banner ad

Sztajer: Konserwatysta w klubie fitness. O stosunku prawicy do współczesnych przejawów kultu zdrowego trybu życia

| 20 kwietnia 2017 | 2 komentarze

W życiu świątobliwego mnicha w eremie na pustyni czyhało nań niejedno duchowe niebezpieczeństwo. Najbardziej chyba osobliwym, a zarazem bodaj najszybciej się rodzącym i najpospolitszym (tak! – tu osobliwość zjawiska może się wiązać, paradoksalnie, z jego powszechnością, o czym za chwilę) był opisywany przez Ewagriusza z Pontu "demon południa", złośliwy nowotwór atakujący duszę codziennie "od około godziny czwartej". Był to demon acedii, duchowego stanu depresyjnego; zniechęcenia, ociężałości, lenistwa. Nazywany czasem ósmym grzechem głównym i uznawany z ten właśnie rodzaj, który wygania się postem i modlitwą, wydaje się być przeciwnikiem wagi ciężkiej. Jednocześnie nietrudno skojarzyć sobie owego demona ze zjawiskiem, które nazywamy dziś prokrastynacją albo utratą energii – wówczas dojdziemy do wniosku, że jesteśmy w mniejszym czy większym stopni zniewoleni owym demonem – mało jest bowiem ludzi, którzy w dobie technologii, wytężonej pracy wiążącej się z wielogodzinnym zaleganiem przy biurku i wysokocukrowego, łatwo dostępnego pożywienia nie popadaliby czasem w swoisty letarg psychosomatyczny: niechęć do poruszania się, stan "uśpienia umysłu", przesiadywanie w Internecie, odsuwanie obowiązków "na potem"; zatopienie się w mało wartościowej interaktywnej czy telewizyjnej rozrywce, spędzanie ogromnej ilości czasu na portalach społecznościowych, nie robiąc właściwie "nic konkretnego".

Można w sposób dość banalny skonstatować, że żyjąc w czasach względnego dobrobytu i konsumpcjonizmu, jesteśmy szczególnie narażeni na działanie demona południa. Z drugiej strony – i będzie to również truizm – jeśli codziennie nawiedzał on ascetów w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, nie można zrzucić całego ciężaru winy na warunki cywilizacyjne. Walka z gnuśnością duszy, podejmowana przede wszystkim poprzez aktywne poskramianie ciała, była podejmowana przez herosów duchowości od zawsze. Asceza to nie tylko droga do doskonałości duchowej – wbrew temu, co sądzi się o hedonistach, Epikur z Samos nie propagował absolutnego rozpasania nie znającego ograniczeń – jego filozofia przyjemności zawierała element ascezy, niezbędny do prawdziwego kosztowania przyjemności.

 

Multisport jak nowenna

Wydaje się, że w świecie cywilizacji zachodniej obecnie mamy do czynienia z pewnym odwrotem od masowego konsumpcjonizmu- zarówno w sferze praxis, jak i w uzasadnieniach ideowych. Filozofia nieograniczonego używania i konsumowania powoli się "zużyła", również na skutek tego, że minęło wystarczająco dużo czasu, żeby zaobserwować, jakie skutki zdrowotne niesie ona ze sobą na dłuższą metę (epidemia otyłości, nowotwory, nadciśnienie, cukrzyca etc.). W odpowiedzi na fatalne nawyki, w jakich po uszy tkwią całe społeczeństwa, jak grzyby po deszczu zaczęły mnożyć się siłownie i centra fitness, rozkwitł ogromny rynek poradni dietetycznych i trenerów personalnych. Co więcej, nie dotyczy to wyłącznie sfery ciała – ponieważ otaczamy się przedmiotami i popadamy w zakupoholizm, coraz bardziej nośne stają się prądy minimalistyczne czy też propagujące jakiś rodzaj duchowości (niewątpliwie o przeróżnym profilu i proweniencji, czasem w wersji bardzo "ludowej" i dostosowanej do masowego odbiorcy) przenoszącej akcent z "mieć" na "być". Mamy więc minimalistów zakładających sobie, że nie mogą posiadać więcej niż sto przedmiotów na raz; są też freeganie żyjących z recyklingu, nie tykających się niczego, co nie było wcześniej używane. Głoszą oni, że oderwanie się od przywiązania do rzeczy przyniosło im duchowe wyzwolenie – w dobrze urządzonych wnętrzach, o które przez całe życie zabiegały pokolenia ich rodziców i dziadków upatrują źródła niezdrowych przywiązań (w jakimś stopniu uwidacznia się to również w modach wnętrzniarskich – prosty styl skandynawski jest bliższy współczesnemu człowiekowi niż suty biedermaier, który utraciło w wojnie pokolenie naszych dziadków). Ma to również aspekt ekologiczny – większość minimalistów i osób praktykujących zdrową dietę i aktywny tryb życia z reguły będzie deklarować, że człowiek jako część przyrody ma obowiązek działać na rzecz ziemi, chociażby nie zanieczyszczając jej odpadami i nie generując niepotrzebnych odpadów.

Ta postawa, w pewnych przejawach nosząca w sobie uderzające podobieństwo do chrześcijańskich praktyk postnych i ascetycznych ma, w sposób oczywisty, różne od tych ostatnich cele i założenia. Post, nawet jeśli dotyczy stricte rozkoszy podniebienia, ma przede wszystkim prowadzić do oczyszczenia duchowego, zdrowie i dobra figura są (o ile się w ogóle pojawiają – 40 – dniowy post od słodyczy czy pokarmów mięsnych nie zmienia bowiem sylwetki w sposób zauważalny) swego rodzaju produktem ubocznym. Podobnie, nawet, jeśli regularne treningi i zdrowa dieta wymagają wyrzeczeń, to wyrzeczenia te są wyłącznie środkami do osiągnięcia dobrostanu fizycznego; w chrześcijańskiej ascezie ten ostatni nie jest celem ostatecznym (chociaż w żadnym razie nie jest też przeciwnikiem). Celem bowiem chrześcijańskiej ascezy jest zjednoczenie duszy z Bogiem najpełniej, jak to jest w warunkach ziemskich możliwe; takie uwolnienie się od przywiązań ziemskich, które otwiera horyzonty nadprzyrodzone i obiera sobie cele nie – ziemskie, wykraczające poza to, czym jest człowiek tutaj, a sięgające w tę rzeczywistość, która nie będzie stawiała tylu rozlicznych barier pomiędzy Stwórcą a Jego stworzeniem. I tak zatem korzystanie z pakietu Multisport wymaga mniej więcej tych samych cnót, które są potrzebne do codziennego odmawiania nowenny (wytrwałość, systematyczność, rezygnacja i wyrzeczenie); to pierwsze jednak koncentruje się na osiągnięciu pewnych celów zdrowotnych bądź związanych z dobrym wyglądem, drugie jest nakierowane na kontakt z Bogiem, ostatecznie podejmowane bezinteresownie, wynikające z pragnienia spotkania stworzenia z jego Stwórcą.

 

"Nigdy z fitnessem nie będziem w aliansach"

Dostrzegając tę rozbieżność, niektórzy przeciwstawiają dążność do zachowania zdrowego stylu życia ascezie chrześcijańskiej. Jeszcze częstsze jest utożsamienie ekologicznego, zdrowego stylu życia z szeroko pojęta lewicą, natomiast liberalizm w tej kwestii przy jednoczesnym zdwojeniu wysiłków duchowych przypisuje się tak zwanej prawicy. "W poście nie chodzi o to, żeby schudnąć" – grzmią zatem stronnicy ascezy – i do tego momentu mają rację – ale nierzadko w ślad za tym idzie sugestia, że odwiedzanie siłowni czy uprawianie joggingu to zbędne czynności zakrawająco o uprawianie kultu ciała. Jeden z prawicowym publicystów na łamach konserwatywnego tygodnika pastwił się nad biegaczami "w sportowej odzieży" (dla większości krytyków bowiem z jakichś powodów uprawianie sportów z odpowiednim do tego wyposażeniem jest niezrozumiałym gadżeciarstwem; jeśli bieg, to tylko w zwykłym obuwiu i przepoconym t – shircie; jeśli ćwiczenia wytrzymałościowe, to wyłącznie we własnym garażu za pomocą prowizorycznych ciężarów), porównując ich do powstańców warszawskich – ci bowiem modlili się i bili za ojczyznę, natomiast biegacze jedynie lansują się w swoich śmiesznych ciuszkach, uprawiając kult ciała i mierząc trasy biegowe aplikacjami na smartfona. Pomijając fakt, że najprostszą negacją owego przeciwstawienia walki za ojczyznę i uprawiania sportu byłoby wezwanie aby "to czynić, a tamtego nie zaniedbywać", to trudno wyobrazić sobie, aby owa pobożna młodzież była w stanie choćby wznieść porządną barykadę bez uprzedniego treningu fizycznego. Domaganie się, żeby wyglądał on tak samo, jak osiemdziesiąt lat temu (odblaskowe ubrania i aplikacje wykonujące pomiar trasy są bowiem wyłącznie kwestią formy uprawiania sportu, nie zaś jego treścią), to w najlepszym wypadku anachroniczny fundamentalizm, najpewniej zaś – żenujący archeologizm.

Inna gwiazda środowisk prawicowych na jednym ze swoich filmików udowadnia, jak bezmiernie bezużytecznym miejscem jest siłownia. Doradza, aby zamiast treningów w centrach sportowych wnieść po schodach wiadro z węglem albo skopać ogródek. Trudno jednak doprawdy wyobrazić sobie, aby mieszkaniec centralnie ogrzewanego M-3 w miejskim wieżowcu specjalnie aranżował ładunek z węglem albo przekopywał skwer pod blokiem, skoro ma do dyspozycji miejsce, w którym może zmobilizować swoje mięśnie do odrobinę większego wysiłku, niż wymaga tego ośmiogodzinna praca przed komputerem.

Wiele z tych ataków można wytłumaczyć właściwie tylko przekorą wynikła z utożsamienia zdrowego stylu życia z lewicowym światopoglądem. Jeszcze bardziej jaskrawo widać to na przykładzie dyskusji na temat diet. Etos konserwatysty kreowany przez niektóre środowiska internetowe jako niezbywalny komponent zawiera menu złożone z dobrze wysmażonego kotleta, pęta kiełbasy i ogromnego kufla piwa. Dieta lekka, bezmięsna czy beznabiałowa jest określana mianem "niegodnej mężczyzny" oraz "nietradycyjnej" – chociaż być może wiele piewców mielonego byłoby zdziwionych, jak bardzo młoda i bynajmniej nie czcigodna jest "tradycja" kotleta spożywanego codziennie na obiad. Jest to funkcja PRL – u; w międzywojniu na stole często gościły potrawy jarskie i złożone z produktów sezonowych. Pewna prawicowa felietonistka krytykowała kiedyś "modne" unikanie pieczywa białego, argumentując, ze całe pokolenia zdrowo chowały się na białym chlebie. Problem w tym, że zboże, z którego powstawał biały chleb goszczący na stole naszych dziadków, było poddawane obróbce w tradycyjnym młynie, a więc otrzymywane zeń pieczywo było pełnoziarniste. Tego komponentu pozbawiony jest dzisiejszy biały chleb i z tego powodu ci, którzy troskają się o swoje jelita, sięgają po chleb razowy. Wyśmianie "lewicowej histerii dietetycznej" było więc w tym wypadku funkcją zwykłej niewiedzy, a pojęcie "tradycji", przytoczone tutaj niczym ciężkie działo w sporze o rodzaj pieczywa, okazało się zawierać wyłącznie aspekt formalny.

Tak też weganizm i wegetarianizm, częściowo słusznie utożsamiany z lewicą (ta bowiem faktycznie zawłaszczyła dietę bezmięsną, uzasadniając ją antropologią nie do przyjęcia dla konserwatysty) został uznany istotowo za wroga; tutaj to przedstawiciele prawicy często używają argumentu ad hitlerum ("Hitler też był wegetarianinem!"), nie biorąc pod uwagę, że do tej dietetycznej panoramy ideowej nie pasuje dawna dyscyplina wielkopostna, zalecająca de facto dietę wegańską, i to interpretując ją jako ten sposób żywienia, który był praktykowany przez Adama i Ewę przed grzechem pierworodnym.

 

Haj biegacza, haj ascety

Pojawia się więc zasadne pytanie: czy konserwatysta w klubie fitness to heretyk, zjawisko neutralne czy wręcz przeciwnie – postawa zalecana? Jak należy spojrzeć na rozbieżność pomiędzy praktykami przypominającymi ascetyczne, lecz ascezą nie będące, a prawdziwym chrześcijańskim umartwieniem? Jak ustosunkować się do przypisania zdrowemu trybowi życia etykietki lewicowej? Czy można zgodzić się na wizerunek prawicowca, który z dumą pielęgnuje piwny brzuch, szczycąc się brakiem ruchu i zerowym udziałem warzyw w diecie?

Wydaje się, że jako zbyt upraszczające i totemiczne można odrzucić wszystkie przekorne próby stawania się odwrotnością lewicy. Przyjmuje się tu bowiem bezkrytycznie przypisanie pewnych neutralnych działań pewnemu światopoglądowi, potem zaś – w ramach koniecznej walki plemion – walczy się z tymi działaniami. Uprawianie sportów, korzystanie z nowoczesnego sprzętu sportowego, zdrowa dieta, dbałość o środowisko naturalne – jeśli wypowiadamy temu wszystkiemu wojnę tylko dlatego, że te sfery zostały docenione przez lewicę, popełniamy fatalny błąd. Jak bardzo dosłownie pasuje tutaj sformułowanie z Księgi Mądrości o "bytach tego świata", które "niosą zdrowie" i "nie ma w nich śmiercionośnego jadu". Jeśli emblematem tradycji ma być wysoki cholesterol, zniszczone jelita i otyłość, lepiej spuścić zasłonę milczenia na ten wątpliwego powabu herb. W rzeczywistości nie ma żadnego powodu, dla którego zrównoważony sposób odżywania lub uprawianie biegów miałyby być "lewicowe" – chyba, że nasze definiowanie pojęć nie sięga dalej niż bieżące polemiki internetowe, toczone między anonimowymi akolitami dwóch porządków.

Istnieje jednak taki punkt widzenia, rozdzielający obydwa porządki, który warto przynajmniej rozważyć. Jest to spojrzenie na problem niejako z lotu ptaka, z perspektywy społecznej.

W genialnej (i nieco zapomnianej) książce "Błądzenie pielgrzyma" C. S. Lewis w znakomity sposób opisał niebezpieczeństwo zatrzymania się w pół drogi. Spółkowanie bohatera z "brunatną dziewczyną" było w niej obrazem grzechu, popełnianego wprost i z pełną świadomością, upadlania się i błądzenia. W trakcie wędrówki, będące metaforą ewolucji poglądów i poszukiwań ideowych, bohater spotkał Medię W Pół Drogi – piękność, w której nie było wulgarności "brunatnej dziewczyny", subtelną i uduchowioną, nie oferującą jednak odpowiedzi na wszystkie pytania. Bohater związał się z nią i tkwił jakiś czas w iluzji subtelnego, satysfakcjonującego związku – nie pozwalało mu to ruszyć dalej i rozwinąć się duchowo tak, jak tego potrzebował. Stąd nazwisko postaci – W Pół Drogi – odnoszące się do jej zwodniczej natury. Oczywistość grzechu w obcowaniu z "brunatną dziewczyną" była czymś, co popchnęło poszukującego do wyzwolenia się z niego; istotą manipulacji w postaci Medii było to, że dawała złudzenie dobra, lecz powstrzymywała bohatera przed odnalezieniem tego, czego szukał skuteczniej niż "brunatna dziewczyna".

Gdyby więc przyłożyć tę perspektywę do zjawiska rosnącej popularności zdrowego stylu życia w naszych społeczeństwach, można by dopatrywać się podobnego ryzyka. Po okresie konsumpcjonizmu nadeszła reakcja domagająca się oczyszczenia ze zbędnych złogów przesytu, nadmiaru i ociężałości; masowo aktywizujemy się i uczymy wyrzeczeń; podejmujemy wysiłek fizyczny i finansowy. Otrzymujemy odpłatę niematerialną – stajemy się zdrowsi, ale też doświadczamy satysfakcji. Czasem wyłącznie psychicznej (lepiej wyglądam, czuję się lepszym i bardziej zaangażowanym człowiekiem, osiągam swoje cele etc.), czasem jednak nagroda jest bardzo "przeżyciowa" – trening stymuluje wydzielanie się endorfin, związków znanych też jako "hormony szczęścia". Nie na darmo mówi się o "haju biegacza", czyli stanie błogości, osiąganemu dzięki długodystansowemu biegowi. Już teraz można dopatrzeć się znamion upatrywania w fitnessie czy diecie celów soteriologicznych. Na stronach z wegetariańskimi przepisami znajdziemy instruktaż, jak zrobić zdrowy "chleb zmieniający życie" (swoją drogą wyborny), reklamy centrów sportowych kuszą nas wizją całkowitej transformacji, dzięki której osiągniemy szczęście, weganie twierdzą, że ich dieta daje im wręcz transcendentny wgląd w naturę świata. Otrzymujemy więc przekaz, że zdrowy styl życia nas zbawi – co więcej, stosunkowo łatwo weń uwierzyć, wydaje się bowiem działać! Autorka artykułu jako praktyk jest w stanie zagwarantować, że każdy, kto na serio weźmie zalecenia związane ze zdrowym trybem życia, odczuje pozytywną zmianę na zdrowiu fizycznym i psychicznym.

 

Koniunkcja, nie alternatywa

Powiedziawszy to, co powyżej, można zastanawiać się, co wobec tego począć z przejawami kultu fitness. Czy powinno się walczyć z promocją sportu i diety, chociażby przez dumne eksponowanie własnej bierności w tej kwestii, za Churchillem powtarzając "No sports"?

Jest to kiepski pomysł z wielu powodów. Najbardziej podstawowym jest jednak ten, że idola można uczynić dosłownie ze wszystkiego. Każda sfera świeckiej działalności człowieka, zwłaszcza, jeśli wyróżnia się atrakcyjnością, może zostać ubóstwiona – kino, literatura; relacje rodzinne i przyjacielskie; nauka sztuka. Walka ze wszystkim, co nie jest bezpośrednim oddawaniem czci Bogu, kończy się w getcie Amiszów bądź na stosie, na którym płoną wszystkie książki prócz Biblii. Oczywiste jest, że nie tędy droga.

Nie ma też sensu ubolewanie, że współczesny Europejczyk upatruje zbawienia w pompkach i przysiadach. Jeśli tak jest – dobrze; pokażmy mu zatem, że wysiłek, jaki wkłada w treningi i wytrwałość, jaką w sobie przy tym wykształca, można przekuć na coś jeszcze więcej. Jeśli traci zbędne kilogramy i pozbywa się brzemienia cukrzycy, znakomicie – im mniej gnuśny i ociężały, tym lepszym będzie uczniem Chrystusa, kiedy my, chrześcijanie, wykonamy swoją pracę, pokazując rzeczywiste miejsce zbawienia. Zamiast załamywać ręce nad tym, że treningi i diety zastąpiły posty, cieszmy się, że łatwiej będzie pościć przyzwyczajonemu do ograniczeń sportowcowi niż uzależnionemu od cukru tłuściochowi – wtedy, kiedy już pokażemy naszym braciom sens postu i zachęcimy ich do podjęcia walki nie tylko cielesnej, ale i duchowej. Raz jeszcze nawiązując do Syracha, spójrzmy na "byty tego świata" jako na sojuszników, lub przynajmniej jako na zjawiska życzliwie neutralne.

Jeśli rację ma Platon i jego uczniowie, że wszystko na ziemi jest figurą i symbolem, imitacją eidos, jedynie prawdziwych idei, czemu nie potraktować dbałości o ciało jako odsyłacza do prawdziwych duchowych zmagań? Święty Paweł, pisząc o ukończonym biegu, w sposób oczywisty używa metafory – nie oznacza to jednak chyba, że w szranki wyścigu duchowego mają stawać zawodnicy zaspani, ociężali, zniszczeni przez choroby cywilizacyjne – co to bowiem za wojownik Chrystusa, który nie potrafi wpierw zawalczyć z własnym lenistwem i złymi nawykami?


Agnieszka Sztajer
 

 

Kategoria: Agnieszka Sztajer, Kultura, Myśl, Prawa strona świata, Publicystyka, Społeczeństwo

Komentarze (2)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Adsumus napisał(a):

    I na koniec warto wspomnieć. "W zdrowym ciele, zdrowy duch". Nacjonaliści juz to wiedzą propagując sport, zdrowe diety i walkę z używkami. Właśnie po to by jak autorka napisała hartować ciało by mieć siły na duchowe zbliżenie się do Boga. Czas na konserwatystów.;-)

  2. k12345678 napisał(a):

    Sport środkiem a nie celem? Spoko. Rozum i godność człowieka właśnie często wiąże się z realizacją pewnych powinności, które są nie do osiągnięcia gdy ma się raka czy inną otyłość. Z drugiej strony Fulton Sheen mówił, że życie długie i szczęśliwe nie jest wartością, że wręcz przeciwnie- trzeba żyć krótko, a porządnie. Czy w życiu krótkim jest miejsce (czas) na sporty?
    To moje luźne przemyślenia. Nie wiem tylko jak je powiązać z konserwatyzmem XD No bo jak rozpatrywać coś w świetle ''konserwatyzmu'', gdy sama próba zdefiniowania tego pojęcia jest dla mnie ciężka (widziałem bowiem nieskończenie wiele wewnętrznie sprzecznych nurtów na konserwa-grupkach). Tylko utwierdzam się w przekonaniu, że pojęcie to jest zbyt ogólne, by miało praktyczne zastosowanie.Albo przeciwnie, możemy je konkretnie definiować- wtedy jest zbyt szczegółowe i w większości przypadków bardzo podatne na obalenie. 
    No ale może to kwestia mojej ignorancji.
    Dobrze napisany tekst.
    Podrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *