Prof. Bartyzel: Rzeczy dyskusyjne (co do części pierwszej wywiadu z prof. Wielomskim)

| 4 listopada 2015 | 0 Komentarzy

bartyel profWypowiedź bardzo ważna, może nawet najważniejsza w ostatnich latach, spośród tych, które nie ślizgają się po powierzchni i przypadkowych skojarzeniach, lecz próbują wniknąć w eidos konserwatyzmu "wiecznego". W zupełności podzielam pogląd – sam zresztą głoszę to od lat, że paradygmat konserwatyzmu transcendentnego (więc konserwatyzmu par excellence – każdy inny jest niekompletny, a niekiedy zdefektowany) ustanowił Platon i "my wszyscy z niego" jesteśmy. Tym bardziej to ważne ustalenie dzisiaj, kiedy intelektualny smród popperyzmu odnawia niby to "po katolicku", straszący po różnych niszowych mediach prawicowych szalony półgłówek Krajski, prezentujący Platona jako masona-spiskowca, totalitarystę i w ogóle nie-filozofa. 
Prócz tej podstawowej intuicji widzę tu szereg rzeczy bardzo inspirujących, często jednak dyskusyjnych. Pierwsza kwestia to relacja konserwatyzmu do katolicyzmu (jako jego "uzupełnienia" w dubiach albo kwestiach niedookreślonych). Nie wiem czy prof. Wielomski świadomie, czy też nie, powtarza w gruncie rzeczy tezę Wincentego Kosiakiewicza, że to katolicyzm jest jedynym prawdziwym, czyli "uświadomionym" konserwatyzmem, natomiast konserwatyzm jako myśl polityczna może jedynie w sposób koniecznie niedoskonały się do niego zbliżać. Tymczasem, nawet w świetle powyższego wyprowadzania konserwatyzmu z platonizmu, teza o "uzupełnianiu", czyli w gruncie rzeczy służebności, jest mocno wątpliwa. Dlatego po części zgadzam się z zastrzeżeniami wyrażonymi przez Ronalda Laseckiego i z jego tezą, że konserwatyzm (oczywiście tradycjonalistyczny) jest samoistną filozofią polityczną, wyrażającą i uzasadniającą ład tradycyjny, w zależności od czasu, w którym występuje, przedchrześcijański bądź chrześcijański, z tym, że do dodałbym, iż od czasu Objawienia nie może być on prawomocnie niechrześcijański, bo wtedy jest apostazją.

Ostatecznie, powiedziałbym więc, że konserwatyzm jako filozofia (meta-polityka) czerpiąca z doświadczenia noetycznego jest k o r e l a t y w n y do katolicyzmu jako wiary i teologii, czerpiącej z Objawienia. Z kolei właśnie z ortodoksyjnego punktu widzenia problematyczne jest uznanie za archetyp konserwatyzmu metafizycznej analogii jednego Boga w Niebie i jednego władcy na ziemi, bo może ona prowadzić do tych implikacji "monoteizmu politycznego", które wskazywał (tylko zbyt arbitralnie rozszerzył) Peterson, czyli popadnięcia w sprzeczność z dogmatem trynitarnym. Ortodoksyjna teologia polityczna (która, wbrew Petersonowi z kolei, jest możliwa) nie może być prostym monoteizmem, tak jak nie jest nim monoteizm chrześcijański, tylko musi być również trynitarna, odwzorowująca troistość w jedności Ojca (papież), Syna (cesarz/król) i Ducha Św. (civitas christiana, społeczeństwo chrześcijańskie). I dlatego też nie mogę zgodzić się na bezwarunkową akceptację nowoczesnych autorytaryzmów: jak pokazuje praktyka, są one bardzo różne, niektóre bardzo dalekie i od chrześcijaństwa i od konserwatyzmu, a nawet te, które są mu najbliższe (jak frankizm) mają defekt nieodbudowanej "organiczności", co powoduje, że zawsze mogą popaść w politycznie monoteistyczny "arianizm polityczny" Jednego i Jedynego.


To prowadzi do obrony przed krzywdzącą, moim zdaniem, totalną deprecjacją polskiego konserwatyzmu. Oczywiście, nie wydał on wielu myślicieli, których można postawić obok Bonalda, de Maistre'a czy Donosa, a wskutek okoliczności historycznych skazany był przez długi czas na refleksję doraźną, skupioną na pytaniu "jak przetrwać" między Scyllą abdykacji narodowo-państwowej a Charybdą rewolucji. Niemniej, Helcel, Popiel, Jan Koźmian, Stańczycy czy wspomniany Kosiakiewicz starali się przynajmniej utrzymać kontakt z konserwatyzmem europejskim, a niektórzy (jak konserwatywni romantycy z Krasińskim na czele), Zdziechowski, Korwin-Kochanowski czy W.L. Jaworski tworzyli koncepcje wykraczające poza partykularne i doraźne potrzeby. Z tego samego powodu za niesprawiedliwą uważam pogardliwą ocenę polskiej myśli przedrozbiorowej, bo ta rzekoma niespójność katolicyzmu z ideałem politycznym szlachty katolickiej też wynika z konserwatyzmu, ale innego niż platoński, czyli z arystotelesowskiej i rzymskiej (zwłaszcza Cycerona) tradycji klasycznego republikanizmu, tego zaś, ze jest ona mimo wszystko konserwatywna dowodzi, że okazała się odporna na nowożytną rewolucję nominalistyczną, pozostając wierna socjopolitycznemu realizmowi.


Nad różnicami w kwestiach doraźnych nie będę się rozwodził, bośmy je przećwiczyli przed laty dokładnie, ograniczę się tedy do spostrzeżenia, że metodycznie poprawna dewiza kierowania się roztropnymi osądami w ocenianiu zjawisk empirycznie dostępnych wcale nie gwarantuje poprawności rozpoznania i uniknięcia apriorycznych tez, których związek z empirią jest nader luźny, ściślejszy natomiast z uprzedzeniami z jednej strony, a idiosynkrazjami z drugiej (czego przykładem jest oczywiście dystynkcja między "autorytarnym porządkiem" Jaruzelskiego a "anarchiczną" Solidarnością).


Ciekawa jest myśl ostatnia, dotycząca funkcjonowania konserwatystów na uniwersytecie. Ciekawa, ale i niebezpieczna i trochę desperacka, bo najwięksi XX-wieczni konserwatyści (Voegelin, Strauss) jednak z otwartą przyłbicą występowali przeciwko weberowskiemu pozytywizmowi. Czy jest już więc aż tak źle, że tylko schronienie się za parawanem nauki "wolnej od wartościowania" może zapewnić przetrwanie w konfrontacji z władczym "dyskursem" demoliberałów i postmodernistów? Cóż, moje osobiste doświadczenie jest inne: bo jakoś jednak udało mi się przejść wszystkie progi kariery akademickiej pomimo jawnie "bezczelnego" wykraczania poza neutralne opisywania idei konserwatywnych. Ale może miałem po prostu wyjątkowe szczęście.

 

Profesor Jacek Bartyzel

Kategoria: Jacek Bartyzel, Myśl, Polityka, Prawa strona świata, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *