banner ad

Sztajer: Halloween – burza w szklance wody?

| 31 października 2016 | 2 komentarze

a56d4006a440ac4585d7da7d4b4e578d"Cukierek albo psikus!" – takie wołania coraz częściej rozlegają się w pierwsze wieczory listopada, a zza jesiennej mgły wyłaniają się grupy dzieciaków przebrane za zombie, duchy i upiory. Większość Polaków zajęta jest wówczas przygotowaniami do corocznej wyprawy na cmentarz, ulice kwitną chryzantemami, a po zmroku cmentarze migocą setkami światełek. Długie sznury aut na mokrych drogach, zapach stearyny i zwiędłe liście pod nogami na cmentarnej alei – z tym wciąż jeszcze kojarzą nam się pierwsze dwa dni listopada. Jednak coraz częściej w szeroko pojętej przestrzeni kultury gości również inne oblicze świąt listopadowych – wesołe Halloween, korowody upiornych postaci i świecące dynie na progach domów.

Niektórym ten zwyczaj się podoba, innych irytuje, jeszcze inni – a staje się to grupa coraz liczniejsza – uważają obchodzenie Halloween za zagrożenie duchowe, którego należy unikać i przestrzegać przed nim innych. Da się wręcz zaobserwować ożywioną i często emocjonalną dyskusję na ten temat, zwłaszcza tam, gdzie organizacja zabawy halloweenowej dotyczy dzieci. Jest co prawda rzeczą niewątpliwie dobrą, że temat został zauważony i jest dyskutowany – bo świadczy to w jakiś sposób o rosnącej samoświadomości i krzepnięciu poglądów w społeczeństwie – wydaje się jednak, że warto spojrzeć ma genezę i istotę święta, które przywędrowało do nas z Zachodu bez zbędnych emocji i podjąć próbę jego obiektywnej oceny.

Najbardziej zaskakująca, a zarazem – w świetle faktów historycznych – zupełnie nie kontrowersyjna prawda o genezie Halloween jest następująca: to święto jest w całości funkcją zwyczajów społeczeństw katolickich, choć zdarza się, że są to tradycje o podłożu heterodoksyjnym. I tak, w Kościele katolickim pierwotnie obchodzono uroczystość Wszystkich Świętych w maju, jednak już w IX wieku przeniesiono ją na listopad, później zaś dodano do tego uroczystość wszystkich wiernych zmarłych, która wyznaczono na dzień później – 2 listopada. Praktyka "przystosowywania" roku liturgicznego do zwyczajów przedchrześcijańskich ma długą tradycję i nie jest bynajmniej postrzegana jako jakikolwiek kompromis. Jest rzeczą naturalną, że w pogańskim postrzeganiu świata, opartym na atawizmach podbudowanych racjonalizująca je metafizyką, silnie związanym z cyklem natury i zjawiskami pogodowymi, Kościół zawsze dopatrywał się ziaren prawdy. I tak uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego przypada w okolicach przesilenia wiosennego, gdy wszystko budzi się do życia, a Chrystus porównywany jest do "Słońca wschodzącego z wysoka"; uroczystość Bożego Narodzenia siłą rzeczy zastąpiła starożytny kult Sol Invictus (po raz kolejny symbolika Słońca, którym jest przychodzący na świat Chrystus); nie jest więc niczym dziwnym, że uroczystości związane ze zmarłymi postanowiono umiejscowić w czasie, który tradycyjnie zawsze powiązany był z reflektowaniem nad śmiercią i koniecznością przemijania.

Święto znane dziś jako "Halloween" jako takie powstało już po owym zadekretowaniu uroczystości Wszystkich Świętych na 1 listopada; sama nazwa pochodzi od "All – Hallows – Eve", co tłumaczy się jako "dzień przed świętem wszystkich świętych".

Co zadecydowało o dzisiejszym kształcie obchodów owej wigilii święta All Hallows? Składa się na kilka kompleksów różnych tradycji pochodzących z różnych kręgów kulturowych, których cechą wspólną jest to, że należą do kultur wyznających religię chrześcijańską.

Pierwszym takim kompleksem jest zespół zwyczajów związanych z Samhain, celtyckim świętem końca lata. Według wierzeń, dusze zmarłych miały wówczas zstępować na ziemię; żywi zaś czynili szereg starań o to, by odeszły one z powrotem w zaświaty, nie niepokojąc zbytnio swoich potomków. Gasili więc wszelkie światła, a sami ubierali się w łachmany, by nie zachęcać swoich nieszczęsnych antenatów – nieboszczyków do wstąpienia w ich ciała. Pomijając zwyczaj wygaszania świateł, pod względem wrażliwości na powiązanie wędrówki dusz z przesileniem jesiennym, celtyckie Samhain jako żywo przypomina … polskie Dziady, które to również mieszają się w naszej tradycji kulturowej z katolickimi Zaduszkami. Uogólniając to zjawisko, można powiedzieć, że człowiek przedchrześcijański, widząc zbliżanie się mroku i zimy, kierował przepełnioną lękiem myśl ku zaświatom, Kościół zaś, wykorzystując tę naturalną o tej porze roku tendencję, prowadził swoją własną narrację o życiu pozagrobowym.

Mamy więc dynie, smarowanie twarzy popiołem (co można uznać za początek szpetnych przebrań) i ciemność, skąd jednak szkielety i liczne  aluzje do śmierci? To z kolei pokłosie barokowego motywu danse macabre w Europie kontynentalnej, a także meksykańskiego kultu Santa Muerte, który wraz z emigracją przedostał się do USA i tam ukonstytuował dzisiejszą formę obchodów Halloween. Santa Muerte, czyli Święta Śmierć to wynik pewnego zabawnego (jakkolwiek to brzmi w tym kontekście) zderzenia i nieporozumienia kulturowego. Chrystianizowani Meksykanie, widząc na malowidłach kościelnych wizerunki śmierci, byli przekonani, ze jest ona kolejną świętą, tak jak święta Maryja Panna czy święta Perpetua bądź Felicyta. Byli o tym przekonani tak silnie i wytworzyli tak głęboko zakorzeniony zespół zachowań kulturowych (obchody dnia Santa Muerte –  kremówki i piniaty), że zostało to uznane za heterodoksję, którą można tolerować.

Ostatni element, niczym wisienka na torcie to "cukierek albo psikus" ("trick or treat") – ten z kolei przeniesiony został z obchodów dnia 5 listopada w Wielkiej Brytanii, kiedy to ujęto spiskowca Guya Fawkesa. Ponieważ zaś w jego osobie zogniskował się spór pomiędzy katolikami a protestantami, "trick or treat" było delikatnym, zrytualizowanym sposobem wymuszania danina katolikach przez tych drugich. Oprócz tego, chodzenie od domu do domu może mieć również korzenie w zaduszkowym zwyczaju samych katolików w okresie wczesnego średniowiecza. Obchodzili oni okoliczne domostwa, śpiewając pieśń pt. "Daj ciasto dla duszy". W zamian za kawałek ciasta obiecywali modlitwę za dusze zmarłych krewnych ofiarodawcy. Warto nadmienić, że każda ze zwrotek kończyła się formułą przypominającą "Chwała Ojcu …"

Jak widać, współczesne Halloween jest zlepkiem przeróżnych tradycji przedchrześcijańskich i chrześcijańskich, nieraz wytworzonych w łonie heterodoksji, trudno jednak dopatrzeć się tu czegoś stricte demonicznego.

Warto przyjrzeć się więc z kolei polemice antyhalloweenowej oraz argumentom jego apologetów. Dziś spór najczęściej toczy się o rzekomą demoniczność tej tradycji, fascynację śmiercią, antychrześcijańskość, możliwość otwarcia na kontakt z siłami nieczystymi. Cóż, jak pokazano wyżej, Halloween jest czymś w rodzaju świeckich zapustów obchodzonych przed właściwym świętem Wszystkich Świętych, analogicznych do ostatków przed Wielkim Postem czy popularnych w kręgu kultury polskiej "andrzejek" przypadających przed Adwentem. W niektórych regionach Polski obchodzi się nawet tzw. "półpoście", na jeden wielkopostny dzień "zawieszając" ascezę  – i choćby ten zwyczaj jest doskonałą ilustracją pewnej formy kulturowej na pograniczu heterodoksji. Owszem, nie jest Halloween celebracją czysto religijną ani ortodoksyjną, nie jest to jednak w gruncie rzeczy istotny zarzut. Świeckie zapusty stanowią pewien przygodny komponent, a nie przeciwieństwo świąt religijnych. Gdyby podchodzić do tej sprawy ze śmiertelną powagą, musielibyśmy oficjalnie wyrzec się jakichkolwiek związków ze słowiańska tradycją Dziadów oraz Boże broń nie rozpowszechniać ani nie promować dzieła Adama Mickiewicza o tym tytule, tym bardziej, że znajduje się ono na indeksie ksiąg zakazanych, który wszak nigdy nie został formalnie zniesiony. Traktowanie Dziadów jesiennych jako przebrzmiałej, ale szacownej tradycji, tak jak to czynimy, przy jednoczesnej "halloweenofobii" pozostaje zwykłą niekonsekwencją.

Rzecz jasna, zawsze pozostaje problem wyważenia proporcji świeckich zapustów i uroczystości religijnej. W dawnych wiekach nie raz przerażeni kaznodzieje grzmieli z ambony w Środę Popielcową na wciąż pijanych jeszcze po zapustach wiernych, zataczających się i zanieczyszczających święte miejsce. Bywało, że czas zabawy drastycznie zapętlał się z czasem ascezy – wystarczy spojrzeć na imponującą breuglowską "Walkę postu z karnawałem", będąca metaforą wojny przesytu z duchem pokutnym, jaka ma miejsce w duszy człowieka każdej epoki. I jest rzeczą niewątpliwie ważną dla katolika, aby wesołość Halloween nie przyćmiła klimatu refleksji i zadumy nad pozaziemską przyszłością – należy jednak pamiętać o przesłaniu, jakie w "Imieniu Róży" zawarł Umberto Ecco: śmiech, funkcja zapustów, jest niezbywalnym i koniecznym elementem życia społeczeństw, a jej zniszczenie doprowadza wcześniej lub później do rozkładu życia społecznego. Co prawda w obecnych czasach grozi nam raczej przesyt śmiechu niż refleksji, ale nie oznacza to, że mądrym jest postulowanie zupełnego odrzucenia tego pierwszego na rzecz drugiego.

Co do fascynacji śmiercią i mrokiem, trzeba jasno powiedzieć, że funkcją Halloween było tradycyjnie raczej oswajanie i wyszydzanie śmierci i rozkładu niż potęgowanie jego grozy. Przebrany za upiora dziesięciolatek zbierający cukierki na osiedlu jest swego rodzaju karykaturą tego, czego bali się nasi przodkowie. Nie wydaje się też, żeby chrześcijanie wszystkich wieków posiadali tak cukierkową wizję świata jak my dziś. Obrazy czaszek i szkieletów, podkreślanie przemijalności powłoki cielesnej w bardzo drastyczny nieraz sposób, ekspresyjne demony wymalowane na freskach i obrazowe wizje piekła w natchnionych kazaniach – z tego rodzaju wrażliwością mieliśmy do czynienia przez wiele stuleci praktyki Kościoła. Nie jest wiec prawdą, że chrześcijanin musi się wzdragać przed każdą estetyką, która nie posługuje się pastelowymi kolorami, wesołym brzękiem gitar i uśmiechniętymi twarzami. Notabene, proponuje się czasem zastąpienie korowodów halloweenowych procesjami dzieci przebranymi za świętych – nie jest to oczywiście pomysł zły, trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że owy korowód, jeśli potraktuje się zadanie poważnie, również wcale nie będzie składał się z cukierkowych postaci – bo czy można takimi nazwać obdartego ze skóry świętego Sebastiana, święta Łucję z wykłutymi oczyma, a może świętego Maksymiliana Kolbe, zabitego zastrzykiem fenolu w obozie koncentracyjnym?

Wszystko to razem poddaje w wątpliwość przekonanie, że obchodzenie czy też nawet samo uczenie się o Halloween jest działaniem niemalże otwierającym na działanie demonów. Nie oznacza to bynajmniej, że pisząca te słowa tęskni za radykalnym przeszczepieniem tego święta na polski grunt. Dorośli ludzie bawiący się na imprezie halloweenowej w towarzystwie oświetlonych dyń jest to zjawisko relatywnie nowe, i nie zawsze, delikatnie rzecz ujmując, wyglądające poważnie. Zwłaszcza, jeśli owa celebracja idzie w parze z coraz częstszym kontestowaniem potrzeby wyprawy na cmentarz z rodziną. Jak zostało wspomniane wyżej, obecnie mamy problem raczej z nieproporcjonalnie rozdęta kulturą zabawy i zanikiem jakiegokolwiek ducha ascezy – stąd już tylko krok do konkluzji, że jakkolwiek nie jest rzeczą konieczną zwalczanie nowej świeckiej tradycji, nie istnieją też racjonalne powody, żeby specjalnie ją promować. I to niekoniecznie z paragrafu "obrony przed amerykanizacją" – istnieje wszak wiele wątpliwej proweniencji zwyczajów i świat słowiańskich, istnieją i takie święta rodem z USA, które kojarzą się raczej miło (vide modne od ponad dwudziestu lat Walentynki) – rzecz w tym, aby nie mnożyć ilości zapustów, zatracając przy tym zupełnie sens uroczystości, otwierających człowieka na perspektywę wieczności i konfrontujących go z najbardziej fundamentalnymi pytaniami.

Agnieszka Sztajer
            

Kategoria: Agnieszka Sztajer, Publicystyka, Społeczeństwo

Komentarze (2)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. xcichy napisał(a):

    Egzorcyści z Watykanu radzą nie bagatelizować tego "święta". Ks. Aldo Buonaiuto z Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów powiedział, że szczyt opętań demonicznych w październiku jest związany z fenomenem Halloween. "Uzestnictwo w Halloween jest niczym inicjacja w okultyzm”.

  2. Jacek Konieczny napisał(a):

    Dzieci przebrane za zombie z siekierą w głowie to jakaś perwersja a nie "święto". Kult brzydoty, potworów i konsumpcji. Tego nie da się bronić. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *