banner ad

Sztajer: Na uhruskim cmentarzu, o szarówce…

| 19 lutego 2018 | 0 Komentarzy

Jest mgła i silny wiatr, zza Bugu przywiało chmury, które skapują powoli nad sklepionym nisko horyzontem, i mżawka rozpuszcza się w resztkach śniegu. Taką pogodę tutaj lubię najbardziej. W jakiś niewytłumaczalny sposób pasuje do tych szeroko, gdzieniegdzie rozstawionych, chylących się ku ziemi gospodarstw zagubionych w spłowiałych trawach na wilgotnych rozlewiskach nadbużnych, do pogiętych, złożonych w kilkoro, zdziczałych drzewek owocowych, co to są nieraz jedynym śladem po stawionej przez pożar przedwojennej chałupie.

Chociaż – czy nie ma przesady w tym stwierdzeniu, że taki rodzaj aury jest dla tej okolicy najbardziej odpowiedni? Przecież i zaśnieżone kilometry pogranicznych pól, i te same pola obsypane pachnącymi kwiatami w czerwcu, w rozgłośnej aureoli z miodnych pszczół, i pełzający przedzimek plączący się w babie lato w październiku – wszystko to jest, jakby specjalnie rozpisane dla tego zakątka na trój styku granic, z meandrującą rzeką, żłobiącą dolinę pomiędzy Polską a jej krwawą siostrą, Ukrainą.

Ale dzisiaj, przy tym kapiącym niespiesznie drobnym deszczu i błocie, jest najlepszy dzień, żeby pójść na cmentarz do małego Uhruska, wioski przytulonej do wstęgi Bugu, biorącego w tym miejscu szeroki zakręt. Uhrusk ma siedemset lat i może się poszczycić tym, że kiedyś był warownym grodem ruskiego księcia. Nie bardzo jest jednak komu się chwalić – wiele chat stoi ślepych, z deskami wstawionymi w okna, a te, które są ciągle zamieszkałe, mieszczą przeważnie starych ludzi. Rodzice większości z nich przyszli zza rzeki po masakrze wołyńskiej.

Błoto. Błoto, błoto, błota – hektolitry błota – żyzna ziemia. Rzędy nagrobków powojennych, kamień i lastryko; nazwiska przeważnie zakończone na – uk. Czasem i pośród imion trafi się Dymitr czy Eudokia; czasem nawet takie imię będzie sparowane z polskim – i to pańskim, na „-ski” nazwiskiem. Przemieszane żywioły, charakterystyczne dla szerokiego pasa ziem we wschodniej Polsce. Na środku cmentarza stoi nieładna kaplica z białego suporeksu, takiego samego, z jakiego wzniesione są zabudowania gospodarcze w pobliskim PGR. Dlaczego taka dobra cegła miałaby się zmarnować? Wygląda nowocześniej niż stareńka kapliczka przed cmentarnym ogrodzeniem, cała z obficie lakierowanego drewna, zamknięta na kłódkę wykonaną przez wiejskiego ślusarza, z pięknym zgarbionym Nepomucenem w środku, który – jak to wszyscy wiejscy Nepomuceni – wygląda jak skrzyżowanie kanonika z Żydem. Ma to jakąś logikę: ten, co sobie „nie pomógł” przypomina topos Żyda – wiecznego tułacza, i jakże bardzo pasuje to do polskich wierzb, smutno zwieszających się nad pustkowiem pofolwarcznym.

Za kapliczką można napotkać stare, pomnikowe drzewa – i stara, bardzo stara część cmentarza, naznaczona omszałymi kamieniami nagrobnymi zaprasza do przeglądu historii miejsca.

Jakkolwiek na pewno nie jestem w stanie dołączyć do chóru marksistów krytykujących dawne podziały stanowe, a tym bardziej za obrzydliwe uważam powielanie egalitarystycznej propagandy o organicznym złu hierarchii, to jedno uważam za cudowne: wycofywanie się ze zwyczaju chowania członków możnych rodów na ich własnych posiadłościach, tak, aby spoczywali na cmentarzach przynależnych okolicy – i tak wśród tych Wasiluków, Pyciów i Iwaniuków piętrzą się grobowce okolicznych właścicieli ziemskich. Na podstawie tego układu odtwarzam sobie w myślach układ tanecznego korowodu, na którego czele pląsa wyszczerzony kościotrup, wodząc za sobą chłopów i chłopki wespół z magnatami i szlachtą, wszyscy w jednym szeregu, zgodnie spleceni dłońmi. Danse macabre, festiwal jedynego faktycznego egalitaryzmu – na tej płaszczyźnie, na której to akurat wszyscy istotnie jesteśmy równi przerażającą, doskonałą równością. I tutaj właśnie, gdzie pod rozłożystymi gałęziami powykręcanych, starych drzew można zobaczyć masywne nagrobki pokryte kutą w kamieniu kaligrafią, proszące o „zdrowaś” za duszę właścicieli majątków ziemskich jak gdyby wrzucone pomiędzy mozaikę pomniejszych, prostych nagrobków miejscowych rolników, widać wyraźnie, jak bardzo wszyscy byliśmy równi przed prawem śmiertelności. Nadal jesteśmy. Tyle, że nie widać tego tak wyraźnie, ponieważ wbrew wszelkim oczywistościom karmimy się kłamstwem równych statusów.

Niemiryczowie. Niemiryczowie muszą tu być – kilkaset metrów w linii prostej smutno szumi rozległy park, a w jego środku niszczeje dwór. Zachował się w całości i przez pewien czas użytkował go Uniwersytet Przyrodniczy, ale od wielu lat stoi nieużyteczny, zamknięty na trzy spusty. Obok straszy PGR – kilka smutnych baraków i blok mieszkalny, estetyką architektury urągający swoim biednym mieszkańcom. Szybko się doń dopasowują, wałęsając się dokoła w gumofilcach, rzadko kiedy trzeźwi. Gdyby mieli ochotę (a zapewne nie mają;  ile w ogóle znają nazwisko Niemiryczów, nieczęsto zaprząta ono ich myśli), mogliby spluwać na pański dwór, obok którego przechodzą wiele razy dziennie, żeby obrządzić krowy w rozległej spółdzielczej oborze. 

Dalej – Świeccy. I Świeccy także muszą tu być. Pobliski majątek w Majdanie Stuleńskim, z którego został już tylko na wpół przetrzebiony park, resztki stajni i kruszejące fragmenty zabudowań gospodarczych, a także wielkie, rozłożyste drzewo, niegdyś ocieniające ganek dworu, jak rzęsa przysłaniająca oko – należał do Świeckich właśnie. Pierwotnie był on częścią dóbr Rzewuskich, którzy zresztą mieli w najbliższym sąsiedztwie pyszny pałac, nieistniejący od wielu stuleci. Jednak od początku XX w. zdecydowanie już siedzieli tu Świeccy, i to do nich należy na przykład ten kamień, i ta porosła mchem figura w trzech częściach, które ktoś litościwie położył przy płycie, jedna obok drugiej. Fragment głowy – korpus – ręka? Trudno stwierdzić, czy był to Chrystus, Matka Boża, czy też obecna niekiedy w sztuce funeralnej postać żałobnicy z łokciem opartym na kolanie i czołem podpartym na otwartej dłoni, z urną z prochami w drugiej ręce.

Pośród okazałych nagrobków są jeszcze inne. Nie widnieją na nich żadne szlacheckie nazwiska, chociaż wystawność pomników i wyrafinowanie dżentelmenów spoglądających z czarno – białych zdjęć świadczą o tym, że wyłożono co najmniej taki sam kapitał, żeby godnie pogrzebać swoich zmarłych. Niektóre nazwiska sugerują, że mamy do czynienia z przechrztami. Nic dziwnego – owe groby łączy to, że nieboszczyków podpisano jako „współwłaścicieli Huty Szkła Nadbużanka”.

Jest zaraz koło Uhruska miejscowość, niegdyś od niego pośledniejsza – Wola Uhruska.  W przeciwieństwie jednak do maleńkiej wioski, którą stał się Uhrusk, Wolę można nazwać dużą wsią, z kilkoma marketami, nowym kościołem, siatką ulic, przychodnią i szkołą. Wszystko to zasługa kolei żelaznej, która pod koniec XIX wieku zadecydowała, którym miejscowościom przypadnie w udziale rozwój, a którym – marginalizacja. I chociaż tory biegną przez sam Uhrusk, stacja kolejowa odpowiadająca Uhruskowi znajduje się w Woli (dziś także zamknięta, a pociągi na tych wąskich torach pojawiają się z rzadka, przeważnie w lecie). Dzisiejsza Wola Uhruska to kompilacja kilku istniejących dawniej osad – jedną z nich była Nadbużanka, dziś dzielnica Woli. Przemysłowa Nadbużanka. Dawniej przemysłowa – była tu i sprawnie działała owa huta szkła, której zarządcy mają solidne, niemal pańskie nagrobki na starym cmentarzu. Dziś jedyną pamiątką po fabryce są dziwnie niewiejskie domki na terenie dawnej Nadbużanki, małe, niemal przylegające jeden do drugiego, prostokątne – stawiane tu naprędce przez robotników, wczesny prototyp dużo późniejszych osiedli fabrycznych z wielkimi blokowiskami.

I tak rekiny biznesu niepostrzeżenie wmieszały się między wielmożów. Współwłaściciel huty – to był ktoś, dlaczego więc miał zasługiwać na pochówek skromniejszy niż jakiś Niemirycz lub Świecki? Rozumowanie bez zarzutu. Nie istniały też żadne obyczaje czy też regulacje prawne zabraniające chowania przedstawicieli innych klas niż ziemiańska w taki sposób, na jaki każdego było stać. Tak było, tak zaczynało być – ci z ziemian, którzy byli niegospodarni lub nie dość sprawnie myśleli o modernizacji, musieliby zapewne sprzedać majątki już nie tylko kolegom równego stanu, ale też każdemu – bo dlaczego by nie? – kto oferował odpowiednią cenę. To właśnie międzywojnie wylansowało zwrot „pan”, „pani” jako zwrot grzecznościowy stosowany w odniesieniu do każdego, niezależnie od stanu. Postęp technologiczny, który miał przyjść później, wygładziłby niepotrzebny patos, z jakim odnosili się do siebie ziemianie, nie zawsze do swojego stanu dorastając; wygładziłby różnice w dostępie do dóbr kultury i dóbr materialnych. Zostałoby zachowane coś innego – ciągłość, tradycja i własność. Baza materialna, na którą pracowano latami. Etosy – chłopski, kupiecki i ziemski, być może w formie nieco sentymentalnej i historycznej, ale żywe, z pełną gamą przedmiotów, zdjęć i dokumentów, do jakich można by się było odwołać.

Tak się jednak nie stało. Wszystko to zapadło się w czarnej dziurze; głębokiej studni, w której zamiast wody płonie niszczycielski ogień. Ziemianie, fabrykanci z żydowskimi nazwiskami, chłopi, którzy pamiętnego sierpnia dostali karty przydziałowe – ruszyli w szalonym korowodzie, śmierć porwała ich do tańca – a na czole miała bolszewicką gwiazdę. Pod znakiem tej gwiazdy spalono dwory i wycięto parki, unicestwiono pamięć i dobre imię ich gospodarzy. I nawet, jeśli komuś udało się ujść cało i powrócił do domu – a największe szczęście sprzyjało w tej mierze chłopom – to wracał już jako kto inny, do miejsca, które stało się czym innym. Na rzece stanęła granica, a wieś spłonęła z powodu terroru UPA i późniejszej akcji „Wisła” – chłop nie wracał już chłopem, ziemianin ziemianinem, a przemysłowiec – przemysłowcem. Ziemianin, jeśli przetrwał, stawał się człowiekiem – widmem, przedstawicielem umarłej klasy, którego dom gnił i rozsypywał się, a groby przodków zapadły pod ziemię. Fabrykant dusił się cyklonem B w jednej z komór Oświęcimia, Majdanka czy Sobiboru, a jeśli powracał – to nie do swojej fabryki.

Równie wielką krzywdę uczyniono chłopu. Poniżono go bowiem opowiadając kłamstwo o jego rzekomej nobilitacji, która w istocie była podsunięciem mu obraźliwego cyrografu, wetknięciem do ręki butelki z wódką bez dna, wciśnięciem w depresyjny, pokraczny barak PGR, odebraniem nadziei na lepszy los – nawet na długo po tym, jak upadł wreszcie komunizm.

Kiedy wracam z cmentarza w Uhrusku nie wiem właściwie, kto jest wygranym. Niewesoła myśl pojawia się z tyłu głowy – w takich miejscach jak to triumfuje chyba jednak zza grobu rewolucja bolszewicka – bo mogiły Niemiryczów i Świeckich kruszą się i rozsypują, a poniżenie pracowników PGR, żyjących pomiędzy pryzmami gnoju, beznadzieją a niezliczonymi butelkami wódki – wciąż trwa i jak jakaś szalona choroba genetyczna jest przekazywana z pokolenia na pokolenie.

 

Agnieszka Sztajer

Kategoria: Agnieszka Sztajer, Publicystyka, Reportaż

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *