banner ad

Sztajer: Genomenos en agonia

| 11 lipca 2018 | 1 Komentarz

Nazywasz się Basaj, Stanisław Basaj. Masz dwadzieścia osiem lat, wszyscy Polacy w okolicy cię kochają. Twoi żołnierze cię szanują, poszliby za tobą w ogień. Twoja córka za tobą tęskni; żona czeka, aż wrócisz do domu. Jesteś tu kimś. Słyszał o tobie każdy. Twoi ludzie ratowali życie, ginęli, toczyli brawurowe potyczki; twoi ludzie raz czy dwa spalili wieś. Jesteś bohaterem.

Jesteś cały strachem.

Jesteś jedną raną. Nie ocalejesz. Tym razem, myślisz, nie ma nadziei.

To koniec.

Kiedy wykonujesz wysiłek, żeby nieznacznie podnieść spuchnięta jak bania głowę, którą ludzie Jahody kopali, jakby była piłką, widzisz swoje bose, pocięte do krwi stopy; zabrali ci buty. Nosi je teraz pewnie jakiś Ukrainiec; bandyta z sotni, albo zwykły cywil; ktoś z rodziny jednego z ukraińskich bandytów; ojciec albo dziadek, któremu bandyta powiedział: „Masz, należały do majora Lachów, psia ich mać; jego ludzie nigdy nam nie przepuścili; zobaczysz, pewnego dnia zabiliby i ciebie; oni zabiliby nas wszystkich, gdyby mogli, ale my go złapaliśmy. Teraz ty będziesz nosił jego buty, buty krwawego Lacha. W końcu wyrżniemy wszystkich Lachów; będziemy mieszkać w ich domach i nosić ich ubrania, bo to jest wszystko nasze. Slawa Ukrajini!”

Zanosisz się kaszlem i wypluwasz dwa własne zęby. Nie nawykłeś do bycia położonym na ziemi; chyba, że podczas rozpoznania albo ofensywy, jak wąż czołgając się po miedzach. Nie nawykłeś do bycia związanym, do bycia w niewoli. Pewnie martwią się o ciebie ci, którzy zostali bez wodza; którzy kryją się jak szczury, bo jeszcze ich nie wyłapano, bo nie dopadli ich Ukraińcy ani Sowieci. Żona wariuje ze strachu, córka…

Ile rozumie? Jak bardzo otwarcie rozmawia się przy dziecku o tym, co się dzieje? Czy trucizna chłopskiego, zaszczutego do ostatniej ziemianki, do płonącej stodoły, osłaniającego się przed sąsiadem z sierpem w ręku strachu rozlała się po domach, czy rozlała się na dzieci, niekontrolowana przez dorosłych, którym odebrano resztki godności, że są jak szaraki w polu, jak myszy w płonącej szopie?

Leżysz w ziemiance, skrępowany sznurem, nieprzytomny z bólu, i nie myślisz o sobie jako o żołnierzu, nie myślisz o niczym prawie, składasz się głównie z bólu i strachu. Co zrobi z tobą Jahoda i jego sotnia? Znasz dobrze ich fantazję; wiesz, że są mistrzami prymitywnego okrucieństwa. Samoistna, jeśli istotnie powstanie (a wiesz, że dzieje nie są sprawiedliwe; wszystko może się zdarzyć), będzie ufundowana na barbarzyństwie; na wyrafinowanej przemocy, bardziej demonicznej niż wszystkie rodzaje gwałtu, o jakich słyszałeś w życiu. Samoistna wyrośnie na zamęczonych dzieciach; na starcach, którym pod koniec życia kazano patrzeć na rzeczy odbierające wiarę w Boga na niebie; na porąbanych siekierą kobietach, których trupy martwo i jakby ze zdziwieniem wpatrują się w wołyńskie niebo; na oślepionych, pozbawionych języków i uszu, powieszonych na własnych jelitach – sąsiadach… To państwo będzie przeklęte; w tym państwie nic się nigdy nie uda. Będą się w nim rodzić kalekie dzieci, będą w nim wybuchać wojny; sąsiedzi będą mieli doń odrazę, a władcy tego świata urządzą z niego burdel Europy. Takie właśnie będzie – nie dlatego, że po raz kolejny, ledwo poruszając wargami, zmiażdżonymi przez buty bandytów, przeklinasz je i jego przyszłe granice – tak będzie, bo jego arche to wymyślne cierpienie. To mord.

 

***

Mdlejesz z bólu i budzisz się, nie wiesz, ile razy. Pobudki są zawsze nieprzyjemne. Nie masz woli przetrwania; nie miałbyś jej nawet, gdybyś wiedział, że siedemdziesiąt lat później nazwą cię „niezłomnym”, „wyklętym”; że zachłystną się twoją historią, będą mieć cię za bohatera. Nie chcesz żyć, bo wiesz, że wyrok został już wydany; nie myślisz o powrocie do córki, bo we własnej świadomości, zwężonej do kilku wiązek czucia, jesteś już samym bólem. Gdybyś wrócił do córki, byłaby sumą twojego bólu i swojego zaszczutego dzieciństwa.

Chcesz tylko bezbolesnej śmieci, ale znając swoich przeciwników, obawiasz się, że nie będzie ci ona dana.

***

Po kilku godzinach ból lżeje i odzyskujesz zdolność myślenia; wtedy pragniesz bólu z powrotem, bo natrętne, straszne myśli krążą ci pod czaszką jak muchy. Nigdy w życiu się tak nie czułeś. Myślisz o tym, co mogą ci zrobić, i żałujesz, że jesteś „Rysiem”; tym strasznym „Rysiem”, którego tak bardzo się bali, że przyszli po ciebie w mundurach Sowietów, podeszli prowokacją, bo wiedzieli, że jesteś nieuchwytny, że muszą użyć najbardziej wyrafinowanych sposobów, że muszę zebrać dziesiątki swoich ludzi, żeby podejść ciebie jednego. Wolałbyś być kamieniem albo myszą polną. Kot nie znęca się nad swoja ofiarą tak jak sotnie UPA nad swoimi.

***

Mija chyba cała noc; nie jesteś w stanie tego stwierdzić, bo zamknięty w tej ziemiance, z opuchniętymi oczyma, z suchym jak wiór gardłem, nie jesteś świadom upływającego czasu. Myślałbyś może o sobie, o swoim życiu, o wszystkim, co się stało przez ostatnie kilka lat, gdyby nie to, że bardziej niż sądu bożego boisz się sądu ukraińskiego. Ten pierwszy kojarzy ci się mgliście z kadzidłem w kryłowskim kościele, szeptanymi po łacinie inkantacjami, ze srebrną pasyjką skąpaną w słońcu i sygnaturką wzywająca na mszę. Ten drugi jest przeraźliwie bliski, realny; tylko nie oczy, myślisz sobie, żeby tylko nie wyjmowali oczu. Błagasz, żeby cię po prostu powiesili, a potem może nie być już nic; łkasz najpierw miarowo i przerywanie, potem coraz gwałtowniej i głośniej; potem wyjesz jak zwierzę, a w tym wyciu jest bluźniercza obojętność dla rzeczy ostatecznych i błaganie o lekką śmierć. Wyjesz przeciągle i strasznie, aż do zmęczenia, bo znowu mdlejesz z bólu; nie wiesz i nie obchodzi cię teraz, że jesteś genomenos en agonia, tak, jak napisano w Ewangelii, że właśnie z bólu i strachu pękły ci naczynka krwionośne na całym ciele i spociłeś się krwawym potem.

***

Stoisz pomiędzy nimi, o dziwo na własnych nogach, oczy masz zasnute dziwną mgłą. Masz związane ręce (bo wciąż jest między nimi mityczny strach przed tobą, przed niezwyciężonym „Rysiem”), ale zupełnie niepotrzebnie – nie uciekłbyś i tak. Nie wiesz, jak się nazywasz i ile masz lat; serce, mózg, żołądek i nerki ściśnięte masz w jedną giętką masę, jesteś cały obojętnością. Masz lekko zdziwiony wyraz twarzy. Słyszysz dziwny szum pomiędzy uszami; ten szum tłumi dźwięki i myśli; sprawia, że mrugasz oczyma i otwierasz usta jak dziecko. Stoisz między nimi i słuchasz mszy, katolickiej mszy. Chłopaki z sotni Jahody to grekokatolicy – jest więc prawdziwa msza polowa, z Przemienieniem i Podniesieniem. Jest marzec, i w jakimś nieokreślonym miejscu pod Dołhobyczowem ksiądz grecki pod rzymskim papieżem ważnie konsekruje Chrystusa; obok prowizorycznego ołtarza stoi gospodarski kierat. To czarna, najczarniejsza z czarnych mszy.

Podwładni Jahody stoją wyprostowani jak świecie, spięci i czujni, ale cywile – jak to Ruscy – raz po raz gną się w ukłonach, żegnając się po wielokroć palcami złożonymi w trójcę.

Nad Bugiem, Sołokiją i Sanem zawsze już tak będzie – ci, co żegnają się palcami w trójcę i ci, co żegnają się pełną dłonią, nigdy nie podadzą sobie tych rąk. Mają dla siebie kosę i siekierę, cep i pistolet, sznur i nóż.

***

Nazywasz się Stanisław Basaj, ale nawet gdyby ktoś zawołał cię po imieniu, nie przebiłby się przez szum w głowie i mgłę przed oczyma. Nie pamiętasz swojego imienia. Nie pamiętasz tej niedzieli sprzed dwóch lat, kiedy twój żołnierz oficjalnie zameldował ci, że wykonano wyrok na donosicielu i współpracowniku niemieckiego okupanta, Serhiju Zaczarczuku z Nabroża, miejscowym księdzu prawosławnym.

Byłeś wtedy w złym humorze.

– Słyszałem, że wykręciliście mu głowę i zdemolowaliście cerkiew. To samowola. Poza tym, matka Zacharczuka była spokrewniona z moją matką – czułeś, jak w gardle wzbiera jakaś flegma, próbujesz odkaszlnąć. – Trzeba było to załatwić normalnie, bez udziwnień.

– Iiii, tak tylko gadają – tamten wzruszył ramionami – wszystko załatwione jak trzeba, majorze.

– Dowiem się, jak było – obiecujesz nachmurzony i zapalasz papierosa.

Potem jest już tylko gorzej. Osobiście rozmawiasz z księdzem Jacniackim z Nabroża, a jego pierwsze słowa, kiedy tylko przestępujesz próg plebanii brzmią: „Zabijając jego, zabiliście i mnie”.

Ginie kilka tygodni później, ginie też jego siostra, bratanek i księżowska gospodyni. W związku z tym, po niedługim czasie ginie szesnastu ukraińskich cywilów z Nabroża. Sąsiedzi chodzą na pogrzeby, tak jak przed wojną. Zmieniło się to, że nie chodzą razem. Zmieniło się to, że w trumnach leżą nie starcy, którzy zgaśli z gromnicą w dłoni, ale zmasakrowani Polacy, których trudno rozpoznać, i Rusini z nabojami w głowach. Wszystko się zmieniło.

***

Masz prawo nic nie wiedzieć, nie syntetyzować dźwięków i barw, stojąc pomiędzy gierojami z sotni Jahody. Świat zwariował. Jest snem wariata. Ktoś przesunął Bug, dziką, krętą rzekę; ktoś pchnął wstęgę rzeki i ze środka Polski przesunął ją na wschodni kraniec. Ktoś zamienił kolorowe, pachnące bzem i liliami wsie w wystrzępione, czarne wronie skrzydła ze skrzepami krwi. Ktoś uczynił setki lat niebyłymi; ktoś anihilował zwyczajne życie, które płynęło sobie z roku na rok ot tak, po prostu i zasiedlił rzeczywistość ludźmi, którzy boją się zasypiać, bo zamiast snów mogliby zobaczyć raz jeszcze to, co widzieli.

 

***

Jest w Kryłowie uroczysko, na uroczysku figura – święty Mikołaj i niezdarny, baryłkowaty wilk. Dziwna z nich para. O dziwo, przetrwali wszystko – może dlatego, że ogień nie trawi kamienia. Wilk – to zabawne – był nawet bardziej obiektem kultu niż górujący nad nim święty. Zanim to wszystko się zaczęło, zanim na rzece stanęła granica, ciągnęły doń nieprzeliczone pielgrzymki – rzymscy katolicy, greccy katolicy, prawosławni. Święty Mikołaj, święty wilk i święte źródełko stoją cicho, a oczy kamiennej figury są tak samo martwe jak twoje oczy, kiedy na pograniczu pobliskiego lasu i wołyńskiego pola sam Jahoda – Czernyk i jego przyboczny prowadzą cię, ująwszy pod ramiona, do drewnianego kieratu.

Święty Mikołaju ze świętym źródełkiem i świętym wilkiem, módl się za nami, za nami głupimi; módl się za nami i nimi – okrutnymi, nic innego już nie pomoże. Módl się, aż przebłagasz Boga za bluźnierstwo bluźnierstw, za najczarniejszą z czarnych mszy, kiedy żywcem zmiażdżono „Rysia”, Stanisława Basaja w kieracie, w marcu 1945 roku.

Świat będzie trwał jeszcze sto tysięcy lat, jeszcze milion, jeszcze pięć milionów – żebyś zdążył przebłagać Boga za mszę czarniejszą niż wszystkie czarne obrzędy satanistów. Świat musi trwać jeszcze całą nieskończoną wieczność, i musi w tym świecie stać pod parasolem dębu niepozorna figurka świętego Mikołaja i jego wilka; albo też może zapaść się w ogniu i siarki, czarnej glebie Wołynia i kipiącej, czerwonej powodzi wezbranego Bugu.

 

Agnieszka Sztajer

Kategoria: Agnieszka Sztajer, Historia, Myśl, Prawa strona świata, Publicystyka, Społeczeństwo, Uncategorized

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Wojciech Beneda napisał(a):

    Jestem pod coraz większym wrażeniem swobody z jaką operuje Pani naszą rzeczywistość .Swobody myśli i   koloru języka . Szczerze gratuluję i dziekuję .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *