banner ad

Prof. Bartyzel: Polski ruch monarchistyczny – cz.1

| 31 sierpnia 2017 | 2 komentarze

Czy monarchiści polscy mogą zrobić coś praktycznego w celu ziszczenia swojego ideario? Zanim spróbujemy dać odpowiedź na to pytanie, dobrze będzie nie tylko, jak to już uczyniliśmy, oddalić pomysły niemądre, ale również dokonać rachunku (politycznego) sumienia z tego, co robiliśmy do tej pory.

Ruch monarchistyczny, odrodzony właściwie ex nihilo, jak Feniks na zgliszczach, na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, złożony zresztą, co trzeba przypomnieć, prawie wyłącznie z ludzi bardzo wówczas młodych i obierający (co było uzasadnione) formułę metapolitycznych, formacyjnych klubów (pomijam tu oczywiście pajacowate partyjki, które tylko kompromitowały ideę), na odcinku praksis przyjął – mniej lub bardziej świadomie – strategię „entryzmu”, czyli wchodzenia do tzw. prawicowych partii politycznych w nadziei ich „rojalizacji” w dalszej perspektywie, a w bliższej przynajmniej integralnego „ukonserwatywnienia”. Największym zainteresowaniem cieszyły się wówczas ZChN, a jeszcze bardziej Unia Polityki Realnej (realizm, nawiasem mówiąc, nie był jej najmocniejszą stroną), co wydawało się naturalne choćby dlatego, że jej ekscentryczny lider raz po raz i publicznie deklarował, że sam jest monarchistą i chętnie portretował się w mundurze „regenta”.

Strategia ta okazała się kompletnym fiaskiem. To nie „upartyjnieni” monarchiści monarchizowali swoje partie, tylko sami się praktycznie republikanizowali. Przesiąkali tym, co w danej partii było jej specyfiką wynikającą z zakotwiczenia w liberalno-demokratycznej mentalności i rzeczywistości, w wypadku ZChN – na wskroś chadeckiego upodobania do gier i kombinacji parlamentarnych, w wypadku UPR – świeckiej dewocji „wolnego rynku”. Stawali się więc albo „politykami z zakrystii”, budującymi swoje kariery na sztamie z proboszczem, albo sekciarskimi talmudystami ślęczącymi nad „słowem objawionym” w pismach Misesa, Rothbarda czy innego proroka leseferyzmu. Kiedy przychodziło co do czego, czyli najczęściej wyborów, to monarchiści słyszeli: dobra, dobra, monarchię kiedyś wprowadzimy, ale teraz trzeba rozdawać ulotki, kleić plakaty i mówić do ludu o podatkach i ubezpieczeniach. Per saldo, ów „entryzm” kończył się „monarchizmem bankietowym” (notabene, dość typowym także dla monarchistów na Zachodzie), czyli brylowaniu partyjnych liderów na eleganckich bankietach i koncertach, wygłaszających miłe i gładkie toasty.

W konfiguracji zdarzeń, jaka w latach 1997-2001 wyniosła do władzy rząd AWS z premierem Jerzym Buzkiem, pojawił się jeszcze jeden wariant tej strategii, w postaci wejścia sporej grupy działaczy KZM, na czele ze śp. prezesem Arturem Górskim, do służby urzędniczej, w gabinecie politycznym premiera bądź poszczególnych ministrów, albo jako doradcy piszący na zamówienie różne ekspertyzy, których i tak zapewne nikt nie czytał. To zaangażowane było na tyle duże i widoczne, że jego blask na moment oślepił nawet postronnych. Pamiętam jak brazylijscy monarchiści z podziwem stwierdzali, że polski monarchizm jest polityczną potęgą, bo jego reprezentanci obsadzili kluczowe stanowiska w aparacie urzędniczym państwa i w każdej chwili mogą zorganizować na przykład spotkanie Książąt Domu Cesarskiego z polskim premierem. Czy w tym wchodzeniu do gabinetów administracji państwowej było coś złego? Broń Boże, dobrze jest przecież jeżeli w korpusie urzędniczym są dynamiczni, ideowi i przeniknięci etosem monarchicznym ludzie. Fałszywe natomiast było złudzenie, że wejście do aparatu biurokratycznego może przybliżyć choć na krok sprawę ustanowienia monarchii. Jak świat światem bowiem, nigdy żadna biurokracja nie zrobiła rewolucji, więc nie zrobi także kontrrewolucji, bo to jest sprzeczne z samą naturą biurokracji. Wyższy funkcjonariusz – dobrze jeśli kompetentny, wykształcony i uczciwy – jest sługą państwa takiego, jakie jest, a nie takiego, jakie być powinno. Właściwa mu elastyczność i apartyjność zarazem pozwala mu przejść do służby państwu nowego typu, jeśli ono się wyłoni, ale sam nigdy nie zrobi nic, aby to przyspieszyć.

A potem było już tylko gorzej. Rząd AWS stracił władzę, więc monarchiści zostali też wykurzeni z posad. Partie dawnej prawicy albo zniknęły, jak ZChN, albo – jak UPR – się rozdrobniły na skłócone nowe twory, w których nawet trudno się połapać. Ruch klubowy przeżywał wyraźny kryzys organizacyjny: niektóre kluby przestały w ogóle działać, ten największy, czyli KZM skurczył się tak, że też nie widać jego większej aktywności. Flagowe ongiś pismo monarchistyczne – „Pro Fide Rege et Lege” stało się periodykiem naukowym, a aktualny prezes KZM publicznie ogłosił swój brak „wiary monarchicznej” i désinteressement wobec jakiejkolwiek akcji monarchistycznej. Owszem, pojawił się „monarchizm sieciowy” związany z rozwojem mediów elektronicznych, istnieje więc klika portali, które można określić jako monarchistyczne, ale te przecież służą podtrzymywaniu płomienia idei, a nie są akcją polityczną. Powstałą próżnię zaczęły wypełniać natomiast dość buńczuczne, ale słabo uświadomione i nie rozumiejące kontrrewolucyjnego sensu monarchizmu, organizacje „królewistyczne”, które uparły się dążyć do ukoronowania demokracji za wszelką cenę i z byle kim. Niektórzy z tych monarchistów nowego zaciągu jak pijany płota uczepili się pomysłu „restytucji” Królestwa Polskiego w rzekomej ciągłości z Konstytucją 3 Maja. Pomijając już wątpliwy charakter tego płodu myśli oświeceniowej, to „restytuować” królestwo podług tamtej konstytucji można było w 1812 roku, ale nie po ponad 200 latach. Powiedzmy więc otwarcie: nie może być mowy o żadnej „restauracji” monarchii w Polsce. Nawet gdybyśmy mieli (jak monarchiści francuscy czy hiszpańscy karliści) prawowitego dziedzica, gotowego do objęcia należnego mu tronu, to i tak, wobec przerwania ciągłości, nie ma tu nic do restaurowania. Mówiąc w przenośni i symbolicznie: nawet Aragorn, choć był prawowitym potomkiem władców Numenoru, nie mógł tak, ot po prostu, restaurować królestwa. Musiał wyrąbać sobie mieczem drogę do władzy, odnaleźć swoją Drużynę Pierścienia, zmobilizować Rohirrimów, pokonać Mordor i dopiero wtedy rozpocząć nową, Czwartą Erę. Drużyną Pierścienia jesteśmy my, teraz trzeba poszukać jeźdźców Rohanu.

O tym w następnym odcinku.

 

Profesor Jacek Bartyzel

 

 

Kategoria: Historia, Jacek Bartyzel, Myśl, Polityka, Prawa strona świata, Publicystyka, Społeczeństwo

Komentarze (2)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Aguirre napisał(a):

    Świetny tekst prof. Bartyzela, szczególnie miła tolkienowska końcówka. Nie mogę doczekać sie dalszego ciągu. 

  2. Paweł Bochenek napisał(a):

    Balsam na skołataną duszę :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *