banner ad

Sztajer: Nichts ich glaube

| 29 sierpnia 2018 | 0 Komentarzy

Komentarz autora. Krąży po Internecie wideo z pewnej mszy plenerowej w jednym z niemieckich miast. Pokazany jest tam „taniec liturgiczny”; jakkolwiek samo pojęcie tańca liturgicznego wydaje się pomyłką, to, co można zobaczyć na owym filmie z Munster, przyprawia o dreszcz grozy. Jest to bowiem – i to nie tylko moja opinia – bardziej gejowski balet niż cokolwiek innego, a wszystko przy wtórze „Agnus Dei” (bardzo zresztą pięknie wykonanego). Oglądając ten przerażający materiał pomyślałam, że byłoby to świetne jako finałowa scena filmu o śmierci Kościoła na zachodzie – Kościoła, który jest tak słaby, że nie jest w stanie w środku największych świętości podnieść się ze swojej słabości. Nie jestem reżyserem, ale jestem pisarzem. Oto mój komentarz do tego filmu. W tym komentarzu unikam ocen. Staram się przede wszystkim zrozumieć. Właściwie, zaczęłam nawet współczuć. Co nie czyni całej sytuacji ani trochę mniej tragiczną.

Nakrapiana, poprzecinana rzekami Westfalia ucieka i zostaje za nami, szybko, coraz szybciej; iglice Dusseldorfu i Kolonii pojawiają się i zaraz niemal znikają. Kątem oka łowię miejsce, skąd powinna być widoczna fantasmagoryczna wieża katedry świętego Piotra. Zawsze, gdy ją widzę, myślę: "zimno". Kojarzy mi się z przestronnym chłodem, wiatrem obijającym się po ścianach, pomiędzy którymi rozpięta jest nieskończoność. Taka duża, taka pusta; ażurowa, lita szarość.

            – Franz – mówię – włączysz klimatyzację? Jest zimno.

Mruczy coś niezrozumiale  i szuka odpowiedniego przycisku.

            – Tylko nie przesadź. Nie chcę się usmażyć.

Znów odpowiada mrukiem i wbija oczy w szybę, zaciska ręce na kierownicy. Po chwili przyjemne ciepło wypełnia wnętrze samochodu, przymykam z zadowoleniem powieki. Franz ziewa.

– Nie zaśnij, chcę dojechać do Padeborn cało .

– Nie zasnę.

Taki mi się trafił mrukliwy szofer.

Dopada mnie nuda i rozleniwienie, jak zawsze przy dłuższych trasach. Trochę szkoda zmarnowanego czasu, mógłbym coś czytać, mógłbym do kogoś napisać. Szybko się męczę i zapadam w nieróbstwo. Jestem masywny i ciężki; czuję się trochę nieswój w tym rozlanym ciele, które nie tylko nie pozwala biegać i chodzić po schodach; wydaje się nawet siłą bezwładu ściągać ku ziemi mózg, wiązać wolę robienia czegokolwiek i przygważdżać ją do ziemi. Tak bardzo chcę spać, ale to też mnie męczy – nie jest to senność zasłużona i zmęczona zarwanymi nocami; ot, grubas nie ma co robić i będzie spał.

Myślę czasami o tym, kiedy ostatni raz byłem lekki i zrywny. Czy łatwo było się wtedy poderwać do biegu? Czy w skroniach pulsowała krew, kiedy byłem zmęczony, kiedy biegłem po ulicy, a matka wołała za mną, bojąc się, bym nie uciekł zbyt daleko? Nie mam wielu wspomnień z tego okresu. Pamiętam prześwietlony słońcem bulwar, plamy zmierzchu na wzgórzach i białe domy, ciągnące się wzdłuż szerokich alei. Byłem wtedy lekki, błahy i nieważny. Mrużyłem oko, składałem dłonie przy twarzy i patrzyłem przez szparę na światło i widoczne w promieniach drobinki pyłków i puchu. Wyobrażałem sobie, że tak wygląda dobro. Dobro. Przez duże "D". Nie wiem, skąd brałem te nieskomplikowane, intuicyjne pojęcia. Matka karmiła mnie prostymi, okrutnymi baśniami, a ja byłem zbyt młody i nieważki, żeby rozumieć, że w życiu nie ma nic prostego ani obiektywnie prawdziwego. W niedzielę matka przebierała się w najlepszą sukienkę i kapelusz, a mnie w gryzące, ciasne pod pachami ubranko. W drodze do kościoła pokazywała mi śliczne dziewczęta w różowych sukienkach i kremowych bucikach, niemal wszystkie takie same. "To twoje koleżanki. To jest Lina, to Rita, a to Amelie". Małe, dziecięce targowisko próżności mnie wtedy zachwycało, właśnie z powodu mojego naiwnego błędu wiary w prostotę. Te małe, ufryzowane jak miniaturowe wersje swoich matek dobrze mi się kojarzyły – zapewne z tego powodu, że po mszy matka prowadziła mnie, niemal lewitującego nad chodnikiem w swojej lekkości, na ciastko do cukierni. Rita i Amelie, szmer fontanny i jaskółki tnące niebo nad bulwarem – to był wstęp do jedwabistego kremu, słodkiego kakao i sypkiego cukru, który błyskawicznie oblepiał moją małą twarz, a matka śmiała się i kładła mi kropkę bitej śmietany na nosie.

            Dziecięce upojenia, niewinna nieważność. Dorosłem i obrastałem w wiedzę, doświadczenie; było mnie też coraz więcej. Więcej rozumiałem i więcej miałem. Miałem Maksa, Michaela; miałem Henrika i Johana. Niepotrzebny był mi już widok dziewcząt idących do kościoła w muślinowych sukienkach i błyszczących pantofelkach – chociaż potem, wiele lat później, kiedy mogłem już sobie na to pozwolić i przestałem uważać moje kontakty za coś wstydliwego, prosiłem czasami Johana, żeby przebierał się po damsku. Bawiło nas to. Nie byliśmy już nieważcy ani nieważni, a jednak lubiliśmy się zabawić. Był – i jest –  w tych zabawach jakiś smutek, ale na tym polega dojrzałość. Na przyciężkawym i chropowatym smutku, który wypływa z mądrego zrozumienia tego, na czym polega życie. Na złożoności i niuansach. Na odrzuceniu zwodniczej prostoty. Na zrozumieniu, że plamy zmroku na wzgórzach i drżące drobinki w promieniach światła to złudzenia, to projekcja obserwatora, kategoryzującego świat wedle swoich pojęć.

            Nie tęsknię za moją prehistorią. Wtedy często bywało mi zimno, moje chude ciało było wypełnione energią, która wyciągała ze mnie wszelkie ciepło; byłem wydrążony i jakby pusty w środku, gotowy na wniebowzięcie przy najlżejszym podmuchu wiatru.

            To jednak legenda, piękny mit. Nie ma wniebowzięcia. Jedyne wniebowzięcie jest wtedy, kiedy mocniej zejdzie się na ziemię, w dziedzinę swoich możliwości, dostosowanych do swoich pragnień. Kilometry niuansów i interpretacji doprowadzają jednak w końcu do tego, do czego się dąży, jeśli ma się wystarczająco dużo determinacji – biodra Johana w moich dłoniach, jego rozłożyste ramiona na mojej poduszce; jasne, zlepione wysiłkiem włosy ocierające się o mój brzuch. Takie znam wniebowstąpienia; wszystkie inne są tylko protoopowieściami o ludzkich losach, które czekają swojego ziszczenia.

 

***

            Łosoś, którego podano u Finna, jest suchy i jakby lekko przetrącony. Zachęcający szpinak zlepiony gęsta masą serową okazał się tylko wabikiem, ukrywającym marność tego dania. Grzebię widelcem w talerzu, bez entuzjazmu oddzielając różowy, niewinny rybi korpus od roślinnego bluszczu, gustownie uplasowanego na kremowej porcelanie.

            – Nie przekonuje – mówię Finnowi i kręcę głową z dezaprobatą.

Uśmiecha się nerwowo. Obaj mamy popsuty humor. Oczywiście, nie z powodu niesmacznej ryby. Nikt nie oczekiwał, że spotkanie z Manfredem będzie chociażby znośne; sprawa jest z założenia nieprzyjemna. Przyjechałem tu odwalić brudną robotę – od tego w końcu jestem, to jest właśnie moje męczeństwo, innego nie będzie, tak umieram za swoje owce – myślałem jednak, że uda nam się wziąć właściwą część tego nieprzyjemnego obowiązku w nawias, przez resztę czasu udając, że spotykamy się tu tylko towarzysko, albo że mamy kolejne z zebrań episkopalnych, gdzie potrafimy się całkiem nieźle bawić – jeśli akurat nikt nadgorliwy nie załamuje rąk nad masową apostazją.

            Jakbyśmy o niej nie wiedzieli.

I jakby ów nie wiedział, że to znak czasów; tych pięknych czasów, w których więcej jest rozumu niż strachu; więcej poszanowania dla ludzkiej natury i jej namiętności niż restrykcyjnych ograniczeń. Fakt emancypacji wiernych (a przecież każdy jest czemuś wierny; zawsze powtarzam, że nie widzę sensu stosowania tego terminu wyłącznie do wyznających chrześcijaństwo) powinien raczej cieszyć i napawać nadzieją. Myślenie krytyczne jest zawsze w cenie. Nasz realizm w odniesieniu do laicyzacji przysparza nam szacunku po stronie oponentów, skłania do dialogu i poszukiwania nowych dróg. To zawsze mówię, i naprawdę tak myślę, nie mogąc jednocześnie zaprzeczyć, że jest w tym jeden szkopuł.

            Jest tylko jeden problem, i to z jego powodu właśnie musimy dziś widzieć tego biednego idiotę, Manfreda.

            A więc ryba jest mdła i nijaka, i to przesądza o daremności naszej misji. Kosztując łososia już wiem, że nic nie pójdzie dobrze. Rozczarowania nie wynagradza mi nawet dość dobre białe, wytrawne wino, które Finn jako koneser sprowadza w dużych ilościach. Co w końcu mamy w życiu oprócz kilku momentów, w których pieścimy podniebienie, wzrok bądź intelekt? Dobre wino, smaczne śniadanie, oczy partnera pod jego zlepionymi od potu włosami, zaszłe mgłą pożądania i ulgi – to i może jeszcze chwila ciszy, tak cenionej przez zakony kontemplacyjne. Ciszy, która pozwala zintegrować doznania i reflektować nad nimi – w końcu to tylko ostatecznie odróżnia nas od zwierząt. Nie mógłbym mieć jednak tylko ciszy i niczego więcej. To przypomina mi więzienie; ten rodzaj egzystencji, wypierającej z siebie wszystko to, co zaspokaja, koi i ekscytuje, odpowiadał może wrażliwości ludzi dawnych epok. Dzisiejsze czasy nie są na to odpowiednie; sądzę, że pod tym względem wiele się nauczyliśmy, coś zyskaliśmy. Umiemy się teraz cieszyć życiem, nie rezygnując ze szczypty duchowości, niezbędnej, żeby zaprawić nasze doświadczenia smakiem głębi. Dlatego tak poważnie traktuję swój urząd – ktoś musi ludziom tę duchowość proponować i wyjaśniać. Tak łatwo popaść w błędy z nią związane; grzech radykalizmu czy ślepej ignorancji. Ciągłe milczenie, to fizyczne jak i duchowe, wyrażające się w braku dialogu – to właśnie jedno z niebezpieczeństw wszelkiej religii. Jestem po to między innymi, żeby ustrzec przed nim tych, którzy zechcą mnie wysłuchać.

            Na razie jednak milczymy, Finn i ja, denerwując się odrobinę. Nikt nie lubi tego robić – strofować i karać.

            A jednak głupota tego człowieka po raz kolejny postawiła nas w sytuacji wysoce niezręcznej.

            Oto i on; dwuskrzydłowe drzwi otwierają się i wchodzi Manfred, idzie ku nam szybkim krokiem. Wzrok ma wbity w ziemię, włosy zmierzwione, że aż prawie go nie poznałem – zawsze był taki zadbany i odprasowany w kant, wypachniony i chyba nawet lekko podmalowany (choć nie jest jednym z naszych – makijaż był mu potrzebny w celach czysto wizerunkowych). Teraz, chociaż od stóp do głów w casualowym, lecz nienagannym Tommym Hilfigerze i skórzanych trzewikach, sprawia wrażenie wymiętego i przywiędłego. Wydęty brzuch jest jak doklejony do jego szczupłej sylwetki, zgarbione ramiona podtrzymują ręce, głupio dyndające wzdłuż boków.

            Zdaje się, że to słuszne poczucie winy siadło mu na plecach i przygważdża do ziemi. Przedstawia sobą żałosny widok. Podajemy sobie ręce – jego dłonie są obrzydliwie spocone.

            Nie padło jeszcze ani jedno słowo – patrzymy na siebie z Finnem, a nasze oczy mówią: "Ty pierwszy"; "Nie, ty mu coś powiedz."

            – Dzień dobry, Manfredzie – przerywam w końcu niezręczną ciszę, po to jednak tylko, żeby zapadła znowu, gęsta i ciężka. Manfred nawet nie odpowiada; drga mu tylko kącik ust i wykonuje nieznaczny ruch stopą.

            Fatalnie. Widzę we wzroku Finna, że myśli o tym samym, co ja: czy zacząć od neutralnego i cywilizowanego „Co masz nam do powiedzenia?”, czy też przejść ponad niepotrzebnymi formalnościami, od razu do „Jak mogłeś tak zjebać?”, najlepiej wielkimi literami, wykrzyczane, wściekłe.

            Decyduję się na wersję zupełnie nijaką, ale przynajmniej nie zanadto konfrontacyjną:

            – Co zamierzasz?

Wpatrując się w czubki swoich butów, wzrusza ramionami, i chyba ten pełen zrezygnowania i lekceważenia gest do reszty nas irytuje, zaczynamy więc jeden przez drugiego:

            – Czy wiesz, jakie dalekosiężne skutki ma twoje działanie dla diecezji? Dla całego Kościoła niemieckiego? Co sobie myślałeś? Przecież to jest nie tylko twoja sprawa!

            – Co mamy teraz z tobą zrobić? Wiesz, że musisz ponieść wszelkie konsekwencje? Nie będziemy cię wizerunkowo chronić; wina jest twoja, nie Kościoła, rozumiesz? Tak właśnie będziemy mówić… – cedzi Finn, a palce, zaciskając się na poręczy fotela, drgają. Zawiesza głos.  – … bo tak właśnie jest!

            Manfred, który słuchał reprymendy tak, jak dziecko, które dokładnie wie, że nabroiło i musi wysłuchać swojej porcji kazań, podnosi głowę, a w jego oczach dostrzegam bezbrzeżną pogardę.

            – Tutaj muszę zaprotestować. To jest też moja wina, ale nie tylko moja wina.

Powiedziawszy to, ten oślizgły gad nabiera pewności. Widzi naszą konsternację i niepewność, co jeszcze w swojej bezczelności powie. Ponieważ ma poczucie, że panuje nad sytuacją, nalewa sobie z karafki wodę do wysokiej szklanki, choć nikt mu nie proponował, i obraca ją w palcach.

           Finn rozgląda się niepewnie. Delikatnie wzruszam ramionami i unoszę brwi w górę; nie mam pojęcia, co robić. Pozwalamy mu kontynuować.

            – Nie ja jeden to robię. Dobrze o tym wiecie.                                                

            – Tak się składa, Endelgang, że nie interesują nas w tym momencie inni. Interesuje nas twoja głupia nieudolność i fakt, że trąbią o nas wszystkie media w kraju i zagranicą. Udzielanie podejrzanym amerykańskim firemkom, w których przypadkiem masz udziały, nieubezpieczonych kredytów – świetnie wygląda na nagłówku, prawda? Od tygodnia mamy na głowie Watykan, a tam, jak wiesz, oficjalnie nie przyjmują do wiadomości, że radzimy sobie jak możemy. Człowiek, który ma na sztandarach ewangeliczne ubóstwo, z radością dołoży nam jeszcze od siebie. Trzeba było być ostrożniejszym. Liczyłeś na jakiś parasol ochronny? Nie w tych czasach – każde słowo Finna jest jadowite. Cienka granica dzieli nas od odrzucenia blokad oficjalności, przejścia do wulgarnego języka i nagiej prawdy.

            Manfred decyduje się ją przekroczyć.

            – Dobrze wiecie, że kiedyś skończycie tak jak ja. Niech wam się nie wydaje, że jesteście sprytniejsi.

Chcę powiedzieć „dość tego”, położyć mu na stół odpowiedni dokument i po prostu wyjść, ale on nie daje sobie przerwać. Zaciskając i rozluźniając pięści, walcząc z nierównym oddechem, wyrzuca z siebie bezładne zdania:

            – Byłem kiedyś w Polsce, u jakichś zakonnic. Pojechałem z kasą, oczywiście. Co oni by tam wszyscy bez nas zrobili. I wiecie co? Gówno wiecie, bo was to nie interesuje. Otóż zrobiliby bez nas dokładnie to samo, co z nami. Przekazałem pieniądze na remont dachu, bo był cały dziurawy. Prędzej czy później sami by to zrobili. Przy braku podatku kościelnego. Przy niemal zupełnym braku interesów. Bez naszej kreatywnej księgowości. – dyszy ciężko, a ja zastanawiam się, czy nie skończy się jakimś atakiem. Może ma astmę. – Żyją, oczywiście, jak wariaci. Nędza, smród, marne datki wiernych. Marne, ale regularne. Bo tam prawie wszyscy chodzą do kościoła. I sami im płacą. Widziałem tych biedaków, jak rzucali do skarbon grosze. A te siostry … – kaszle, ale stara się opanować atak, jakby wiedział, że jeszcze chwila, a przerwiemy mu, nie damy dokończyć, nie chcąc słyszeć konkluzji tych bredni – a te siostry … Oni by sobie tam wszyscy poradzili bez nas. Bo mają w dupie marketing. I wyobraźcie sobie, że oni wierzą tam w zmartwychwstanie. W piekło, w diabła. Matriks, kurwa. Jakby cofnąć się w czasie o sto lat. Spowiadają się, w kościołach cały czas klęczą, po dwóch dniach dostałem bólu stawów. Tak – sam nie wierzyłem, że ktoś tak bardzo dosłownie traktuje te rzeczy. Siedzą więc tam, gniją, odmawiają brewiarz i żyją takim samym gównianym życiem, jak ludzie dookoła nich.

            Wstaje gwałtownie, ręce mu drżą, drży podbródek – przedstawia sobą naprawdę okropny widok.

            – I wiecie co? W ramach kary ześlijcie mnie do tej Polski. Nie ma sprawy, będę udawał, że podoba mi się ten ich archeologiczny zamordyzm, ale przynajmniej nie będę musiał się kurwić, żeby wyżyć. Jak wszyscy tutaj. A potem, kiedy noga się powinie, być kozłem ofiarnym całego tego biznesu – głos mu się łamie, po policzkach płyną łzy.

            Tak mówi człowiek ogarnięty szaleństwem. Biedny, biedny idiota. Mam dla niego współczucie, mimo, że nie czuję się dobrze, przebywając z nim w zamkniętym pomieszczeniu. Kto wie, czy nie okaże się niebezpieczny?

            Nie muszę nawet patrzeć na Finna – robimy to samo – każdy z nas chwyta Manfreda pod ramię i powoli, troskliwie prowadzimy go do kanapy. Kładzie się, szlochając. Finn dzwoni po lekarza. Na wiążące decyzje czas przyjdzie później.

            Siadam przy Manfredzie, patrzę na niego z politowaniem. „Nie martw się, nie do Polski” – szepczę do siebie – „jesteśmy tylko konsekwentni, nie sadystyczni”. Racja, nie możemy być zbyt niefrasobliwi w szafowaniu dyscypliną. W jednym się nie mylił – sami nie znamy dnia ani godziny.

***

            Jestem zmęczony.

            Popołudniowe promienie słońca przedzierają się przez liście dzikiego wina, którymi okolony jest ganek, robi się sennie. Duży, czarny kot, który przybłąkał się przed tygodniem, wygina się w pałąk na stole, prezentując przede mną swoją aksamitną sierść, leniwie mrużąc oczy. Odkładam pióro, rozluźniam się; odpocznę w tej przedwieczornej godzinie. Przekrzywiam nieznacznie głowę, może uda mi się zdrzemnąć. Od kiedy głowa zaczęła mi tak ciążyć? Wydaje się coraz to cięższa i cięższa; może to kwestia brody. Może rozlewającej się, pęczniejącej twarzy? Pozwalam kotu współdzielić ze mną stół; lubię zwierzęta. Ciągle pamiętam wakacje u ciotki na wsi; prawdziwej, bawarskiej wsi; jechało się tam wieki, pociągiem przez całe wielkie Niemcy. Witała mnie na peronie powściągliwie i chłodno, mocno ściskała za rękę, całego rozemocjonowanego samotną podróżą, z kanonicznym zawiniątkiem z bułek i kiełbasy w dłoni, umorusanego masłem (przezywałem tę podróż tak mocno, że ledwie napoczynałem dawany mi przez matkę pakunek). Szła bardzo szybko, a ja wyciągałem nogi. Pamiętam widok swoich kościstych, pobijanych kolan; raz jedno, raz drugie wysuwało się, uciekając przed moim wzrokiem, w tej próbie nadążenia za nią. Tuż nad kolanami zaczynały się krótkie, dziecięce spodenki na szelkach, skarpetki miałem podciągnięte wysoko ponad kostki.
            Jak bardzo dawno to było. Końcówka lat pięćdziesiątych, całe wieki temu. Ciotka Erdmute trzymała gęsi, kury, świnie, kaczki i krowy. Przez resztę pobytu nieprzejmowana się mną zbytnio. O ile zjawiałem się w porę na posiłki, nie brudziłem i nie darłem ubrań, byłem w łóżku przed zmrokiem – i o ile, oczywiście, dobrze sprawowałem się w kościele w niedzielę, to się dla niej szalenie liczyło, i mogłem zebrać niezłe cięgi, jeśli czymś jej tam podpadłem – a więc o ile udawało mi się spełnić wszystkie te niezbyt wyśrubowane wymaganie, dawała mi daleko posuniętą swobodę. Nie było wtedy zresztą przyjęte, żeby dorośli spędzali czas z dziećmi czy bawili się z nimi. Do dorosłych, należała, owszem, aprowizacja i zapewnienie utrzymania, a także edukacja, wychowywanie i reprymendowanie (to zwłaszcza!), ale poza tym robiło się, co się chciało. Spędzałem więc lato raczej z gęsiami, kurami i kaczkami ciotki Erdmute niż z nią samą. Chodziłem na pole i na łąkę; pociłem się i kurzyłem na polnej drodze wśród złocistego zboża, próbując dogonić zachodzące słońce. Mężczyźni w białych koszulach pozdrawiali mnie, machając do mnie przyjaźnie, a ja kłaniałem się mówiąc „Dzień dobry panom”. To były inne, tak bardzo inne czasy. Przede wszystkim dla mnie. Uderzyło mnie z wielką siłą jedno wspomnienie, sensorycznie wwiercając się w moją dawno uśpioną pamięć o nim – kiedy biegłem przez nieskoszoną bawarską łąkę, boso (musiałem ściągnąć buty i skarpetki – może w obawie przed ich zniszczeniem i gniewem Erdmute, a może po prostu z gorąca?), wysokie trawy muskały mnie w nagie łydki, sparzone latem i pokrzywą. To było takie świeże i przyjemne. Co musiałoby się dziś stać, żebym mógł znów to poczuć?

            Patrzę na swoje stopy, obute w trzewiki – musiałbym zwariować, żeby je ściągnąć i latać boso po łąkach. Zresztą, gdzie znalazłbym teraz łąki? Nawet tutaj, w moim domu za miastem, który jest miłą odmianą na rzecz przykurialnego mieszkania służbowego, musiałbym się nieźle nagłowić. Tereny zielone są zorganizowane inaczej niż pięćdziesiąt z górą lat temu w Bawarii.

            Kot wskakuje mi na kolana. Gładzę go po aksamitnym futerku. Biedna Erdmute, pochowana na białym cmentarzu daleko stąd. Kto o niej dziś pamięta? Jest chyba tylko wspominana z wyrzutem w kolektywnej pamięci tych krów, kur i gęsi, którym urządzała krwawą i sprawiedliwą kąpiel.

            Jeśli kiedyś będę się jeszcze modlił, pomodlę się za moją matkę i jej siostrę nieboszczkę, starą Erdmute. I za wszystkie smutne zwierzęta, które wypełniały moje upalne, pachnące dojrzałym żytem wakacje dzieciństwa.

***

           – Ciociu Erdmute – odwracała wzrok dopiero za drugim bądź kolejnym razem, znad balii, zagniatanego ciasta, zagonu ogródka; na małą chwilę opuszczała ręce z zakasanymi nad łokcie rękawami; miałem jej uwagę na ten krótki czas, zanim zdążyłem ją stracić na rzecz nie cierpiącej zwłoki roboty do wykonania. W tamtych czasach ciężko było doprosić się o uwagę dorosłych (chyba, że chodziło o moją matkę; ta prawie nie wypuszczała mnie z objęć, ale byłem dla niej jakby przezroczysty; z wzrokiem utkwionym w dal kupowała sobie za pomocą ściskania mojego ciepłego, bliskiego ciała odpoczynek od pojedynczości i opuszczenia w swoim samotnym życiu). – Ciociu Erdmute, gdzie jest Koral?

            Koralem nazywałem ogromnego koguta, który był królem podwórka pod omszałymi lipami. Całymi tygodniami obserwowałem jego dumny, stateczny chód; jego pianie budziło mnie o bladym świcie. Był idolem wszystkich kur, były mu całkowicie podporządkowane, przynajmniej w moich wyobrażeniach. Podziwiałem go, ale przede wszystkim lubiłem patrzeć na jego piękny ogon, w którym bażancia purpura mieniła się pobłyskiem razem z głęboką, ciemną zielenią. Na szyi miał pióra tak białe, że aż złote; kiedy spacerował w południowym słońcu, patrząc na niego, musiałem mrużyć oczy.

            Odpowiedź nadeszła szybko i boleśnie, kiedy uświadomiłem sobie, czym właśnie zajmuje się ciotka. Stała wraz z sąsiadką nad obszerną miską, do której ściekała krew, a wszędzie wokoło fruwały przepyszne, różnokolorowe pióra. Przez ułamek sekundy było w jej spojrzeniu coś, co kazało mi spodziewać się, że jak zwykle ofuknie mnie, każe iść do łóżka bez kolacji albo nawet uderzy. A jednak – a była to rzecz na tyle niezwykła, że pamiętam to jak dziś –  popatrzyła na mnie ze współczuciem i powiedziała:

            – Dostaniesz jutro miskę bardzo dobrego rosołu, Karl.

A ponieważ do oczu napłynęły mi łzy, a policzki się zaczerwieniły – nie mogłem się powstrzymać – Erdmute odłożyła na chwilę do balii korpus Korala, i zakrwawioną dłonią pozbierała z ziemi kilka najładniejszych, barwnych piór. Zbliżyła się do mnie ostrożnie, czując się zupełnie obcą i niezręczną w krainie dziecięcego smutku, która wykwitła chmurą wokół mojej małej postaci. Ja z kolei nie wiedziałem, jak zachować się wobec ludzkiego współczucia i zawstydzenia, które zupełnie nie pasowało mi do kanciastej, groźnej postaci ciotki. Ostrożnie przyjąłem prezent i oboje bardzo powoli wycofaliśmy się, jakbyśmy zawarli ze sobą jakiś pakt.

***

            Jednego lata stało się coś szczególnego.

            Myślę o tym właśnie teraz, przypominając sobie łaskotanie traw i słodki ból łydek, poszarpanych ostem i pokrzywą. Te sensoryczne wspomnienia zlewają się w jedno z wonią skoszonego siana i widokiem zachodzącego za horyzont słońca. I świerszcze; hałaśliwe świerszcze, ile tchu grające w trawach. Cóż mogę jeszcze z tym skojarzyć? Kciuk w ustach? Tłuste niedzielne rosoły, które posłusznie zjadałem, pozwalając sobie wcześniej zawiązać pod brodą białą chustę, chroniącą przed zabrudzeniem moje odświętne ubranie? Słodki smak karmelka, którego Erdmute wydzielała mi w świąteczne popołudnia?

            Mniej więcej to przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o niewinności chodzenia boso po bawarskich łąkach. Aż do dnia, w którym na jednym z takich spacerów zobaczyłem na polnej, piaszczystej drodze chłopca, syna gospodarzy z jednej z okolicznych wsi.
            Nie pamiętam jego twarzy, koloru oczu ani włosów; jego sylwetka staje mi w pamięci w impresjonistycznym rozmyciu (być może patrzyłem pod światło). Miał białą koszulę i białe spodnie, i zobaczyłem wtedy –  u ś w i a d o m i ł e m   sobie, że jego ubranie jest wypełnione ciałem, ciepłym i pachnącym. Przystanąłem i patrzyłem na niego, a on mnie minął; nie zdobyłem się na to, żeby powiedzieć „Dzień dobry”.

            Kiedy wiele lat później w Paderborn opowiadano mi o myślowym eksperymencie Kartezjusza, który nie dowierzał obecności ludzkich postaci pod płaszczami i kapeluszami, uśmiechałem się tylko pobłażliwie. Ja nie mogłem mieć takich myśli; raz na zawsze uniemożliwił mi to ów młody Bawarczyk, moje najpiękniejsze i najgwałtowniejsze przeżycie estetyczne. Tak bardzo pragnąłem wtedy przekonać się o prawdziwości mojego odczucia; rozerwać jego białe ubrania – tylko i wyłącznie po to, żeby przekonać się, że jest żywy, prawdziwy, ciepły i plastyczny. Dotknąć, by uwierzyć.

            Następnego lata oświadczyłem, że nie pojadę do ciotki Erdmute. Matka nie protestowała. Wysłała do siostry list, w którym wyjaśniła, że nie wysyła mnie w te wakacje do Bawarii. Ciotka spodziewała się tego i przyjęła to ze zrozumieniem. Byłem już za duży. Nigdy więcej nie chodziłem boso w wysokich trawach, ten wiek niewinności skończył się dla mnie nieodwołalnie. Byłem wyrośniętym nastolatkiem; zostałem w mieście i mogłem robić, co chciałem.

***

            Nie wróciłem do Bawarii i nigdy nie spotkałem już tego jasnego chłopca ze wsi mojej Erdmute (czasem lubię bawić się myślą, że to był Johann, ale to oczywiście tylko fantazja, igraszka wyobraźni), ale w jakieś sposób wiedziałem, że będzie on na mnie czekał – w wielu postaciach i osobach, wszędzie, w każdym mieście.

            I istotnie tak było. Czasem przelotnie, platonicznie, czasem tylko jako przyjaciele, innym razem namiętnie albo brudno (ten biedny Polak, z którym dzieliliśmy apartament w Pradze, miał później kłopoty; ktoś odnotował ten epizod i szantażowano go przez całą jego karierę kościelną). Zdarzało się, że na dłużej.

            Nigdy nie zapomnę tego uczucia, kiedy pokazałem się publicznie z Johanem. Promieniał; szedł kilka kroków przede mną po promenadzie w Stralsund, a moje zdumienie szybowało wraz z krzykiem mew. To takie proste? Jednak proste.

            Przecież nie było w tym nic kontrowersyjnego. Czy nie wolno biskupowi przechadzać się w towarzystwie znajomego, przyjaciela? Przecież wszyscy w kurii wiedzieli, kim dla mnie jest Johan. Ci, którzy nie powinni wiedzieć, nie dowiadywali się niczego nowego ani kontrowersyjnego, patrząc, jak siadamy w małej, przyportowej knajpce; jak spacerujemy szerokim deptakiem, jak stoimy na molo oparci o barierkę. Nie musieliśmy przecież robić jakichś sentymentalnych, samobójczych rzeczy – trzymać się za ręce czy obejmować. W domu mogliśmy przecież robić o wiele więcej niż to.

            Johan doskonale to rozumie; nie domaga się tego, czego mieć nie może. Jego plastyczna, pociągła twarz, jasne oczy i prawie białe włosy – wszystko to niemal nie zmieniło się od lat. Nie widujemy się tak często jak kiedyś; właściwie można powiedzieć, że dosyć rzadko. Nie zawsze na seks. A jednak mogę powiedzieć z pewnością – jest dla mnie kimś więcej niż fagasem, trochę młodszym utrzymankiem.

            Kim jestem dla niego? Łapię się na tym, ze nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie. Patrzę w sceptyczne, bursztynowe oczy kota. Znów wskakuje mi na kolana, mrucząc z rozkoszą. Głaszczę go, zadowolony. Kimkolwiek jestem, to mi wystarczy. Jestem stary i zmęczony. Mam prawo poprzestawać na tym, co zostało mi dane. Mam prawo zadowalać się tym, co mam, jakkolwiek jest to niewiele. Gdybym myślał inaczej, musiałbym zwariować – w każdej dziedzinie życia. Zwariowałbym jak Manfred, pragnąc tego, co niemożliwe; pragnąc pozostać w niewinności, podczas, gdy posiadłem już pewien rodzaj wiedzy.

            Manfred myśli, że jeśli desperacko będzie próbował uwierzyć w to, co uwierzyć nie sposób, przetrwa. Że zbuduje na nowo swoją tożsamość, że znajdzie jakąś nową, świeżą odpowiedź. Nic z tych rzeczy.

            Chyba wszyscy tego próbowaliśmy dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści lat temu. Nic z tego. W nic z tych rzeczy nie sposób wierzyć, osiągnąwszy wiek dojrzały.

***

            Jest tak piekielnie gorąco. Pot zalewa mi oczy; ilość szat, którą mam na sobie, urąga ludzkiej wytrzymałości. Do tego te długie przemowy, oprawa muzyczna – wszystko z pompą. Zaciskam zęby, marzę o zanurzeniu się w chłodnej kąpieli.

            Cóż, taka jest moja praca. Sam to wybrałem. Muszę to cierpliwie znosić.

Są to wszyscy – Finn, Mark, Rein i tylu innych. Też pocą się jak w piekle i też czekają na zakończenie.

Trzeba przyznać, że ładnie to zorganizowano, ktokolwiek był odpowiedzialny za całe to wydarzenie. Mimo, że to spotkanie pod hasłem świeckich w Kościele niemieckim, kolejne z serii spotkań, na którym ustalimy, ze receptą na kurczącą się liczbę wiernych będzie kolejna reorganizacja administracyjna, jestem pewien, że za oprawę nie wziął się nikt ze świeckich. Oni rzadko kiedy mają gust.

            Tymczasem tutaj – całkiem udany chór śpiewa Agnus Dei. Przez falujące gorąco dostrzegam piękne twarze chórzystów. Wysokie głosy wzbijają się w niebo; koncentrując się na nich, odrobinę mniej odczuwam lejący się z nieba żar.

            Krzyż przy ołtarzy jest fatalny – przypomina kształtem butelkę. Mam słabość do barokowej sztuki sakralnej, chociaż się do tego nie przyznaję. Tradycjonaliści są niedobrzy, ale robili ładne rzeźby. Cóż, musimy dziś poprzestawać na tym, co mamy. Może to jest cena, która trzeba płacić za wolność od przesądów – pokraczne kościoły, odrażające dewocjonalia, minimalizm, który niczego nie konotuje.

            Ale za ołtarzem … no, kto by pomyślał. Naprawdę muszę znaleźć i podziękować organizatorowi. Piękny, czarnoskóry mężczyzna ubrany w obcisły strój gimnastyczny tańczy balet. Jest doskonale rozciągnięty. To najbardziej seksualne „Agnus Dei”, jakie kiedykolwiek widziałem. Ten człowiek pokazuje wszystko; jego wspaniałe ciało jest opięte ubraniem tylko symbolicznie.

            Kiedy umrę, chciałbym trafić do miejsca, gdzie przez całą, nieskończoną wieczność, będę patrzeć na takich mężczyzn. Na młodych, umięśnionych chłopców. Jestem zmęczony; zmęczony Johannem i tym, jak bardzo wyblakłą rzeczą zdaje się być miłość dla starego mężczyzny; zmęczony brakiem nadziei i umieraniem. Kątem oka patrzę na Michaela – on też pożera wzrokiem czarnoskórego tancerza. I Rein, i Finn – chociaż on pewnie wolałby tancerkę.

            Też są zmęczeni. Ale czy aż tak, jak ja? Biały, cienki opłatek ciąży mi w dłoniach. Kiedy umrę … a więc kiedy umrę, najlepsze, co może mnie czekać, to zastępy śpiewających chłopców i widok mauretańskich tancerzy, już zawsze.

            Boże.

Przecież kiedy umrę, nie czeka mnie nic; jakaś nieokreślona, plazmowata rzeczywistość, w najlepszym wypadku; nie zobaczę ani Erdmute, ani jej zwierząt, ani swojej matki.

            A kilka lat po mnie umrze mój niemiecki Kościół, któremu poświęciłem całe swoje życie. I wtedy nic już nie będzie, ani po tej stronie, ani po tamtej.

 

Agnieszka Sztajer

 

                                                         

Kategoria: Agnieszka Sztajer, Myśl, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *