banner ad

Sztajer: Krótka świeca, zapach burzy

| 18 czerwca 2017 | 0 Komentarzy

Wujek Konstanty przynosi burzę. Pachnie burzą, ma oczy pełne tajemniczych chmur, które nigdy nie odpływają, cały czas tylko ciążą i ciążą w tym smutnym wzroku, gdziekolwiek by nie patrzył, i plecy ma schylone, jakby przykurczone przez tę wielka chmurę, która przycupnęła mu na karku. To ona sprawiła, że zamyka się teraz godzinami w swoim gabinecie, i tam chodzi; chodzi po pokoju, wzdłuż i wszerz; wiem, bo słyszę kroki, chociaż tłumi je czerwony, pluszowy dywan. Muszę się przyznać, że przykładam czasem ucho do drzwi pokoju wujka, chociaż wiem, że to nieładnie podsłuchiwać, i słyszę, jak chodzi, wzdycha ciężko, potem siada przy biurku, pisze coś, i znów chodzi tak długo, że zrobiłby całe kilometry, a może nawet zaszedłby do samego Chełma, gdyby wyszedł przed dom, do ogrodu, a potem przez bramę – w świat.

Czasem wujek Konstanty faktycznie jechał gdzieś rano, o samym świcie, i wracał po kilku godzinach jeszcze bardziej zmęczony, jeszcze bardziej pochmurny, i jeszcze więcej pachniał burzą; czułam niemal swąd spalenizny, jak wtedy, kiedy gdzieś niedaleko uderzy piorun. Innym razem nie wstawał wcale, aż do południa, i kuchenna Felcia musiała przynosić mu śniadanie na tacy. Potem wynosiła, prawie nietknięte, i narzekała, że pan Konstanty nic prawie nie je, i nie będzie miał siły.

Ale ja wiem, że wujek jest silny, bo jest w nim burza. Czai się, jest tam w środku, w jego łysej głowie, i nie może się z niej wydostać. Tak, jak nie mogła wydostać się wczoraj z wielkiej chmury, którą widziałam na horyzoncie, za wierzbami. Stałyśmy z Wandzią w trawie, która zdążyła urosnąć wysoka, sięga mi do pół łydki, a Wandzi nawet do kolan. Są w niej dmuchawce, maki i chabry. Mamusia mówi, że kwitnie wszystko, co ma kwitnąć, i że lada dzień ukaże się też kwiat paproci, który pokazuje się tylko w jedną, jedyną noc w roku, najkrótszą ze wszystkich. Pójdziemy go szukać, jeśli nie zaśniemy, a kto znajdzie kwiat paproci, będzie miał w życiu wiele szczęścia.

Rokrocznie mamusia powtarzała tę historię, i zawsze szykowałam się na wyprawę do lasu, ale nigdy nie udało mi się nie usnąć, chociaż na oknie szeleściły ciężkie chrząszcze, zwabione światłem lampy, którą zostawiała mi na czas usypiania moja dobra Celina. Celina nie chce, żebym bała się przed snem. Mamusia wolałaby oduczyć mnie zasypiania o zapalonej lampie, ale moja bona, dobra i słodka, nie chce, żeby śniły mi się potwory, chore konie bez głów, straszni żandarmi z ostrymi szablami, czarownice i strzygi. Teraz śni mi się burza. Taka, jak u wujka Konstantego w głowie, i taka, jak wtedy, za horyzontem, kiedy stałyśmy z Wandzią w trawie. Pytałam ją, czy widzi ciemne chmury. Rozpłakała się, i Celina zabrała ją do domu. Ja zapytałam mamusi, czy burza może zniszczyć kwiat paproci.

– Skąd, Nusiu, burze i deszcze nie niszczą kwiatów, a już na pewno nie niszczą kwiatu paproci.

Czy to źle, że pomyślałam sobie wtedy, że mamusia może czasem nie mieć racji? Wyszłam znów na trawę, między wierzby przed dworem, i czułam, jak wieje gorący wiatr, a ta chmura, która miała w sobie burzę, była tuż – tuż, za ostatnim drzewem, za wzgórzem, za którym siedzi mała wioska Stulno; za Bugiem. Niebo zrobiło się granatowe, ale deszcz nie zaczął padać. Było gorąco, ale nieprzyjemnie, i mama kazała Celinie położyć mnie do łóżka zaraz po obiedzie, i chyba trochę się gniewała, bo robiła mi wymówki: "Nusiu, Aneczko, jaka to burza, może ty nie chcesz po prostu powtarzać z Celiną francuskich słówek? Nie ma żadnej chmury; ot, może i popada deszcz, jak to na początku lata, ale nie można się tak martwić i troskać! Czemu nie jesz, Nusiu, felcinej konfitury?"

Nie potrafiłam powiedzieć, dlaczego ta wielka chmura, te przyczajone grzmoty odebrały mi apetyt. Chciałam wytłumaczyć, jak gniecie mnie i dusi ta burza, której mamusia ani tatuś, ani nawet Celina, nie widzieli, chociaż była tam, przestraszyła Wandzię i weszła w wujka Konstantego. Na pewno mi się nie zdawało! Z tej chmury brały się bezgłowe konie i straszni rycerze z pianą na ustach, różne upiory i wielkie pożary, które potem mi się śniły. Ta chmura miała w sobie taką burzę, która mogłaby chyba zniszczyć kwiat paproci, i róże w naszym ogrodzie, i zboże na polu, a może nawet dąb przed domem – a co to będzie, jeśli zniszczyłaby nasz dom? Gdyby od błyskawicy wszystko się zapaliło, czerwony dywan w pokoju wujka i moje łóżko nakryte białym prześcieradłem, i biurko tatusia razem z kasetką, w której trzyma bardzo ważne rzeczy; sekretarzyk mamusi z małym, czarnym chłopcem tańczącym na czarnym lichtarzu; i biblioteka razem z wielkimi książkami, i szezlong, na którym babunia wieczorem siada, żeby napić się herbaty. Nie chcę o tym myśleć ani opowiadać, bo kiedy przypominam sobie taki paskudny sen, w którym płoną nasze rzeczy, nie mogę nawet wymówić ich nazw, nie mogę na nie spojrzeć, żeby zaraz nie chciało mi się płakać. Myślę sobie "serwis w róże"; ten serwis, który mamusia każe podawać tylko na wielkie okazje, kiedy przyjeżdżają do nas goście z wizytą, i już siąkam nosem, bo w tym paskudnym śnie wszystko się paliło, i serwis pękał w drobne kawałki, a małe różyczki na cukiernicy i maselniczce stawały się czarne i spływały na czarny stół, z którego zostawało coraz mniej i mniej. Muszę się pilnować, bo kiedy widzi to Witek, zaraz się śmieje, i dokucza mi: "Patrzcie, Nuśka znowu beczy!", i szturcha mnie złośliwie i boleśnie, ale ukradkiem, tak, żeby nikt nie widział.  Może dlatego nie mogę wytłumaczyć nikomu, jaka groźna jest ta chmura, z której nie chce spać deszcz, a może dlatego, że chociaż wiem to i bardzo się boję, powiedzieć to komuś jest jak recytować francuskie słówka, których uczy mnie Celina, ale które nie bardzo pamiętam, nie rozumiem, nie znam. Wypadają z moich ust jak perełki, ale nie potrafię ich pozbierać i sama poukładać. Są proste, kiedy mówi je Celina; mówi "maison" i uśmiecha się; kiwa głową i wiem, że mam powtórzyć. Mówię wiec "maison", staram się powiedzieć tak pięknie jak ona, i przez tę krótką chwilę wiem, że "maison" to dom, taki ładny i dobry jak nasz, i można go nazwać w różnych językach. Mogą go nazwać Francuzi, Holendrzy i Anglicy; przez to czuję, że wszyscy oni, ci różni ludzie, mają jakiś związek z naszym domem, i mówię "maison" najpiękniej, jak potrafię, bo wtedy wszyscy oni zdają się siedzieć razem w naszym salonie, powtarzać "Quelle belle maison!",  i jest jakoś bezpieczniej i milej – bo czy może się spalić dom z tyloma gośćmi? Kiedy jest tylu gości, nie słychać burzy, choćby i była, deszcz tylko delikatnie mży i dzwoni o szyby, a oni tańczą, śmieją się i rozmawiają. Ale kiedy znowu powtarzam "maison", dźwięk tego słowa w ustach Celiny zaciera się i odpływa w dal, i nie potrafię już sobie przypomnieć, jak on brzmi, i wtedy wszyscy oni, ci wszyscy goście mówiący różnymi językami znikają, i zostajemy tylko my, a za chwilę – tylko ja sama, i nie ma nawet Celiny, żeby pomóc mi w mówieniu francuskimi słówkami, i nic nie potrafię powiedzieć, i nie umiem wyjaśnić, czemu mi tak straszno i źle.

II

– Ależ, księże, czy to trzeba mącić w głowie młodemu człowiekowi? Wyuczy się jeszcze, pojeździ po świecie, to i będzie politykował – dobrotliwie klarował pan Karpiński, próbując odwrócić uwagę agitującego księdza Stągiełły od swojego piętnastoletniego syna Witolda. Podsuwał przy tym gościowi rogaliki maślane z marmeladą, które właśnie wjechały na stół, i skwapliwie nakłaniał do picia pysznego likieru, przywiezionego aż ze Lwowa, ażeby nie wydać się niegościnnym. Sęk w tym, że ksiądz Stągiełło, czcigodny gość na salonie Karpińskich, który był zajechał tu w drodze do Włodzimierza, miał dość zdecydowane poglądy narodowe, czytał "Myśli nowoczesnego Polaka", a kiedy chciał wyrazić silną dezaprobatę, mówił: "powariowali, jak sanacja z Berezą Kartuską, psia ich mać". Sam zaś pan Karpiński był zagorzałym zwolennikiem Marszałka, którego wielki portret wisiał zresztą nieopodal kominka, Berezę Kartuską uważał za smutną konieczność, a figurą najstraszliwszego zła był dlań Eligiusz Niewiadomski, morderca świeżo zaprzysiężonego przed laty prezydenta Narutowicza, który to zbrodniarz – był tego niemal pewien – zapewne osobiście został delegowany do tego obrzydliwego zadania przez samego Romana Dmowskiego, o którym pan Karpiński miał jak najgorsze zdanie. W duchu podobnych poglądów miał nadzieję wychować Witolda, i drżał o syna za każdym razem, gdy ten znajdował się w orbicie zainteresowania jakiegoś agitatora. Bieda w tym, że oprócz księdza Stągiełły był również kuzyn Staszek, również tu obecny, eteryczny, blady dwudziestolatek, który studiował w Warszawie i tam nabawił się straszliwych poglądów, należał ponoć nawet do jakiejś bandy organizującej marsze i strajki, i zgroza zdejmowała pana Karpińskiego, gdy tylko o tym myślał, a nie pytał Staszka ani jego rodziców jedynie przez wrodzoną dyskrecję.

Uch! Że też Elżunia musiała posadzić Witolda pomiędzy księdzem Stągiełłą a Staszkiem! Jak na złość, choć na pewno nie celowo. Panu Lucjanowi cierpła skóra, bo Staszek dowodził właśnie Witoldowi, że "jeśli ich dwa miliony wyjedzie z kraju, to zwolnią się dwa miliony miejsc pracy dla Polaków". Zaproponował więc wszystkim dokładkę kotletów, a gdy nie spotkało się to z większym odzewem, odezwał się:

– Za pozwoleniem, Staszku, ale kto będzie mi wtedy sprzedawał wódkę? Kto będzie handlował butami? Kogo będę się radził w interesach?

– Nie smakuje wujowi wódka Baczewskiego, wuju, że od Żyda musi wuj kupować? – odpowiedział Staszek, patrząc na Karpińskiego swoimi niepokalanie niebieskimi oczyma, okolonymi pięknymi rzęsami. To rozładowało atmosferę, bo wszyscy wybuchnęli śmiechem. Staszek spłoszył się sukcesem towarzyskim, bo opuścił przyciężkawe, zsunięte głęboko na oczy powieki, które w połączeniu z zaczerwienionymi policzkami i bardzo czerwonymi, ładnie wykrojonymi ustami, czyniły jego twarz zarazem piękną, jak i stwarzającą wrażenie odrobinę niezdrowej, jakby chronicznie cierpiał na suchoty.

– Ucz się pan Lucjan patriotyzmu od młodego, każ no iść do kredensu po Baczewskiego! – Stągiełło jowialnie klepnął pana Karpińskiego po ramieniu.

Pan Lucjan kątem oka zerknął na brata. Konstanty uśmiechał się blado z grzeczności, manipulując sztućcami przy swoim talerzu, w istocie nic nie jedząc. Uciekał wzrokiem w bok, nie biorąc udziału w rozmowie, myślami był pewnie w świecie świeżej prasy z całego świata, którą zamawiał u znajomego, ministra w Warszawie. Kiedy ten przeczytał już wszystko, co było do przeczytania, wysyłał gazety Konstantemu, zdając mu przy tym listownie długie relacje z tego, co dzieje się w polityce. Stamtąd wszystko wyglądało groźnie, i zdaniem pana Lucjana, Konstanty za bardzo się tym przejmował. Fakt, Hitler na zbyt wiele sobie pozwalał, ale od tego jest dzielne i bitne wojsko, od tego czołgi i samoloty, od tego granaty i szrapnele, żeby go uspokoić. Ale to ostateczność, wszyscy oprócz Konstantego byli pewni, że Hitler blefuje, żeby więcej ugrać. Nie z takimi wyzwaniami mierzyli się Rydz – Śmigły, Beck czy Wieniawa – Długoszowski! Już oni tam usadzą tego męczącego krzykacza. Ale co zrobić, że Konstanty był z tych niedowiarków, co to zawsze szukają dziury w całym. Najgorsze, że jego zasępiona twarz i milczenie prowokowało pana Lucjana do zadawania sobie pytań: A co, jeśli..? Czy wszystko jest gotowe, wszystkie dyspozycje, papiery..? Jeśli wojsko zabierze konie i samochód na potrzeby wojenne, jak zorganizować życie we dworze..? Jeśli mu weźmie chłopów w kamasze, to co poradzić ich żonom i dzieciom, a w dłuższej perspektywie – jak samemu się urządzić..? I czy nie należałoby przede wszystkim odkurzyć wtedy munduru..?

Spojrzał na Elżunię, jego młodą żonę, matkę Nusi i Wandzi – dzieci z drugiego małżeństwa – była taka piękna i świeża w swojej białej sukience i herbacianej róży wpiętej we włosy z okazji podejmowania gości – opowiadała księdzu Stągielle, jak też Witold radzi sobie w szkołach, i swoich uśmiechem wydawała się przepłaszać wszystkie złowrogie wizje, smutki przywleczone tu przez posępnego Konstantego, tępy radykalizm Staszka i defetyzm brata. Jej ciemne oczy błyszczały wesoło, a biała dłoń sprawnie manipulowała przy serwisie, kiedy sama proponowała gościom dolewkę herbaty, nie wydając nawet dyspozycji Felci. Taka była jego żona! Wstała, by sięgnąć przez stół, i wieczorny promień późnego słońca zakołysał się na perłowym grzebieniu w jej włosach. W tej miłej scenerii Celina wprowadziła do salonu Nusię i Wandzię, wracały z wieczornego spaceru i przechodziły przez przestronny pokój na górę, by zaczynać wieczorne obrządki. Obie miały kremowe sukieneczki i wdzięczne fryzury a la garconne; duże, brązowe oczy odziedziczone po Elżuni goniły kładące się na ścianach, przytłumione promyki słoneczne.

– I cóż, Nusiu, jak ci się też żyje? – zagadnął starszą dziewczynkę ksiądz Stągiełło, chcąc rozweselić poważne spojrzenie dziecka, które widocznie stremowało się, widząc kogoś na co dzień niewidywanego.

Nusia dygnęła niezgrabnie przed gośćmi. Pan Lucjan uśmiechnął się lekko, rozczulony.

– Dzisiaj w nocy to już na pewno będzie burza – cicho powiedziała Nusia, i ciemne falbany długich rzęs pokryły sarnie spojrzenie dziecięcych oczu.

III

Wujek Konstanty nie zawsze był taki. Pamiętam go, kiedy nie miał jeszcze w głowie burzy, a ja miałam dwa długie, ciemne  warkocze poupinane wiśniowymi wstążkami. Wujek Konstanty, łysy jak kolano, powtarzał wtedy: "Mamy z Nusią piękne włosy". Nosił mnie na barana i grał z Witoldem w piłkę. Może dlatego Witold był wówczas trochę milszy. Był też młodszy, na tyle młodszy, że po kryjomu bawił się ze mną lalkami, i bardzo mu się to podobało. Dziś nie chce o tym słyszeć, a kiedy mu przypominam, złości się na mnie, krzyczy, że wymyślam, i szuka tylko okazji, żeby zrobić mi jakiegoś złośliwego psikusa. Nie dbam o to. Mam poważniejsze sprawy na głowie. Witold jest złośliwy, niedojrzały jak na swój wiek i  nieodpowiedzialny, i słyszałam nawet, jak mam rozmawiała o tym z tatą. Mamusia właściwie go usprawiedliwiała; mówiła, że jest taki przez to, że jego własna mamusia już nie żyje. Bo Witold jest moim bratem tylko w połowie, to znaczy mamy tego samego tatusia, ale inną mamę.

Dziwne jest pomyśleć, że tatuś nie był kiedyś mężem mamy, tylko tej pani, której zdjęcie stoi na kredensie w korytarzu. Ta pani nie była taka ładna jak moja mamusia; miała wysoki, ciemny kok i była na tym zdjęciu bardzo poważna, miała czarną torebkę i czarne rękawiczki. Była mamą Witolda i żoną tatusia, a teraz nie żyje. Kiedy patrzyłam na to zdjęcie wcześniej, ciekawiło mnie, co się stało z piękną kolią, którą mama Witolda miała na fotografii. Czy pochowano ją w kolii? I tych czarnych rękawiczkach? Teraz mnie już to nie zajmuje. Bo dlaczego właściwie miałabym myśleć o jakiejś głupiej kolii, skoro prawdziwą tejmnicą jest co innego. Nie wiem, na co ta pani umarła – była starsza niż nasza mamusia, ale chyba nie tak stara jak babunia? – i czy to możliwe, żeby umarła z powodu burzy? Wydaje mi się, że nasze wzgórze, na którym rosną wierzby, jest niebezpieczne. Cały czas widzę tam nachodzacą chmurę, z której nie chce spaść deszcz. Ale kiedy w końcu deszcz spadnie, i rozpęta się burza, ten, kto będzie tam na spacerze, jest zgubiony. Wujek Konstanty mówił, że podczas burzy lepiej nie przebywac na otwartych przestrzeniach. Tam nie ma dokąd uciec. Dużo, dużo trawy, zielony grzbiet wzgórza, trochę niskich wierzb. Daleko do domu, daleko nawet do stajni albo do oficyn, daleko do wsi. Może mama Witolda wyszła na spacer z naszym tatusiem, a może nawet z małym Witoldem, może złapał ich deszcz i burza, nie mieli dokąd uciec, a wtedy burza zabiła tę panią? Witold i tatuś jakoś się uratowali, a Witold jest taki zły i złośliwy, bo piorun rzucił na niego zły urok? Nie dowiem się. Zapytałam ostatnio mamusi, czy to możliwe, żeby burza zabiła mamę Witolda, i czy burza może zabijać ludzi albo palić domy. "Co też ty mówisz, Nusiu?" – powiedziała mama, i z takim strachem spojrzała na tatę, a tata pokręcił głowa, bardzo zmartwiony, i spojrzeli na siebie tak, jakby oczami zmawiali się gdzieś ponad moja głową, i mam położyła mi rękę na czole, i powiedziała, że Celina musi mnie położyć, bo znowu robię się chora.

Nie byłam chora, wstałam nawet z łózka i chodziłam po domu, patrząc z różnych okien, czy już wreszcie widać w całości tę chmurę, z której spadnie deszcz, bo pomyślałam, że powinien już wreszcie spaść; niech lepiej będzie burza i zakończy raz na zawsze to moje myślenie "będzie – nie będzie". Cały czas robię wyliczanki: "będzie burza – nie będzie burzy"; kiedy jem czereśnie prosto z drzewa i place mam całe w ich soku, odliczam sobie tę wyliczanke na czereśniach; kiedy Celina zabiera nas nad Bug i patrzymy na płynące patyki, odliczam na patykach, a kiedy Felcia rozkłada sztućce i talerze, odliczam na łyżeczkach. Mam mętlik w głowie, bo wiele razy wyszła mi "burza", ale było też dużo wyliczanek, z których wynikło, że "burzy nie będzie". Więc patrzyłam przez różne okna, bo była jasna, księżycowa noc, i nie trzeba było nawet lampy, żeby chodzić po domu. Z każdego okna widac było skraj, ciemny rąbek chmury, i głośno kumkały żaby, i powietrze było takie gorące.

Chyba ostatnio urosłam. W salonie stoi taki mały stolik, są na nim karty i popielniczki, i jest świeca w wysokim lichtarzu. Jeszcze niedawno byłam za mała, żeby spojrzeć na świecę z góry, i widziałam tylko długi, błękitny lichtarz, w kolorze pasującym do kafelków na piecu. Teraz stałam nad stolikiem, zdziwiona, że mogę z góry patrzeć na porozrzucane karty z pięknymi rysunkami, śliczne popielniczki z głowami słoni i na świecę w lichtarzu. Dobrze, że wszyscy śpią! Dotknęłam kart, wzięłam je do rąk. Zazwyczaj nie wolno mi tego robić, bo dorośli zaraz mówią, że pogubię je albo zniszczę. Rysunki na jednej stronie są ładne, ale po drugiej stronie każda karta jest taka sama. Kiedy się je odwróci, znika cały ich urok. Według mnie ładne rzeczy powinny być ładne z każdej strony. Co komu po takich kartach, kiedy wszystkie wyglądają tak samo? Witold pewnie by mnie wyśmiał i powiedziałby, że karty sa jednakowe po to, żeby dało się nimi grać bez odkrywania ich przed przeciwnikiem. Wiem to przecież. Wiem, ale nie dbam o to. Nie dbam o te karty, bo nawet, kiedy mogę się nimi pobawić, okazuje się, że nie są tak ładne, jak zawsze myślałam, i nie dbam o błękitny lichtarz, bo ukrywa świecę bardzo krótką, prawie zupełnie spaloną.

Już czas! Muszę biec z powrotem na góre, po szerokich schodach, na pewno przez okno widać już całą chmurę, i wreszcie spadnie deszcz, i potem będzie już po wszystkim. Biegnę, i zapominam ,żeby poruszać się cicho, żeby nikogo nie obudzić, potykam się na ostanim schodku i zastygam, bo narobiłam hałasu. Cisza. Nikt chyba się nie zbudził.

Ale co to? Zza drzwi sypialni wujka Konstantego dochodzi dziwny dźwięk. Urywany, stłumiony, taki wydech, jak przy pracy robi stary Jan od koni, kiedy bardzo się zmęczy ładowaniem słomy. Wydech powtarza się raz za razem. Czy tak płaczą dorośli? Idę do okna, powietrze jest jeszcze gorętsze, widzę na niebie ciemny kształt, ale on jest daleko, tak daleko, że nie mogę go dokładnie dostrzec nawet, kiedy zmrużę oczy. Złośliwa, głupia chmura, jakby bawiła się ze mna w berka, napędza mi tyle strachu! Zaczynam płakać razem z wujkiem Konstantym, i w nocnej koszuli wybiega mama, a ja mówię jej o burzy, o tym, że chcę, żeby już w końcu była ta burza, może nawet spalić karty, nic nie warte, i tę świecę, bo ona i tak jest prawie spalona, tylko żeby tak nie męczyła i nie uciekała, i kiedy chcę mówić dalej, gubię słowa tak jak na lekcji francuskiego z Celiną, i mogę już tylko płakać, a wtedy mama bierze mnie na ręcę i biegnie do pokoju taty, a na jej twarzy pojawiaja się dwie strużki, chociaż nie łka głośno jak ja ani nie robi cichych wydechów jak wujek Konstanty, i wtedy wszyscy troje płaczemy w naszym otoczonym przez burzę domu – ja, mama i wujek, i zrywa się szczekanie psów, i chmura rozmywa się na horyzoncie.

IV

Zamieszanie!

Nasi żołnierze, sami młodzi i weseli chłopcy, w większości tylko trochę starsi od Witolda, wybierają konie i wozy. Na próbę. To taka zabawa w wojnę, tłumaczy nam mamusia, a tatuś głowi się, jakby tu zrobić, żeby nie wzięli Cisa, konia, którego bardzo chciałby zatrzymać. Wujek Konstanty i tatuś rozmawiają z chłopakami, Felcia z pomocą kuchenną dwoi się i troi, Jan zaprzęga siwki. Każdy jest zajęty. Babunia mówi, że nie ma do tego całego bałaganu głowy, siedzi na szezlongu i słucha radia. Tyle się dzieje, że prawie zapominam wypatrywać chmury. Zresztą, siedzimy z babunią pod portretem wąsatego, trochę groźnego pana w szarym mundurze. Ma szare, nachmurzone oczy, a w tych oczach tyle swojej własnej burzy, że nieco mniej boję się tej obcej, która może przyjść gdzieś zza rzeki albo zza wzgórza.

Wuj Konstanty spieszy przez pokój, chyba potrzebuje wziąć jakieś dokumenty z pokoju. "Nasz Kocio jakby odzyskał wigor" – pochyla się do mnie babunia. Uśmiecham się do niej wesoło. Radio gra skoczną melodię, lubię tę piosenkę o Śmigłym Rydzu. "Nikt nam nie ruszy nic, nikt nam nie zrobi nic, bo z nami Śmigły …" – śpiewają wesoło jacyś żołnierze w radiu, ale nie kończą, bo wujek Konstanty zatrzymuje się na chwilę przy odbiorniku, z dziwną miną słucha, jak nikt nam nie zrobi nic i nie ruszy nic, po czym bez słowa, z niespotykaną siłą, gestem, którego nigdy bym się po nim nie spodziewała, gwałtownie strąca radio z komody.

– Konsanty! – babcia jest zbyt słaba, żeby raptownie wstać, chociaż widać, że ma ochotę, odrzuca tylko szybkim ruchem lnianą opończe, którą się okrywała.

Przez twarz wujka przechodzi burza. Czarne, powolne chmury. Granatowi rycerze, gnani wiatrem, po których schodzą na ziemie iskry błyskawic. Deszcz, deszcz, deszcz. Znowu jest w nim, jest bardziej niż kiedykolwiek.

– Żebym tego więcej nie słyszał – mówi cicho, a babcia nic nie odpowiada. Wujek odwraca się i bardzo powoli idzie w stronę swojego gabinetu, takim krokiem, jakby był bardzo, bardzo stary. Znów ją czuję – jest wszędzie, czepia się ścian domu i tafli rzeki, wisi nad wierzbami, a wielki huragan tańczy nad strzaskanym radiem.

V

Witold jest taki dobry.

Zmieniła go burza. Nas wszystkich zmieniła, ale jego najbardziej.

Wszystkich, którzy przeżyli. Bo babunia była zbyt słaba, i już kiedy jechaliśmy do Lubomla, i okazało się, że nie możemy nocować u cioci i wujka we dworze, bo wszyscy się boją, i jakaś rodzina ze wsi pozwoliła nam spać w stodole, babunia nie dotrwała do wieczora. Wtedy Witold po raz pierwszy nie robił sobie głupich żartów, tylko trzymał mocno mnie i Wandzię za rękę, i powtarzał, że wszystko będzie dobrze, tylko musimy pomodlić się trochę za babcię, a potem znów będzie dobrze. I kiedy wróciliśmy do naszej wsi, ale nie mogliśmy już mieszkać u siebie, tylko w małym domku ogrodnika, każdego wieczoru opowiadał nam bajki, i opowiadał też, jak wujek Konstanty dzielnie walczy na swoim siwku z Niemcami, ale ponieważ pokonał już wszystkich, jedzie teraz do nas, coraz szybciej i szybciej, i lada dzień siez nim spotkamy.

To dziwne, co teraz powiem, ale te wszystkie straszne rzeczy, łącznie z tym potwornym pociągiem, którym musimy teraz jechać, ściśnięci jak sardynki, a zimno wciska się w każdą szparę, i nawet bomby, które widzieliśmy, jadąc do Lubomla i z powrotem – to oczywiście najgorsze, co przeżyłam, ale jakoś tak czy inaczej lepsze od tych nocy, kiedy wszystko jeszcze było dobrze, ale chmura była gdzieś na horyzoncie, i musiałam chodzić po domu, żeby ją wypatrzeć, i śniły mi się pożary i krzyki. Kiedy już to wszystko się stało, co jest naprawdę przerażające, jakiś kamień jakby spadł mi z serca. No i Witold stał się milszy. Teraz opowiada mi o wzorach, które mróz maluje na szybach.

– Ten pociąg nie ma okien – droczę się z nim. Teraz, kiedy próbuję się z nim kłócić, nie denerwuje się już, tylko uśmiecha. Uśmiech jakby przecina mu twarz, która jest teraz bardzo chuda, tak jak moje i Wandzi nogi; mamy bardzo chude ręce i cały czas burczy nam w brzuchu.

– Nie ma, księżniczko – odpowiada, jeszcze mocniej przyciskając mnie do siebie, i nie wiem, czy robi tak, bo chce opowiadać bajkę prosto do mojego ucha, czy przycisnął go ktoś, kto próbuje dostać się do dziury w podłodze, która jest tutaj zamiast toalety. – Nie ma okien, ale gdyby były, to na samej górze mróz namalowałby małe gwiazdki. Po gwiazdkami byłby rzucik w kwiaty …

Kwiaty? Herbaciane róże z ogrodu; czerwone maki, błękitne chabry, widzę je jak żywe na naszej łące. Podchodzą pod wierzby, giną w trawie. Trawa jest biała, bo to śnieg. Jest zimno; zimno mi w stopy, chociaż mamusia okręciła je spodniami jakiegoś chłopca, który był biedny i mieszkał w drewnianym domu, więc jego rodzina nie musiała wsiadać do tego okropnego pociągu. Dał nam swoje spodnie, ale są na mnie o wiele za duże. Próbują grzać mi stopy. Jest zima na naszej łące, i straszny mróz. Jest mi zimno, ale bardzo się cieszę, bo w zimie nie ma burzy, a chmury sa niegroźne, bo sypie z nich co najwyżej śnieg, i białe kwiaty. Babunia, siedząc na szezlongu, wyciąga ręce, łapie białe lilie spadające z sufitu, i sypie je do herbaty wujowi Konstantemu, dla ozdoby. Witold nie kłamał, wujek faktycznie przyjechał na siwku! A więc to prawda, pokonał wszystkich Niemców! "My z Nusią mamy warkocze" – mówi. Jest bardzo, bardzo zimno.

VI

Elżbieta i Witold patrzyli na siebie tak, jak patrzą sobie w oczy małżonkowie, którzy wiedzą, że nie ma już ratunku, i można albo się powiesić, albo czekać, aż jacyś obcy ludzie wezmą do ręki strzaskaną, nieistniejącą już miłość i zrobią z niej lepszy użytek. Nie byli jednak małżeństwem, tylko macochą i pasierbem, a Witold trzymał w ramionach martwe dziecko. Nie pierwsze zresztą w tym wagonie. Elżbieta zdjęła z głowy okropną, parcianą chustę, która przy całej swoje brzydocie dawała odrobinę ochrony przed zimnem, i zakryła dziecku twarz.

Będą musieli zastanowić się nad "pogrzebem". Nie ostatnim zresztą, jak domyślali się oboje; bo Wandzia, przywarłszy do matki, przestała już nawet kwilić, i teraz z kącików ust spływała jej żółtawa ślina. Chyba gorączkowała. Nie mówili teraz o tym. O niczym nie mówili, otwieranie ust było niepotrzebnym wysiłkiem, może przybliżającym do śmierci z wyczerpania. A jednak Witold uczynił ten wysiłek.

– Opowiadałem – powiedział zachrypniętym głosem – i umarła uśmiechnięta.

– Widocznie podobało się – stwierdziła Elżbieta, odwzajemniając wysiłek rozmowy i obdarzając Witolda spojrzeniem, które kiedyś ,w czasach kultury i życia człowieczego, mogło oznaczać podziękowanie.

 

Agnieszka Sztajer

Kategoria: Agnieszka Sztajer, Publications, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *