, bo opuszczał z niego niejedno. Nic w tem dziwnego. Chciał przecież być „prorokiem” najznakomitszym, czyli mędrcem, któremu wszyscy ludzie powinni wierzyć.

Kłócił się podobno z dyabłem i rzucał na niego kałamarze. Czy tak było, nie wiadomo. Ale wiadomo, że miał na ustach ciągle szatana przeciw Papieżowi i swoim krytykom. Teufel, Teufel, Teufel (dyabeł, dyabeł, dyabeł), krzyczał zawsze, gniewając się na dyabła albo na swoich przeciwników.

Jego przeciwnicy nie byli tak głupi, jak się jemu zdawało. Hieronim Emser, nadworny kapelan i sekretarz saskiego księcia, Jerzego, Cochläus, Eck i Karol von Bodmann prześcignęli go nauką i przyzwoitością. Dużo uczonych humanistów, uwielbiających „mądrość i odwagę nowego proroka, gdy byli młokosami, wróciło do Kościoła katolickiego, zbrzydziwszy sobie szczególnego rodzaju „nowę wiarę”.

Arogantem nazwał Emser Luthra. „Twój pyszny duch

pisał do niego — nie może znieść, by ktoś coś przeciwko tobie mówił albo pisał”. Słuchać nikogo nie chce, oprócz tylko siebie samego. „Luther nie wydobywał błędów ze swojego własnego garnka, lecz z ksiąg swoich poprzedników, Wiklefa i Husa. Z tych ksiąg nauczył się nazywać Papieża antychrystem, chrześcian Romanistami i kacerzami; święte sakramenta, msze, kapłańskie błogosławieństwa wyrzucił”.

Dokąd dojdziemy — pytał się Karol von Bodmann — z wykładem Luthra tłumaczenia i autorytetu Biblii?. On wyrzuca te albo owe księgi jako nieapostolskie, jako fałszywe, bo nie odpowiadają jego duszy. Inne księgi będą znów wyrzucone, w końcu nie będzie się wierzyło w całą Biblię i będzie się ją traktowało jak niepotrzebną książkę. Już teraz gardzi wielu ludzi Biblią. I te smutne zjawiska będą coraz liczniejsze, jeśli Luther i jego towarzysze będą opluwali Kościół, Papieża i Biskupów.” Luther posłał Papieżowi powinszowanie Nowego Roku (1520 r.) ordynarne, drwiące, podłe. Tylko brutal albo nie szanujący nikogo oprócz siebie, może tak zuchwale znieważać ludzi wybitnych, rozumnych i wierzących w swoją wiarę, wychowanych przez bogobojnych i uczciwych rodziców.

IV.

Luther siedział w więzieniu, „poprawiał” Biblię, kłócił się z dyabłem, a jego przyjaciel, Lange, prowadził dalej je„o[1] zamiary, jego rewolucyę.

Jan Lange, mnich augustyński, demoralizował w Erfurcie i Wittenbergu kazaniami młodzież i hołotę. Studentom, rzemieślnikom, hołocie miejskiej i chłopom podobała się ogromnie bijatyka. Cała ta banda, znalazłszy broń, rzuciła się nasamprzód na kler. Sześćdziesiąt domów księżych i bibliotekę zniszczyła; wszystkie dokumenty, znajdujące się w pałacu arcybiskupa, podarła albo spaliła. Kto jej szedł w drogę i zawadzał mordowała. Zamordowała wielu ludzi niewinnych. Nawet znakomitego, zasłużonego profesora uniwersytetu, Maternusa Pistoris, potłukli, wyrzuciwszy go z jego domu oknem na bruk.

Nie sam tylko Lange pomagał Luthrowi „reformować religię”. Z klasztorów głównie augustyńskich uciekło mnóstwo mnichów. Ci uciekinierzy buntowali katolików. Wmawiali w nich, że „niepotrzeba trzymać się religii swoich przodków”, bo „stary testament pisze wyraźnie, iż jest obowiązkiem pozbyć się wiary ojców. Kościół jest tylko matką ludzi i pozwala im wszystko: skąpstwo, rozpustę, niewierność, obłudę i t. d. Jan Lange nazywał klasztory wolnymi zamkami rabusiów”.

Po kraju rozproszyło się mnóstwo „predykantów”, powtarzających „mądrość” Luthra i Langego. Ci predykanci (kaznodzieje, mówcy, działacze) lekceważyli post, modlitwę, spowiedź, życie klasztorne i t. p. Te „nauki” odpowiadały dosłownie reformie Luthra.

Daremnie starał się, oprócz innych znakomitych katolików, Bartłomiej Usingen, mąż uczony i uczciwy, przekonać wrogów katolicyzmu, że grzeszą i demoralizują nowe pokolenie.

Piorunował on ciągle w tumie erfurtskim przeciw wrogom papiestwa. Tysiące ciekawych ludzi przybywało do kościoła i słuchało uważnie jego wspaniałych kazań. Słuchali uważnie, ale bez celu. Lud erfurcki przenosił już „wolność religijną” i nawet polityczną ponad prawdziwą wiarę katolicką. Zachciało się mu hulać, bumblować, rabować cudze mienie i odgrywać rolę bogaczów i mędrców.

Równocześnie z Erfurtem, działo się to samo w Wittenbergu (1521 r.). Do tej „wolności” dołączyli wrogowie

katolicyzmu jeszcze zniszczenie obrazów naszych świętych męczenników, bo praktyczna religja nie lubi dekoracyi kościołów.

Luther sprzykszył sobie więzienie w Wartburgu i uciekł do Wittenbergu piątego Marca 1522 r. Księciu saskiemu, Fryderykowi, posłał list, tłumacząc się dlaczego musi być „wolnym, aby mógł służyć bez przeszkody” nowej religii.

Nie oto prawdopodobnie chodziło mu, lecz o swoje stanowisko, które stracił w Witenbergu. Wiadomo że nazywał siebie posłańcem Pana Boga jedynym człowiekiem, wiedzącym co trzeba robić, aby zniszczyć Papieżów i katolicyzm. Jego pycha nie milczała nigdy, chwalił się ciągle. Nie obawiał się swoich wrogów bo mu pomagali Hutten i Sickingen.

Ulrych von Hutten urodzony w roku 1488-tym był potomkiem starożytnej szlachty frankońskiej, ale nie posiadał majątku. Jego ubogi ojciec przeznaczył go do stanu duchownego i oddał go w ręce opactwa w Tuldzie. Biedny ojciec omylił się. Jego syn nie chciał być księdzem. Rycerska krew kipiała w jego żyłach. Oprócz tego lubił książki naukowe, poezye i wesołe życie. Zamiast siedzieć w klasztorze, uczył się w różnych uniwersytetach. Gdy cesarz walczył we Włoszech, poszedł pod jego chorągiew i bił się jak tęgi rycerz. Dłuższy czas był we Włoszech, nauczył się tam dużo. Wróciwszy do Niemiec, pisał dzieła naukowe i poezye. Gdyby się był zachowywał przyzwoicie i rozumnie, starali by się możni panowie osłodzić mu życie i ułatwić pracę autorską. Za wiele dokazywał, za nadto hulał…

I pokumał się z Luthrem czego szlachta frankońska nie chciała. — W złości zwrócił się do Franciszka von Sickingen.

Franciszek Sickingen był bogatym szlachcicem, co mu nie przeszkadzało w rabunku ubogich ludzi. Otaczał się wielkiem mnóstwem ubogich, zbankrutowanych rycerzów i jeszcze większem mnóstwem mieszczan i chłopów. Ubogiej szlachcie obiecywał straconą ziemię, jeśli będzie dobrze biła jego przeciwników. Z początku, przed działalnością Luthra, palił zamki rycerskie i chłopskie domki. Był tak pewnym siebie, tak zuchwałym, iż nie bał się nawet cesarza i króla.

W sam raz spadła na niego „mądrość” Luthra. Zazdroszcząc biskupom i opatom ogromnych majątków, medytował nad tem, jak się dostać do tych majątków. Gdy Luther opluwał od r. 1519: papieżów, kardynałów, arcybiskupów, biskupów, prałatów, proboszczów, zakonników i nazywał ich bezustannie szatanami, antychrystami, kłamcami i łotrami — zatarł ręce, mówiąc do siebie z humorem: poczciwy Lutherek wie, gdzie szukać szczęścia; zabieram się nasamprzód natychmiast do biskupów, a potem do książąt… „Ewangelia nowa” Luthra otworzyła mu drogę do lekceważenia katolicyzmu.

Korzystał z takiej „religii”.

Zdobywanie cudzego mienia zaczął w Trier, gdzie miał swój pałac arcybiskup Ryszard von Greiffenklau.

Szedł swobodnie z częścią swojego wojska, przekonany, że wypędzi z miasta arcybiskupa na zawsze i zabierze dla siebie jego mienie.

Zdziwił się, gdy mu się nie udał atak na miasto Trier. Arcybiskup Ryszard nie bał się nawet takich awanturników i zbójów, jak Sickingen. Miał sam w swojej rycerskiej krwi odwagę i dzielność. Miasto swoje uzbroił i bronił je. Sickingen rzucał się na jego stolicę kilka razy, ale każdym razem odpędzili go trierczycy.

Struł się tą klęską (14 września 1522). Mszcząc się za nią, spalił wszystkie domy wiejskie, kościoły i probostwa. Wracając do siebie, do swego zamku, mruczał: nie daruję ci, klecho, przyjdę po raz drugi wkrótce do ciebie i wygarbuję ci skórę.

Arcybiskup nie był tak naiwnym, by się poddać bez oporu zuchwałemu awanturnikowi.

Arcybiskup Ryszard prosił swoich sąsiadów (kilku książąt) o pomoc przeciw Sickingenowi. Stawili się wszyscy, pospieszyli się ze swojem wojskiem, bo i im groził także ten dziwak zrabowaniem ich księstw.

Arcybiskup i książęta szli zręcznie ze swojem wojskiem do zamku Sickingena (Landstuhl) i otoczyli go niespodziewanie ze wszystkich stron.

Sickingen nie spodziewał się tak nagłego ataku. Nie miał czasu zebrać z okolicy swoich dóbr większej liczby żołnierzy. Musiał się bronić sam ze szczupłą gromadą wojowników. Bił się doskonale ze swoimi wrogami, ale podaremnie. Którzy przyszli ocalić swoje dobra, walczyli cierpliwie od kwietnia 1523 r. aż do 6 maja. Zamek runął pod kulami armat, a dziedzic Sickingen padł i już się nie podniósł. Umarł…

Wkrótce potem, w sierpniu 1523 r. zeszedł także z tego świata Hutten.

Luther uciekłszy z Wartberga do Wittenberga, wszedł na ambonę i zaczął znów uczyć po swojemu Niemców „nowej ewangelii”. Codziennie stawał na ambonie i znieważał katolicyzm.

Puszczał znów po całym kraju swoje broszurki, wzywając w nich czytelników do pogardy: Papieża kardynałów, biskupów i wiernego jeszcze wogóle kleru. Mówił i pisał zawsze namiętnie i ordynarnie, czego ksiądz nie powinien był czynić.

Po śmierci Huttena i Sickingena zachwiał się Luther, „nowy prorok”. Odważnym był zawsze w gębie, w gadaninie, ale rozlewu krwi się obawiał. Przeraziła go rewolucya, którą sam z początku popierał, bo widział dokąd dąży chciwość, podłość, nienawiść chłopów i nędza zubożałych szlachciców.

Starał się załagodzić tę rewolucyę. Daremnie jednak przekonywał „ewangelików”, że nie trzeba mordować niewinnych ludzi.

Rewolucye nie mają nigdy serca i rozumu. Są złodziejami i mordercami.

 

Teodor Jeske-Choiński Część 3

Część 1  Część 3

 

Kategoria: klasyki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *