banner ad

Prof. Bartyzel: O fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej apologetyki

| 18 czerwca 2016 | 0 Komentarzy

p.Jacek BartyzelPół wieku temu z okładem szpalty gazet zapełniane były niemal każdego dnia listami sygnatariuszy Apelu Sztokholmskiego w obronie pokoju, czyli w istocie wiernopoddańczej deklaracji poparcia dla miłującego pokój Związku Radzieckiego i potępienia zbrodniczych knowań imperialistów i podżegaczy wojennych. Złożenie podpisu pod rzeczonym Apelem było obowiązkową formą „lojalki”, bezwzględnie egzekwowaną od wszystkich środowisk sterroryzowanych przez komunistów społeczeństw, chociaż jakiś, trudny do ścisłego określenia, procent podpisujących stanowili też zapewne „pożyteczni idioci”, omamieni ideologią pacyfizmu. Ten obyczaj podpisywania się pod jakimś „słusznym” listem oraz dopingowania opieszałych, by się co rychlej przyłączyli (rzecz jasna, już nie terrorem fizycznym, tylko subtelniejszymi metodami, bo czasy się zmieniły, chociaż towarzysze niezupełnie), powrócił dzisiaj w postaci odmeldowywania się kolejnych zastępów obrońców świetlanej pamięci Jacka Kuronia i skrupulatnego zliczania ich głosów w sztabie głównym „Gazety Wyborczej”. „Już 800 podpisów”, „już 900” – oznajmiają kolejne komunikaty bitewne.

Nie zaprzątałbym tym ani sobie, ani komukolwiek, głowy, gdyby nie fakt, że do grona stachanowców protestowaniauznali za stosowne dołączyć, z inicjatywy Arkadiusza Rybickiego i Bożeny Grzywaczewskiej, również moi przyjaciele z b. Ruchu Młodej Polski. Muszę przyznać, że nie było to dla mnie, niestety, zaskoczeniem, albowiem wcześniej Aram (mam nadzieję, że WCz Poseł wybaczy mi tę familiarność z dawnych lat) Rybicki wysłał był do mnie projekt owego listu z propozycją podpisania. Nie miałem wprawdzie wielkiej nadziei, że wyrażając mu swoje zdumienie tą inicjatywą zdołam skłonić moich dawnych kolegów do opamiętania się, ale też lojalnie uprzedziłem, że upublicznienie listu zmusi mnie do zajęcia krytycznego stanowiska, co niniejszym czynię.

Teraz, kiedy list został już ogłoszony, zanim przejdę do meritum, muszę wpierw dać wyraz swojemu zdziwieniu listą sygnatariuszy, na której znajduję, prócz osób powszechnie znanych i niewątpliwie współtworzących RMP, również nazwiska osób, które – przynajmniej według mojej wiedzy – do RMP nigdy nie należały, pozostając co najwyżej w kręgu przyjacielsko – towarzyskim środowiska gdańskiego, i to raczej obecnie niż ćwierć wieku temu. Jak się domyślam, usprawiedliwieniu ich obecności pod tym listem służyć ma niezwykle rozciągliwa formuła „uczestników, współpracowników i spadkobierców”, którą atoli, w ostatnim członie, uważam za poważne nadużycie, albowiem nikt nie jest upoważniony ani do wyznaczania „spadkobierców” RMP, ani do „spadkobrania” po nim, zwłaszcza ogłaszanego w takich okolicznościach.

Jeśli pozostawić na boku mniej istotne i dość naiwne wspominki o tym, jak „Kuroń – instytucja” transmitował do Wolnej Europy przekazywane mu wiadomości (acz i w tym autorzy listu zdradzają bezwiednie znamienny fakt, iż Kuroń faktycznie zmonopolizował przekaz informacji na Zachód, co dawało mu ogromny handicap, także dzięki temu, że akurat jego telefonu SB jakoś nie wyłączała), to treść listu sprowadza się wyartykułowania dwóch poglądów jego autorów: że Jacek Kuroń jest dziś szkalowany oraz, że postrzegają go jako „jednego z twórców” wolnej Polski i Polsce „oddanego”. Nie mogę zgodzić się z żadnym z tych twierdzeń.

Odnośnie do pierwszego wygląda na to, że chyba ja, z jednej strony, a sygnatariusze listu z drugiej, żyjemy w różnych krajach oraz oglądamy i słyszymy co innego. Co do mnie, od chwili opublikowania w „Życiu Warszawy” streszczenia z ogłoszonego wcześniej w „Arcanach” sumiennego opracowania odkrytych w archiwum IPN dokumentów na temat rozmów Kuronia z funkcjonariuszami SB, trwa nieustanny klangor oburzenia na „świętokradców” mających czelność opukiwać skalpelem badacza pomniki, i to przeważnie w formie pospolitych obelg i ordynarnych wyzwisk, których (jak wypowiedzi Andrzeja Celińskiego) nie godzi się nawet cytować. Jeżeli ktokolwiek jest szkalowany i opluwany to przede wszystkim są nimi historycy pracujący w IPN i korzystający z jego archiwów, którym przypisuje się najniższe pobudki działania, którym zupełnie bezpodstawnie odmawia się kwalifikacji naukowych, a nawet w stosunku do których wysuwa się horrendalny postulat zamknięcia im ust, warsztatów badawczych i dostępu do źródeł. Nawiasem mówiąc, prawdziwym dowodem znikczemnienia jest to, że ani te napaści na historyków wykonujących swój fach, ani to bezprecedensowe żądanie zamknięcia archiwów, wysunięte przez kilku świeżych kawalerów najwyższych odznaczeń państwowych, nie zostały dotąd gremialnie oprotestowane przez środowisko akademickie. Niech mi zatem przynajmniej wolno będzie w tym miejscu wyrazić swoją solidarność i wdzięczność tym naprawdę opluwanymhistorykom, jak Piotr Gontarczyk, Henryk Głębocki, Marek Jan Chodakiewicz, Sławomir Cenckiewicz, Marek Lasota, Wojciech Polak i innym, którzy muszą dociekać prawdy w tak nieprzyjaznej atmosferze.

Zgoła najbardziej niedorzeczne jest słyszane nieustannie z ust „tropicieli nienawiści” twierdzenie, iż aby wypowiadać się możliwie obiektywnie o wydarzeniach minionych trzeba być ich aktorem i uczestnikiem, podczas gdy najlichszy adept historiografii wie, że jest dokładnie na odwrót, że badanie spraw sine ira et studio jest choćby psychologicznie niemożliwe w wypadku sprawców. Kto wie czy ta absurdalna teza nie jest ekstrapolacją tej postmodernistycznej cut-and-paste history, która najdziksze swawole wyprawia od dawna na obszarze badań nad „holocaustem”, przyjmując za aksjomat, iż świadectwa z kręgu domniemanych ofiar mają aprioryczną wyższość nad danymi empirycznymi. Dla jasności zaznaczam, że powyższa reguła w całej rozciągłości odnosi się także do mnie: moje świadectwo uczestnika antypeerelowskiej opozycji może mieć tylko walor ekspresji punktu widzenia. Dokładnie z tego powodu, i nie tylko dlatego, że zajmuję się ideami, a nie „faktami”, nie ośmieliłbym się występować w roli historyka tego okresu.

Trudno też nie zauważyć, że piętnujący „drani” obrońcy Kuronia przed „szkalowaniem” nie dbają nawet o elementarną spójność logiczną swoich wypowiedzi. Z jednej strony, na przykład, samo użycie w tytule artykułu o Kuroniu słowa „negocjacje” traktowane jest jako kamień obrazy, z drugiej natomiast p. Wałęsa pospiesza z zapewnieniem, że on Kuronia (i 20 innych osób) do prowadzenia tychże negocjacji upoważnił! A przecież nikt nie pomawiał Kuronia o bycie agentem czy tajnym współpracownikiem SB, czy w ogóle o to, aby działał on z niskich pobudek, co jedynie usprawiedliwiałoby twierdzenie o szkalowaniu. Jak sądzę, nawet najostrzejszą ze znanych mi wypowiedzi – JE ministra Giertycha o „zdradzie” – należałoby traktować raczej jako „niewłaściwy skrót myślowy”, moim zdaniem błędny, lecz możliwy do obrony na gruncie pewnej koncepcji historiozoficznej. Z kolei postawione przez dwóch posłów LPR żądanie pośmiertnego odebrania Kuroniowi Orderu Orła Białego z samej swojej natury jest postulatem, a nieszkalowaniem.

Zapewne wykroczę nieco poza wąsko rozumianą „sprawę Kuronia”, wszelako szum wokół niej wzniecony – a ściślej rzecz biorąc, wzmożony, bo w istocie rozlega się on od dawna we wszystkich dyskusjach o historii najnowszej – stanowi dobry powód do choćby cząstkowego odsłonięcia Himalajów obłudy, na jakie wznoszą się strażnicy „kanonicznej” wersji tejże historii. Jeżeli by na moment potraktować poważnie ich dowodzenie, że współcześni historycy i publicyści są „chorymi z nienawiści” draniami, obrzucającymi bezpodstawnie błotem ludzi prawych i zasłużonych, to ludzie mający niezaćmioną wiekiem czy innymi przypadłościami pamięć mogą zauważyć, że prekursorami i „mistrzami” tego procederu byli już w latach 70. właśnie skupieni wokół Kuronia (z nim samym włącznie) działacze KOR i publicyści „Biuletynu Informacyjnego” oraz innych pism tego środowiska. Czyż nie rozpowszechniali oni od pierwszego dnia, tak publicznie, w wywiadach dla zagranicznych korespondentów, jak poufnie, pocztą pantoflową, sugestii, że Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela jest dywersją SB wobec KOR-u, i że założyli go ludzie podejrzani i im nieznani? Kłamali przecież świadomie i, by tak rzec, wielopiętrowo, albowiem wiedzieli doskonale kim byli założyciele ROPCiO, z którymi wiele miesięcy wcześniej toczyli rozmowy na temat utworzenia wspólnej organizacji, które rozbiły się o to, że „kuroniowcy” nie chcieli formuły szeroko otwartego ruchu, nad którym nie mieliby kontroli, lecz tylko wyselekcjonowanego, imiennego komitetu; wiedzieli też, że ich partnerzy lojalnie opóźnili o kilka miesięcy powołanie Ruchu, po tym jak jednostronnie powołany został KOR, aby dać mu okrzepnąć i przetrwać możliwe uderzenie bezpieki. Czyż nie był denuncjowany w podobny sposób – i szyderczo wyśmiewany właśnie za podjęcie kwestii zabójstw prenatalnych – Komitet Obrony Życia, Rodziny i Narodu? Czyż nie nazywano „faszystowską” Konfederacji Polski Niepodległej? Właśnie przeciwko jej założycielowi i prawdziwemu wizjonerowi drogi do niepodległości, opisanej z zadziwiającą precyzją i w każdym punkcie spełnioną w Rewolucji bez rewolucji – Leszkowi Moczulskiemu środowisko Kuronia grało nieustannie sączoną insynuacją o współpracy z bezpieką. Swoją drogą, skąd ich informacje na jego temat pochodziły: czy przypadkiem nie z tego samego źródła, które spreparowało „dowody”, na których podstawie dzisiaj Sad Lustracyjny ponownie uznaje Moczulskiego za kłamcę lustracyjnego? Tym samym hipokrytom i ich pojętnym uczniom, którzy dziś wypisują androny o nienawistnikach buszujących w trujących oparach teczek, trzeba przypomnieć tabuny „komandosów” wysyłane do bibliotek celem wertowania roczników „Stolicy” w poszukiwaniu jakichśkompromatów na „moczarowca” Moczulskiego. A jakiż to tytuł nosił poświęcony mu artykuł (nieżyjącego już) Jana Walca w „Biuletynie Informacyjnym”, który zaszokował nawet wielu sympatyków KOR-u drastycznym złamaniem niepisanej zasady, że frontalnym atakiem nie „wystawia się” bezpiece konkurentów z opozycji? Otóż – Drogą podłości do niepodległości. W tym samym donosie można odnaleźć też piękny przykład „poszanowania dla niekwestionowanych autorytetów”, czyli nazwanie Prymasa Polski ajatollahem Wyszyńskim. Można, niestety, tylko w niektórych egzemplarzach, bo w tej części nakładu, w której nadążono, ten „sympatyczny” zwrot wydrapano albo zamazano czarną farbą. A, że „czym skorupka nasiąknie za młodu…”, to widzimy obecnie, kiedy faryzeusze załamują ręce nad oszczerstwem „Wprost” w stosunku do Zbigniewa Herberta, udając jednocześnie, że nic im nie wiadomo o tym, że ten postkomunistyczny tygodnik powtórzył dokładnie to samo, co sześć lat temu poecie insynuowała „Gazeta Wyborcza”, próbując jeszcze wmanipulować w tę intrygę Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Ta sama „Wyborcza” zresztą, która dezawuując na wszelkie możliwe sposoby lustrację, za swoje oczywiste prawo uważa totalne „lustrowanie” à la Gross – właśnie identyczne ze szkalowaniemobrzucaniem błotem i mową nienawiści – Armii Krajowej, Obozu Narodowego, Drugiej Rzeczypospolitej, biskupów z epoki „pogromu” kieleckiego, św. Marii Maksymiliana Kolbego, słowem całej historii narodu, państwa i Kościoła polskiego, i to przyjmując „jednostronne”, eufemistycznie mówiąc, kryterium oceny.

***

Przejdźmy do samego, „świętego i nietykalnego Jacka”. Kim był? Bez wątpienia ideowcem, człowiekiem przez życie spalającym się w służbie sprawie, w którą wierzył, według zgodnych i chyba wiarygodnych świadectw nie pozbawionym pewnych cnót naturalnych, takich jak osobista bezinteresowność, odwaga, energia, talent organizacyjny. Jego hagiografowie akcentują zwłaszcza „wrażliwość społeczną” i pochylanie się nad krzywdą ludzką. Nie dziwota: przecież „miłość do człowieka” (abstrakcyjnego) to odwieczna specialité de la maison lewicy; taki Rousseau też rozczulał się nad losem ludzkości i też ranił konkretnych ludzi: tak najbliższych sobie w realnym ordo caritatis i przyjętego obowiązku, jak tych, których inny, lecz równie obiektywny, obowiązek zabraniał dotykać i dzielić. Robespierre też był niewątpliwie ideowcem, i także miał pewne cnoty, jak ową sławną nieprzekupność, która przyczyniła mu nawet przydomku. Lecz czy sprawa, której Kuroń służył, była sprawą polską, i czy idea, którą wyznawał, była ideą polską?

Otóż nie! Jacek Kuroń nie tylko wywodził się z kosmopolitycznej formacji komunistycznej, ale przez całe życie pozostawał w kręgu idei marksowskiej, z zasady obcej i ojczyźnie, i prawdziwej tradycji okcydentalnej (łacińskiej) i samej Prawdzie – katolickiej. Ewoluował może w szczegółach, zmieniał odcienie tej ideologii, ale zawsze w obrębie tego samego ideologicznego paradygmatu, zawsze po tej samej, socjalistycznej trajektorii światopoglądowej. Celowo nie będę brał tu pod uwagę jego PZPR-owskiej i stalinowskiej młodości, bo szkoda mi czasu na wysłuchiwanie w odpowiedzi mantry o „złudzeniach młodego idealisty” i jego „zawiedzionych nadziejach” na sprawiedliwość społeczną, czy o „odkupieniu” błędów młodości przez bohaterskie działanie w opozycji, martyrologię więzienną itd. itp. Dobrze, poprzestańmy na oglądzie Kuronia – opozycjonisty.

Skoro tak, i skoro również opozycjonistą Kuroń miał być – według jego obrońców – już od 1956 roku, to trzeba zauważyć, że do jego opozycyjnej biografii należy wciąż kierowanie dywersyjnym wobec autentycznego harcerstwa, „walterowskim” Czerwonym Harcerstwem, którego instruktorem był jeszcze na początku lat 60. Jaki był „duch” tego harcerstwa, najlepiej świadczy „uczeń umiłowany” druha Jacka – Adam Michnik, który w jednej ze swych książek wspomina radosne uczucie „wyzwolenia” towarzyszące drużynie prowadzonej przez Kuronia wiejskimi drogami, na których ponure chłopstwo, ze strachem w oczach, patrzyło spode łba na czerwonych cherubinków, śpiewających rosyjskie i żydowskie piosenki.

Do tej biografii opozycyjnej należy tym bardziej nawiązanie kontaktów z trockistowską IV Międzynarodówką i w następstwie tegoż, dumnie odnotowywane w każdym leksykonie, pierwsze jawnie opozycyjne wystąpienie Kuronia (wspólnie z Karolem Modzelewskim), czyli sławny List otwarty do partii z 1965 roku, które obaj autorzy przypłacili także uwięzieniem. A o cóż to autorzy oskarżali kierownictwo partii? O odejście od „reformatorskich obietnic Października” – usłyszy każdy uczeń pobierający nauki w szkołach III RP. Ale nie usłyszy już, że także o dopuszczenie do odbudowania potęgi Kościoła i tolerowanie „klerykalizmu”. W warstwie „pozytywnej” zaś List do partii to czysty ekstrakt trockistowskiej utopii, z władzą „rad robotniczych” i zastąpieniem wojska „strażą robotniczą”, czuwającą nad wyrzutniami rakietowymi, umieszczonymi w zakładach przemysłowych.

Te dwa przykłady wystarczą, by zdać sobie sprawę z najważniejszego kłamstwa ucukrowanej wersji oficjalnego mitu założycielskiego III RP – o istnieniu jednej „opozycji demokratycznej”, mającej zasadniczo ten sam strategiczny cel polityczny: uwolnioną od komunizmu i niepodległą Polskę. Żyjące dziś i przyszłe pokolenia uczącej się młodzieży będą uwięzione w tej pajęczynie fałszu dopóki nie dotrze do nich wiedza, że na to, co obejmuje się tym ogólnikowym i dalekim od ścisłości pojęciem „opozycji” (adekwatnym wszakże jedynie do systemu parlamentarnego, który demokraci uważają za „normalność”) składają się dwa zupełnie różne co do genezy, istoty i celu zjawiska. Z jednej strony, przez cały okres dziejów PRL istnieje pod tą lub inną nazwą, stosujący różne, adekwatne do sytuacji, metody walki, wielonurtowy ruch oporu przeciwko najpierw (drugiej) okupacji sowieckiej, później zakamuflowanej w postaci kolonialnego uzależnienia formalnie suwerennego państwa oraz przeciwko narzuconemu narodowi przez tę obcą potencję i utrzymywanemu za pośrednictwem jej lokalnej ekspozytury systemowi komunistycznemu, ufundowanemu na ideologii marksistowskiej; systemowi totalnie nihilistycznemu względem porządku naturalnego, zgodnego z prawem Bożym, i względem zachodnio-łacińskiej cywilizacji, przynależność do której Polska wybrała już przed tysiącleciem; systemowi zatem całkowicie destrukcyjnemu wobec wszystkich sił duchowych i materialnych narodu, od wyznawanej przezeń religii po gospodarkę, niszczoną absurdalną utopią kolektywizmu. Ten ruch, w pełnym tego słowa znaczeniu niepodległościowy i wolnościowy, nie był bynajmniej politycznym monolitem: tworzyły go różne formacje historyczne – narodowcy, piłsudczycy, konserwatyści, chrześcijańscy demokraci, ludowcy, nawet patriotyczni, umiarkowani socjaliści, a także ludzie, którzy już z tymi historycznymi ugrupowaniami nie mieli czy nie mogli mieć żadnej więzi. Można powiedzieć, że przynajmniej sensu largo ruch ten stanowił Kontrrewolucję, jeśli nie w pełni uświadomioną co do głębokości spustoszeń dokonanych przez Rewolucję od kilku wieków, to przecież jednak i świadomą nihilistycznej grozy skrajnej – komunistycznej – postaci Rewolucji, i zasadniczo przywiązaną do fundamentów ordo moralnego cywilizacji łacińskiej.

Formy oporu, jak powiedziano, zmieniały się stosownie do okoliczności: najpierw była to „polska Wandea” czy guerilla– walka zbrojna „leśnych oddziałów” formacji postakowskich, w tym WiN oraz NZW i NSZ, równolegle zaś jawna, „legalna” opozycja PSL i SP czy „Tygodnika Warszawskiego”. Po zelżeniu terroru, około 1956 roku, była to próba odtworzenia pewnych przyczółków normalnego życia społecznego i kulturalnego, choćby w postaci ruchu klubowego, który by wyszedł poza wąskie ramy kilku koncesjonowanych klubów „postępowo – katolickich”, przywrócenia nauki religii w szkołach, utrwalenia jedynej trwałej zdobyczy tego okresu, jaką było odtworzenie indywidualnej własności chłopskiej; przede wszystkim wielkiego ruchu odnowy religijnej, moralnej i patriotycznej narodu, zainicjowanej i z nieugiętą konsekwencją prowadzonej przez interrexa Polski, Stefana kardynała Wyszyńskiego (a sabotowanej na wszelkie możliwe sposoby przez „koncesjonowanych” katolików ze „Znaku” i „Więzi”). To właśnie Wielka Nowenna Tysiąclecia, od Ślubów Jasnogórskich Narodu, poprzez peregrynację Obrazu Jasnogórskiego, po kulminację w obchodach Roku Milenijnego 1966 roku jest, z perspektywy czasu, kluczowym i przełomowym wydarzeniem w historii narodu pod jarzmem komunizmu, bo to ta akcja zadecydowała o tym, że katolicka, rzymsko – polska dusza narodu została ocalona; tym samym, spełniło się proroctwo Augusta kardynała Hlonda, że zwycięstwo przyjdzie przez Maryję.

Równolegle, skromniej i na drugim planie, lecz z widokami na przyszłość, trwała konspiracyjna, przygotowawcza praca samokształceniowa, formacyjna, edukacyjna i planistyczna spadkobierców dwóch głównych nurtów politycznych II Rzeczypospolitej: narodowego, jak na przykład Ligi Narodowo-Demokratycznej, oraz neopiłsudczykowskiego, tworzącego tzw. nurt niepodległościowy (nn) pod przywództwem generałów: Romana Abrahama i Mieczysława Boruty-Spiechowicza. To właśnie z tych środowisk wyszły struktury jawnej już i zorganizowanej opozycji antykomunistycznej i niepodległościowej w drugiej połowie lat 70., choć oczywiście dołączyły do nich także środowiska nowe, młodzieżowe, jak RMP.

Czymś zgoła odmiennym był fenomen opozycji w stosunku grupy rządzącej PRL, więc nolens volens do jej moskiewskich mocodawców, środowisk, których sztandarową, zapewne najwybitniejszą, postacią był właśnie Jacek Kuroń. Ażeby zrozumieć naturę i sens tej opozycji należałoby prześledzić całą (w tym „sekretną”) historię marksizmu i międzynarodowego ruchu komunistycznego, zwłaszcza pod kątem jego głównego wewnętrznego, od końca lat 20., pęknięcia na nurt stalinowski i trockistowski oraz ze szczególnym uwzględnieniem frakcyjnych kłótni i dintojr w obrębie jej „polskiego” (terytorialnie) sektora, od SDKPiL, poprzez KPRP i KPP (nie zapominając o KPZU i KPZB), dalej Centralne Biuro Komunistów Polskich i PPR, aż po PZPR. Na to, rzecz jasna, nie mamy tutaj czasu ani miejsca, musimy zatem ograniczyć się do konstatacji, że pojawienie się, z roku na rok coraz liczniejszych „rewizjonistów” partyjnych, nie tyle „przechodzących”, co (wskutek porażek w starciach wewnątrzpartyjnych) „wypychanych” do opozycji, czyli stających się odtąd „dysydentami”, ma swoją genezę i liczne uwarunkowania w tamtej historii. Właśniedysydentami: to – ulubione przez media zachodnie – określenie, najzupełniej adekwatne w stosunku do Jacka Kuronia czy Bronisława Geremka, zaś zgoła absurdalne (i obraźliwe) w odniesieniu na przykład do Wiesława Chrzanowskiego czy Stefana Kisielewskiego, jest najbardziej precyzyjnym określeniem ideowej i politycznej pozycji opozycjonistów tego obrządku. Kogo bowiem nazywamy dysydentem sensu proprio? Religijnego heretyka – luteranina, kalwinistę, unitarianina, menonitę, kwakra etc. etc. – który zakwestionował, w mniejszym lub większym stopniu, w zależności od radykalizmu jego partykularnego „swobodnego osądu” (libre examen), te lub owe dogmaty religii katolickiej, jej obrządki, zwyczaje i normy dyscyplinarne oraz odmówił prawomocności oraz posłuszeństwa kościelnej hierarchii, na czele z władzą papieską. Żaden dysydent wszelako, bez względu na to, jak dalece w swoich herezjach i w swoim nieposłuszeństwie by się nie posunął, nie odrzuca samego chrześcijaństwa, przynajmniej w tym zakresie, w jakim on sam, w rozstrzygnięciu swojego indywidualnego rozumu i sumienia, uznaje swoje mniemania za identyczne z chrześcijaństwem. Co więcej, im bardziej gorliwym jest dysydentem, tym bardziej skłonny będzie do głoszenia, że to właśnie on głosi „czystą” i „nieskażoną” ewangelię, podczas gdy Kościół „urzędowy”, jak powiada, wiarę chrześcijańską wypacza, fałszuje i nadużywa do niecnych celów. Dlatego jedyną rzeczą, jaką należy wykluczyć jest jednoczesne bycie dysydentem i utrata wiary w ogóle; „niewierzący dysydent” to contradictio in adiecto; dysydent, który by jednak wiarę stracił, z tą samą chwilą przestaje być dysydentem.

Analogicznie możemy zdefiniować dysydenta sensu largo, z „opozycji demokratycznej”. To działacz na ogół wyrzucony za nieprawomyślność z kompartii (zauważmy, że nawet w tych „ucukrowanych” biografiach „ojców wolnej Polski”, od Kuronia po Kołakowskiego, wylanie ich z PZPR traktuje się jako uczynioną im wielką krzywdę!), znacznie rzadziej występujący sam, któremu socjalizm taki, jakim go widzi (często zupełnie trafnie), socjalizm realny, coraz mniej przestaje się podobać; który odmawia legitymizacji swoim dawnym towarzyszom, nadal rządzącym; który wreszcie zaczyna wątpić i krytykować ten lub ów „dogmat” diamatu i histmatu, analizować kto, kiedy i dlaczego popełnił błąd doktrynalny, a w konsekwencji reinterpretować doktrynę wedle własnego poglądu i gustu. Potem rozgląda się w poszukiwaniu podobnie myślących lub gotowych przyjąć jego interpretację i zaczyna „działać”. Jak by jednak dysydent daleko nie zaszedł w rewizji obowiązującej wykładni doktryny, czego by nie zakwestionował, to przecież nie oznacza to utraty wiary. Owszem, dysydent może zabrnąć w swojej herezji niesłychanie daleko, ale zawsze pozostaje jakieś nienaruszalne residuum doktrynalne, jakaś najwątlejsza choćby lina, trzymająca go na uwięzi wiary. Może on zwątpić nie tylko w geniusz Stalina, ale i Lenina – zachowa wiarę w Marksa. Zwątpi w „starego Marksa”, opętanego złym duchem Engelsa – zachwyci go humanizm „młodego Marksa”. A jeśli i nawet ten zblednie, to jakże regenerujący wiaręwyda mu się podniecający zastrzyk „zerotyzowanego” neomarksizmu Marcuse’a. Przestanie mówić o walce klas, ale wiara w mesjańską rolę klasy robotniczej nigdy w nim do końca nie wygaśnie. Dojdzie wreszcie nawet do tak przerażającego odkrycia, że kolektywistycznego raju wolnych wytwórców nigdy nie da się urzeczywistnić, ale przecież wciąż będzie wierzył w moralną przynajmniej wyższość socjalistycznego projektu nad egoizmem własności prywatnej i ohydą dzikiego kapitalizmu. To nieutracalne residuum, o którym przed chwilą wspominałem, oznacza zatem zatrzymanie się przynajmniej na pozycjach łzawego, humanitarystycznego socjalizmu à la Jaurès. Jak w tym sławnym ongiś wierszyku o niemożliwych panach inteligentach Wiktora Woroszylskiego, który przecież liczni dysydenci uważali za wybornie oddający ich stan ducha, gdzie „doktor Marks” jest jednym z dobroczyńców ludzkości, jak lekarz trędowatych, doktor Schweitzer, tyle że lekiem na choroby człowieka przezeń przyniesionym jest teoria wartości dodatkowej.

Czy oznacza to, że z komunizmu nie można w ogóle się wyplątać, a zatem także przestać być dysydentem? Oczywiście, teoretycznie przynajmniej jest to możliwe. Trzeba jednak powiedzieć, że przypadki przejścia z ciemnej strony, z ideologicznego Mordoru, na stronę antykomunistyczną, kontrrewolucyjną, do świata Ładu, są niesłychanie rzadkie. Sam z trudem mogę zliczyć je na palcach obu rąk: Whittaker Chambers, Malcolm Muggeridge, André Frossard, w Polsce (jeszcze przed wojną) Józef Łobodowski, potem Paweł Hertz… Ale nawet choćby i przypadek autora Domeny polskiejnie bardzo tu pasuje: przecież nie ukrywał on, że jego wcześniejszy, tuż powojenny, akces do PZPR nie był żadnym „ukąszeniem heglowskim”, czy innymi tego rodzaju wzniosłymi dyrdymałami, tylko w grę wchodził banalny „czynnik ludzki” – strach.

Matrycą ideologiczną, która w latach 60. wypełniła treść opozycyjności dysydentów pokroju Kuronia i Modzelewskiego był, jak już wspomniano, trockizm. Jest to poniekąd nawet zrozumiałe, ponieważ rozczarowanym praktyką zwolennikom prawdziwego socjalizmu trockizm dawał najbardziej radykalną, efektowną i kompletną odpowiedź na dręczące ich wątpliwości. Trockizm – jeżeli trzymać się nadal owej religijnej paraleli fenomenu dysydencji – był w obrębie wiary marksizmu-leninizmu czymś w rodzaju XVII-wiecznego jansenizmu w świecie katolickim. Tak samo dawał on poczucie bezkompromisowej wierności fundamentalnym zasadom, zarówno ortodoksji doktrynalnej (np. teologia Eucharystii jansenistów była bez zarzutu), jak rygoryzmu moralnego, i zwłaszcza to drugie upoważniało jansenistów (w ich mniemaniu) do oskarżania swoich wpływowych przeciwników – jezuitów – o niedopuszczalne ustępstwa wobec szybko repoganizującego się „świata”, o laksyzm etyczny. W trockizmie odpowiednikiem tego jest wszystko wyjaśniająca (intencjonalnie) metafora „zdradzonej rewolucji” – zdradzonej przez stalinistów – „jezuitów”, którzy zamiast władzy rad robotniczych wprowadzili władzę partyjnych nadzorców nad robotnikami; zamiast milicji robotniczej – regularną armię; zamiast internacjonalizmu – patriotyzm sowiecki i wielkoruski nacjonalizm; zamiast otwartego zniszczenia religianckiego zabobonu – obłudne udawanie, że religia cieszy się taką samą wolnością jaknaukowy ateizm; zamiast (faktycznie tylko: oprócz) terroru wymierzonego we wrogów klasowych – terror w stosunku do „najlepszych towarzyszy”, ideowych, starych bolszewików; słowem, stalinizm jawi się tu dokładnie tak, jak w finaleFolwarku zwierzęcego Orwella (też nie do końca, jak widać, wyleczonego z trockizmu): jako upodobnienie się ryjów świń rządzących folwarkiem do twarzy ludzkich. Czyli – „sfałszowanego” socjalizmu do kapitalizmu. Rzeczą dobrze znaną, a wymowną, jest konsekwentne opisywanie stalinizmu (i posttalinowskich form komunizmu „biurokratycznego”, gomułkizmu etc.) przez analityków trockistowskich w kategoriach wybijających ich (rzekomą) „prawicowość”, „autorytaryzm”, „konserwatyzm”, „reakcyjność” nawet (także oczywiście jako czerwonego faszyzmu, jako że dla trockistów faszyzm także jest „skrajną prawicą”). Główne oskarżenie trockistów pod adresem komunizmu sowieckiego sprowadza się zatem do zdradzenia i wyhamowania rewolucji, która winna być totalna i permanentna, czyli do faktycznego przejścia na pozycje „kontrrewolucyjne”. (Zbyteczne jest dodawać, że ten stek bzdur wynika z nie przyjmowania do wiadomości tego, że rewolucja nihilizmu, jaką jest każdy komunizm, z najzupełniejszym powodzeniem może być realizowana w ustabilizowanym systemie biurokratycznym; byłaby zresztą równie małospontaniczna i „zza biurka”, gdyby to Trocki, a nie Stalin, wygrał walkę o schedę po Leninie).

A Polska: czy w rachubach trockistów marzących o i przygotowujących rewolucję demokratyczną odgrywała jakąkolwiek samoistną i autoteliczną rolę? Skądże, to tylko przypadek geograficzny, bo dla każdego prawdziwego rewolucjonisty nie jest ważne, gdzie rozpocznie się „wielka przemiana”; ostatecznie decyduje o tym dojrzałość „sytuacji rewolucyjnej” na danym obszarze, albo przypadek. Lenin na kilka miesięcy przed rewolucją lutową też jeszcze nie wiedział, że syfilisem komunistycznym będzie zarażał akurat Rosję, i brał pod uwagę zupełnie inne kraje.

Warto też pamiętać, że w pierwszej połowie lat 60., obok krytyki systemu popaździernikowego inspirowanej trockizmem, istniała również inna alternatywa „opozycyjna” – ze strony ortodoksów stalinizmu, także oskarżających Chruszczowa, Gomułkę i innych „destalinizatorów” o zdradę rewolucji poprzez zejście na pozycje drobnomieszczańskiego rewizjonizmu i próbujących odbudować Komunistyczną Partię Polski przy wsparciu towarzyszy chińskich i albańskich. Tym, którzy próbowaliby zbić tę paralelę drwiną z kompletnego oderwania od polskich realiów tych, na szczęście niegroźnych już wtedy, maniaków ideologicznej czystości, tudzież niezrozumiałego dla nikogo bełkotu Radia Tirana, można odpowiedzieć, że pod tym względem nie istnieje żadna – podkreślam: żadna! – różnica pomiędzy broszurkami Kazimierza Mijala a Listem do partii Kuronia i Modzelewskiego. A przy okazji: jeśli żyją jeszcze, co możliwe, jacyś towarzysze walki Mijala, którzy za Gomułki byli aresztowani, skazywani, wyrzucani z pracy czy w jakikolwiek inny sposób represjonowani, to nie istnieją żadne prawne przeciwwskazania, aby otrzymali oni od IPN status pokrzywdzonego. Czy ich również uznamy za współtwórców wolnej Polski?

Mój „wirtualny” oponent mógłby w tym miejscu powiedzieć: dobrze, wspomnianym wyżej faktom nie można zaprzeczyć, ale przecież Kuroń i jego środowisko – które kolejno funkcjonowało pod nieformalnymi nazwami „poszukiwaczy sprzeczności”, „komandosów”, „lewicy warszawskiej”, „lewicy laickiej” (określenie najpierw zaproponowane przez Michnika, a potem gwałtownie przez niego dezawuowane), wreszcie po prostu „kuroniady” – przeszli ogromną ewolucję od czasu napisania Listu do partii, poprzez marzec ’68, po współtworzenie KOR-u. Po co zatem wypominać ten nieszczęsny trockizm, który był tylko „dziecięcą chorobą lewicowości” (trzydziestokilkulatków, mających za sobą już co najmniej kilkanaście lat politycznej aktywności?), i który został całkowicie odrzucony?

Prawda nie jest wcale taka prosta i nieproblematyczna. Oczywiście, pewnej ewolucji poglądów i sposobu działania niepodobna zaprzeczyć. Ludzie tej formacji byli po prostu inteligentniejsi niż stalinowcy pokroju Mijala i zrozumieli, że tkwienie na pozycjach „ezoterycznej” ortodoksji komunizmu, jakiegokolwiek, więc także trockistowskiego obrządku, skazuje ich na całkowitą izolację w społeczeństwie, a w konsekwencji na uwiąd i klęskę. Musieli zatem wyjść poza opłotki ortodoksji, stać się jeszcze bardziej radykalnymi heretykami i dysydentami, a jednocześnie dać jakąś atrakcyjną ofertę niektórym przynajmniej, niekomunistycznym sferom społeczeństwa. Byli oni też uważnymi obserwatorami systemu i widzieli jakie strategie obiera on, aby jakoś zakorzenić się w społeczeństwie, zyskać pewien rodzaj legitymizacji, zostać uznanym za „swojski”. Pamiętajmy, że w latach 60. PZPR stała się naprawdę partią masową, a socjologicznie już naprawdę „ludową” – nie tyle może „robotniczo-chłopską”, co „chłopsko-robotniczą”; od tego czasu w każdej właściwie polskiej rodzinie ktoś, choćby jakiś wujek czy pociotek, był w partii, co traktowano na ogół ze zrozumieniem, jako zwykły warunek pięcia się w górę. Uzyskanie przez komunistów – obojętnie: rządzących czy już wyrzuconych z partii – czegoś więcej niż ten elementarny poziom biernej aprobaty, wymagało jednak pójście jeszcze dalej: dokonania jakiejś ideologicznej herezji, polegającej wręcz na synkretyzmie z pewnymi elementami obcych wiar, wyznawanych przez tę lub ową grupę ludzi. W obozie władzy okresu gomułkowskiego herezją najdalej idącą było nie co innego, jak „komunizm narodowy” Moczara i jego „partyzantów”, który początkowo zdołał rzeczywiście zwieść swoją „kombatancką” frazeologią niektóre środowiska, w tym ludzi autentycznie pokrzywdzonych, ale który ostatecznie w wewnątrzpartyjnej konfrontacji z lat 1967-71 poniósł klęskę, w długofalowych konsekwencjach bardziej dotkliwą niż spadkobiercy „puławian” i „komandosi”. Przez „długofalowe konsekwencje” rozumiem także to, że w mitologii budowanej ku chwale herosów wolnej Polski „partyzanci” odgrywają rolę „najczarniejszego luda” (co jest tylko przesadą) oraz kwintesencji zła komunizmu w ogóle i „socjalizmu realnego” (co już jest zupełną nieprawdą). W każdym razie ten – wtłaczany do podręczników – pogląd, który komunizm pozwala uznać za zło o tyle tylko, o ile jest onnacjonalistyczny (co jest synonimem słowa antysemicki), i to nacjonalistyczny nie „przypadłościowo”, lecz „istotowo”, jest charakterystyczny dla środowiska „kuroniowców” na każdym etapie jego ewolucji, także obecnie, stanowi zatem pierwszy argument na rzecz ciągłości pewnych przynajmniej elementów jego myślenia. To nie komunizm (tym bardziej: socjalizm) jest złem sam w sobie, lecz jego nacjonalistyczna gęba, która po „głębszym” zbadaniu okazuje się wcale nie być „przyprawiona”, ale właśnie „genetycznie wrodzona” – i poniekąd nieśmiertelna, a w każdym razie odnawialna. Najbardziej przyjemne dla dysydenta jest odkrycie, że grzech pierworodny pochodzi z zewnątrz marksizmu, albowiem – jak oznajmia główny artykuł credo podanego przez Miłosza, tak miłego dla uszu rewizjonistów– jest ONR-u spadkobiercą Partia. Nie KPP, nie SDKPiL, nie PPS-Lewicy, tylko ONR-u! Dzisiaj, konsekwentnie, można ten ciąg „spadkobrania” wydłużyć poprzez wskazanie kto jest tym samym grzechem obarczony: jest PZPR-u spadkobiercą PiS, jest PZPR-u spadkobiercą LPR, i kto tam jeszcze się nawinie. Skoro droga herezji quasi-nacjonalistycznej była dla (post?)trockistowskich dysydentów w zasadzie zamknięta („w zasadzie”, ponieważ nie było w tym nic zdeterminowanego; skądinąd wiadomo, że jednym z asekuracyjnych kontaktów grupy Kuronia w partii był długoletni I sekretarz Komitetu Warszawskiego Józef Kępa, uchodzący za prawą rękę Moczara; jednym z czołowych piór „marcowej propagandy” moczarowców był z kolei późniejszy „autorytet moralny” Andrzej Szczypiorski), to jej oferta musiała być inna. Prócz koniecznej rezygnacji z eksponowania pierwiastków ortodoksyjnych (w obrządkutrockistowskim), pojawiły się coraz liczniejsze elementy herezji demokratyczno-liberalnej: wolności słowa, praw człowieka, autonomii jednostki, pluralizmu etc., a logika działania w nowej sytuacji (przyjęcia roli jawnej opozycji oraz chęć utrzymania w jej ramach pozycji jeśli nie monopolistycznej, to przynajmniej dominującej) nakazywała ich wysunięcie na plan pierwszy. Tym samym, oczywiście, ideologia i ruch dawnych dysydentów proweniencji trockistowskiej uległ pewnej okcydentalizacji, co na Zachodzie zostało dostrzeżone i docenione. Jednak do jakiegoZachodu, do jakiej Europy, Jacek Kuroń i jego polityczni przyjaciele doszlusowali? Czy do „Starej Europy”, do tradycji klasycznej, chrześcijańsko-łacińskiej, rzymsko-katolickiej, do świata hierarchicznego, wertykalnego, uznającego prymat prawa Bożego i naturalnego? Wolne żarty. Dołączyli oni do świata herezji nowożytnej, oświecenia, rewolucji francuskiej, pozytywizmu; świata egalitarnego, horyzontalnego, agnostycznego i laickiego, zajmując przy tym najdalej wysunięte na lewo (po odcięciu odrośli marksistowsko-leninowskiej, już uznanej za nieudaną) pozycje socjaldemokratyczne i (socjalliberalne w sferze moralno-obyczajowej). Dawna, trockistowska „demokracja robotnicza” została tu nieco rozmyta w werbalnej aprobacie dla demokracji parlamentarnej, nie znaczy to jednak, iżby w ogóle wyparowała. Świadczy o tym chociażby nieskrywana fascynacja Kuronia – właśnie w okresie już „korowskim” – Komisjami Robotniczymi, używanymi przez komunistów hiszpańskich do walki z państwem. To, przy okazji, unaocznia, do jakiej „Europy” ciągnęło Kuronia: do takiej, w której po stronie „zła” obok komunizmu sowieckiego stawiane są ostatnie bastiony Starej Europy: chrześcijańskiej, autorytarnej, tradycjonalistycznej – Hiszpania Franco, Portugalia Salazara, Grecja „czarnych pułkowników”, wrzucone do jednego worka pod nazwą „dyktatury”, a po stronie „dobra” – walczące z tymi dyktaturami „opozycje demokratyczne”, w tym komuniści, jak w Hiszpanii.

Ten częściowy ideologiczny lifting, aby skutecznie służyć założonym celom, musiał jeszcze zyskać aprobatę tych, których (mówiąc językiem marksistowskim) wyalienowana dotychczas, tj. do mniej więcej połowy lat 60., grupa postpezepeerowskich „komandosów” chciała do siebie przyciągnąć. Trzeba bez ogródek powiedzieć, że sukces na tym polu okazał się oszałamiający, najpierw w odniesieniu do środowisk inteligenckich, a później – dzięki zupełnie zaskakującej tę grupę „boskiej niespodziance”, jaką było wyłonienie się ze strajków sierpniowych „Solidarności” – w możliwości wpływania na ruch masowy i sterowania zdarzeniami politycznymi aż po Okrągły Stół. Właśnie bez tego bezprecedensowego sukcesu – który można porównywać do wysunięcia się na czoło procesu rewolucyjnego przez marginalną zrazu grupkę jakobinów we Francji – nie można zrozumieć dzisiejszej kondycji duchowej polskości i stanu rzeczy w państwie polskim, a pomiędzy tym również tego solidarnego lamentu oburzenia na „kalanie świętości”.

Dla zdobycia i ugruntowania tej pozycji dwa czynniki wydają mi się szczególnie ważne. Po pierwsze, uznanie, kooptacja, a w końcu poddanie się przywództwu „kuroniady” przez nieporównanie szersze od hermetycznej grupki partyjnych dysydentów, kręgi postępowejradykalnej inteligencji, geograficznie właściwie inteligencji warszawskiej. Trzeba powiedzieć, że była ona już od dawna mocno osadzona w polskim życiu kulturalnym, społecznym i politycznym. Jej początki sięgają Kuźnicy Kołłątajowskiej z epoki Sejmu Wielkiego i polskich jakobinów, zapatrzonych w swoich francuskich „starszych braci”, dalej wolterianów epoki Księstwa Warszawskiego i Królestwa Kongresowego. Okrzepła ona i utwierdziła swą pozycję, kosztem tradycyjnych elit („wysadzonej z siodła” szlachty oraz duchowieństwa) w okresie pozytywizmu warszawskiego. Odtąd bez wątpienia nadawała już ton, ustalała hierarchie, mody, kryteria wartościowania w każdej dziedzinie życia. Z założenia była dość „pluralistyczna” politycznie, acz spectrum tego, w co „wypada” się angażować było oczywiście dość ograniczone: od czasu ustalenia się nowej geografii politycznej na przełomie XIX i XX wieku, rozpościerało się ono od tzw. postępowej demokracji, skupiającej demoliberałów, poprzez drobne ugrupowania inteligenckie o programie niepodległościowym, po oba odłamy PPS i – najdalej na lewo – gdzieś w chwiejnym balansie pomiędzy PPS – Lewicą a SDKPiL. Bezsprzecznym wyróżnikiem tego środowiska był antyklerykalizm, na ogół właściwie bardziej zwykły analfabetyzm religijny niż konsekwentny ateizm czy antyteizm, ścisłe więzi z masonerią, albo przynajmniej naturalne „oddychanie” atmosferą mentalności wolnomularskiej, wreszcie poważny odsetek w jego składzie zlaicyzowanych i zasymilowanych (w sensie oświeceniowym) Żydów. Bardzo długo owa inteligencja warszawska była jednym z głównych rezerwuarów obozu piłsudczykowskiego, kiedy stanowił on tzw. lewicę niepodległościową. Jednak poważny konflikt nastąpił, kiedy obóz ten dopuścił się kolejno dwóch niewybaczalnych „zdrad” ideowych: najpierw, w 1926 roku, przez zawarcie sojuszu z „najczarniejszą reakcją”, czyli konserwatystami, a później, w drugiej połowie lat 30. przez absorpcję ideologii nacjonalizmu w programie OZN.

Dla zrozumienia finalnego zbliżenia rzeczą niezmiernie ważną wydaje się podwójna ambiwalencja wewnętrzna w umyśle postępowego inteligenta: wobec polskości i wobec komunizmu. Polski inteligent radykalny z oburzeniem odrzuca sugestię, że obcy mu jest patriotyzm, i nie ma w tym zasadniczej nieszczerości. Bez wątpienia, marksowski dogmatyzm „antyojczyźniany”, ostentacyjna wrogość komunistów do „jaśniepańskiej Polski”, jawna zdrada renegatów sprowadzających najazd bolszewicki, budziły w nim odrazę. W końcu, Róża Luksemburg zrozumienia dla swojego ortodoksyjnego internacjonalizmu nie mogła znaleźć u socjalistów polskich, i musiała go szukać gdzie indziej. Z drugiej strony, patriotyzm radykalnego inteligenta jest warunkowy. Polska – tak, ale nie klerykalna, reakcyjna, niesprawiedliwa społecznie, nacjonalistyczna. Polska – tak, ale oczywiście tylko jako republika. Polska – lecz pod warunkiem, że będą w niej przestrzegane wymyślone przez ludzi światłych, ideały postępu, świeckości, praw człowieka, prawa do pracy itd. itp. Inteligenci postępowi to właśnie ci, których Dmowski nazywał „pół-Polakami”, uzależniającymi swoją lojalność wobec wspólnoty narodowej i państwa wypełnieniem ich ideologicznych presupozycji. Patriotyzm postępowego inteligenta przypomina patriotyzm republikański we Francji, dla którego to Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela wyznacza normę patriotyzmu, i w imię którego można zamordować króla, zgilotynować szlachtę, potopić księży, na ołtarzu katedry posadzić nierządnicę i barbarzyńsko zniszczyć pomniki tysiącletniej historii ojczyzny. Z komunizmem natomiast inteligent radykalny miał ten kłopot, że jego fundamenty i ogólne założenia były przecież postępowe, ale rezultat przerósł, by tak rzec, oczekiwania. Warszawski radykał brzydził się przecieżobszarnikami i kapitalistami, na ogół skłaniał się ku jakiejś odmianie socjalizmu, ale już nie ku dyktaturze proletariatu, i przede wszystkim, mdlił go smród piwnic czerezwyczajki. Moralna odraza i szok inteligenta postępowego do czerwonego terroru były na pewno szczere (wystarczy poczytać Słonimskiego z okresu przedwojennego); zresztą trudno sobie wyobrazić, aby ktokolwiek, kto sam nie sięgnął dna bolszewickiego zezwierzęcenia, mógł myśleć inaczej. Do tego jeszcze komunizm zwyciężył najpierw w Rosji, toteż warszawski inteligent łatwo zidentyfikował go jako spadkobiercę tego, czego przyzwyczaił się nienawidzić najbardziej: reakcyjnego caratu.

Z PRL-em inteligent radykalny oczywiście kolaborował: bardziej jednak ze strachu i z życiowej konieczności (w końcu inteligent musi być na posadzie), niż z przekonania; chociaż na pewno zawsze marzył o oświeceniu polskiegociemnogrodu, to jednak na ogół wzdrygał się przed metodą wtłaczania go do polskich łbów „kolbami sowieckich karabinów”. Akces autora tych słów (Tadeusza Krońskiego) do nowej wiary nie był, mimo wszystko, typowym wyborem.

Dopóki zatem partyjni dysydenci nie uczynili żadnego kroku w stronę rozchwianego światopoglądu inteligenta postępowego, identyfikacja obu środowisk nie była możliwa; z chwilą, gdy to uczynili, symbioza okazała się nad wyraz owocna. Inteligent otrzymał wszystko to, czego potrzebował, wszystkie te zabawki, które zawsze lubił; i poczucie moralnej słuszności oraz wyjątkowości swojej roli, i rozgrzeszenie z uprzedniej słabości; i taką porcję patriotyzmu, jaka mu zawsze odpowiadała, i mgliście rozumianą postępowość, bez niepotrzebnego ekstremizmu; lekkostrawną mieszankę demokratyzmu, walki o prawa człowieka i wolność słowa, możność „pochylania się” nad skrzywdzonymczłowiekiem prostym, a na dodatek jeszcze ekscytujące poczucie uczestnictwa w niebezpiecznej, lecz bez przesady, przygodzie. W zamian za to „Jacek” stał się ich niekwestionowanym przywódcą.

Nie mniej cenne wsparcie on i jego grupa uzyskała od tzw. lewicy katolickiej, czyli środowisk „Znaku”, a zwłaszcza „Więzi” (opowiadającej się, przypomnijmy, zdecydowanie za socjalizmem). Porozumieniu temu sprzyjał czas:posoborowej „odnowy”, czyli huraganowej (auto)destrukcji Kościoła przez neomodernistów, których ekspozyturą w Polsce były wspomniane środowiska. Naturalnie, i tu warunkiem porozumienia było porzucenie ultralewackiej, trockistowskiej frazeologii „przykręcania śruby Kościołowi”, obecnej jeszcze w Liście do partii. Po aggiornamentowszakże nie było to już niemożliwe, skoro zadanie niszczenia katolicyzmu wzięli na siebie sami pasterze i teolodzy. A sojusz „lewicy laickiej” z „lewicą katolicką” w Polsce był obustronnie korzystny: reprezentanci katolicyzmu otwartego, wcześniej mimo wszystko traktowani trochę z politowaniem, jako gorsi inteligenci, zostali uznani za pełnoprawnych uczestników oświeconej elity i za jedyną reprezentację społeczeństwa katolickiego, poza którą rozciąga się tylkomaryjny, obrzędowy ciemnogród; „lewici laiccy” zaś – szerokie możliwości propagandy i oddziaływania za pośrednictwem instytucji kościelnych; sam wreszcie Kuroń – podatny grunt do tworzenia jego kultu, jako wzorcowego przedstawiciela „chrześcijaństwa anonimowego” – czy jak to się tam nazywa w „rahnerowskim” żargonie neomodernistycznej „teologii”.

En bref: te trzy ingrediencje – „zbiegowie z klasy rządzącej” (w terminologii socjologa Roberta Michelsa), postępowy radykalizm warszawski, „katolewica” – stworzyły ów amalgamat ideologiczno – towarzysko – polityczny, któremu udało się zająć najdogodniejsze pozycje w odradzającym się jawnym ruchu oporu i nacisku na reżim. Z pewnością, to szczęśliwe dla tej grupy położenie zawdzięcza ona w ogromnej mierze zręczności i energii Jacka Kuronia. Czy jednak również i w tym okresie, od 1975/76 roku aż po 1989, można mówić o zasadniczej reorientacji strategicznego celu oraz światopoglądu?

I w tym wypadku jest to mocno wątpliwe. Znamienne, że głównym posunięciem reasekuracyjnym Kuronia w okresie tworzenia się KOR-u (świadomie piszę: „tworzenia się”, a nie „tworzenia”, bo sam KOR był inicjatywą „harcerzy” grupy Antoniego Macierewicza, najpierw wymuszoną na Kuroniu, a potem przez niego zdominowaną) było wysłanie listu otwartego z prośbą o poparcie do Enrico Berlinguera, sekretarza generalnego PCI i wschodzącej głównej gwiazdy – obok Santiago Carrillo – eurokomunizmu. Trzeba pamiętać i o tej ważnej naonczas okoliczności, iż ogólnoświatowa gra, w której kartą był eurokomunizm, toczyła się o wejście włoskich komunistów do rządu, o ów sławetny „historyczny kompromis” pomiędzy komunistami a chadekami i innymi segmentami demoliberalnego establishmentu, a w konsekwencji o wyprowadzenie Włoch z NATO, czyli poważne osłabienie jego południowej, niezwykle ważnej, flanki śródziemnomorskiej. (A w tym samym czasie wpadnięcie Portugalii w ręce komunistów wydawało się przesądzone; nie było tylko pewne czy promoskiewskich, czy propekińskich). Tym samym, Kuroń, wchodząc w tę grę, działał de facto na korzyść Moskwy. Przede wszystkim jednak była to wymowna deklaracja ideologicznej solidarności z eurokomunistamiwłoskimi i hiszpańskimi.

To nie jedyny dowód na to, że przekonania Kuronia i jego środowiska mieściły się wciąż w obrębie ideologicznego paradygmatu socjalizmu – „z ludzką twarzą”, „demokratycznego”, „samorządowego”, wszystko jedno, ale zawsze socjalizmu. Jego działalność po 1976 roku była zatem w dalszym ciągu kolejnym etapem „wojny domowej”, „rodzinnego sporu” uczniów Marksa o kształt, w jaki należy przyoblec spełnienie jego utopii. Co gorsza, zgodnie z logikąkonwergencji, rezultatem równoległego zwycięstwa eurokomunistów zachodnich oraz „opozycji demokratycznej” na Wschodzie mogło być zapanowanie w całej już Europie – „od Atlantyku po Ural” – jednolitego systemu „socjalizmu demokratycznego”, co w wypadku Zachodu byłoby pewnym przejściem od złego (demoliberalizm) do jeszcze gorszego, a w wypadku Wschodu jedynie hipotetycznym, właściwie zupełnie iluzorycznym, odjęciem cząstki zła najgorszego (komunizmu totalitarnego).

Twierdzenie, że Kuroń z tego okresu był już antykomunistą, tym bardziej antysocjalistą, jest nie tylko nieprawdziwe „obiektywnie”, ale stanowi fałszowanie jego autentycznych przekonań. Jego działania i wypowiedzi, na czele zZasadami ideowymi, choć pokrętne i mętne (nawet jego wielbiciele niekiedy półgębkiem przyznają, że pisarz i teoretyk był z niego marny), dość wyraźnie ukazują człowieka wciąż myślącego kategoriami marksizmu. Co najwyżej, daje on wyraz lekceważeniu urzędowej wykładni ideologii, jako już martwej, ale w zamian za to pojawia się wyraźnie określony prawdziwy wróg ideowy na dziś i na jutro, którego trzeba traktować poważnie, to znaczy go bez pardonu zwalczać – nacjonalizm.

Muszę w tym miejscu odwołać się do osobistego doświadczenia, dzięki któremu bardzo prędko mogłem zorientować się z „pierwszej ręki”, jakie są rzeczywiste poglądy Kuronia. Jako sygnatariusz różnych listów protestacyjnych i zbieracz pod nimi podpisów od końca 1975 roku, zostałem zaproszony na spotkanie z Kuroniem, które odbyło się w mieszkaniu prywatnym jakiegoś inżyniera (nazwiska już nie pamiętam), gdzieś późną jesienią 1976 roku, a więc niedługo po powstaniu KOR-u. W każdym razie było to tuż po tym, jak Kuroń udzielając wywiadu jakiemuś korespondentowi zachodniemu, na pytanie: „Dlaczego, jak sądzi, rząd toleruje jeszcze KOR?”, odpowiedział, tyleż błyskotliwie, co buńczucznie, że to nie rząd toleruje KOR, lecz KOR toleruje jeszcze rząd. Większość spośród obecnych tam około 30 osób bardzo się tym bonmotem ekscytowała, mnie jednak więcej dał do myślenia zupełnie inny fragment wynurzeń gwiazdora tego wieczoru. Wyraźnie rozluźniony i zadowolony z wrażenia, jakie robi na słuchaczach, Kuroń jął opowiadać, jak to odwiedził go niedawno jakiś człowiek, który przedstawił się jako dawny żołnierz antykomunistycznego podziemia, który usłyszał w Wolnej Europie o powstaniu KOR-u. Rozentuzjazmowany tym faktem, zaoferował swoją gotowość włączenia się w podjętą przez KOR, jak sądził, walkę o wyzwolenie Polski od bolszewików. Tu jednak spotkało go srogie rozczarowanie, gdyż Kuroń bezceremonialnie – co sam podkreślał – wyśmiał jego „anachronizm” i niesłuszność antybolszewizmu delikwenta, wyjaśniając mu, że celem „opozycji demokratycznej” w żadnym wypadku nie jest obalanie socjalizmu – ustroju przecież i najlepszego z możliwych, i bezalternatywnego. Muszę zaznaczyć, że opowiadając tę historyjkę Kuroń w najmniejszym stopniu nie sugerował, by jego gość mógł być nasłanym prowokatorem, co ewentualnie usprawiedliwiałoby taki sposób „spławienia” jegomościa. W każdym razie, uważam to za zrządzenie Opatrzności, że dane mi było tak wcześnie zorientować się z kim, w osobie Kuronia, mam do czynienia; już od tej chwili wiedziałem, że jakiekolwiek przypadkowe i drugorzędne okoliczności mogą do pewnego momentu sprawiać, że „jedziemy na tym samym wózku”, to na pewno nie do tego samego miejsca przeznaczenia i z tym samym zamiarem.

Ileż to zresztą razy słyszałem później (i nie sądzę, aby moje doświadczenia były odosobnione) gorące i bez wątpienia szczere zapewnienia ze strony „kuroniowców”, że insynuowanie im przez propagandę reżimową wrogiego nastawienie do socjalizmu jako takiego jest oszczerstwem, i że przecież nikt o zdrowych zmysłach nie mógłby pragnąć powrotu do kapitalistycznego wyzysku, do renacjonalizacji fabryk i oddawania ziemi „obszarnikom”, do pozbawiania „ludzi pracy” ich „zdobyczy socjalnych”, takich jak „bezpłatne” szkolnictwo czy opieka medyczna. Tym, autentycznie socjalistycznym, poglądom Kuroń pozostał wierny do końca, także jako minister pracy w III Rzeczypospolitej; przecież nawet nie próbował ukrywać, że kapitalistę trzeba wyhodować i utuczyć po to, aby było go z czego potem obrabować, „rozdając biednym”.

„Dalszy ciąg” strategii politycznej Kuronia i jego komilitonów, aż po Okrągły Stół, którego nadrzędnym celem było zapewnienie monopolu swojej grupie w „opozycji demokratycznej” i wyłączności na „historyczny kompromis” z „reformatorami” partyjnymi” jest już sprawą dobrze znaną i po wielokroć opisywaną, zwłaszcza teraz, kiedy w opublikowanych w „Arcanach”, a streszczonych przez „Życie Warszawy”, dokumentach odsłonięty został rąbek mechanizmu dochodzenia do tego consensusu. Nie ma zatem potrzeby po raz kolejny tego powtarzać, ani także rozwodzić się nad inną oczywistością, już współczesną, o szczęśliwym – z punktu widzenia interesów wszystkich „wnucząt Aurory” – zakończeniu „wojny domowej” z lat 1956-1988. Biorąc pod uwagę i kryteria ideologiczne, i rezultaty zawartego przy Okrągłym Stole kompromisu, nie ma żadnego powodu dziwić się, że i wszyscy dysydenci wylatujący z kompartii przy kolejnych zawirowaniach, i ci, którzy pozostali w niej do końca, znaleźli się dzisiaj w jednym politycznym obozie. Przecież czy to Olejniczak czy Borowski, czy Kwaśniewski czy Szmajdziński, są obecnie dokładnie w tym samym miejscu, co Kuroń albo „drogi Bronisław” 20 lub 30 lat temu: z punktu widzenia ortodoksji marksistowsko-leninowskiej są takimi samymi heretykami i dysydentami. Dlaczego zatem nie mieliby być dziś razem i wspólnie stawiać czoła wciąż odradzającej się hydrze nacjonalizmu, ksenofobii, antysemityzmu, homofobii, nietolerancji, integryzmu i katolickiego Talibanu?

Z zakresu owej, coraz lepiej poznawanej, rzeczywistej historii „zasług” Jacka Kuronia, chciałbym jedynie jeszcze podnieść kwestię metody i środków, z uwagi na ich służebność bądź szkodliwość dla egzystencjalnych interesów narodu. Co się tyczy tej kwestii, zawsze uważałem, że nie powinno być tu miejsca na jakikolwiek aprioryzm, gdyż każda (w granicach godziwości) metoda walki – regularna wojna, insurekcja, konspiracja, cywilna obrona czynna, praca organiczna, bierny opór, ugoda – może być w określonych okolicznościach dopuszczalna, a nawet konieczna, w innych zaś wykluczona i szkodliwa. Za każdym razem decydować o tym winna roztropna analiza sił i środków do rozporządzenia, realnych potrzeb i możliwości, potencjalnych zagrożeń. Na ogólnym poziomie, wymagającym oczywiście aplikacji do konkretnych okoliczności czasu i miejsca, nieocenionych wskazówek dostarcza tu klasyczny wywód Akwinaty na temat „brzegowych warunków” uprawnienia moralnego do czynnego oporu wobec tyranii.

Jak, w świetle powyższego, ocenić można środki przedsiębrane przez „kuroniadę” (zawężając ogląd już tylko do czasów „opozycji demokratycznej” i „solidarnościowych”)? Otóż, jeśli chodzi o okres przedsolidarnościowy (lata 1975-80), to żadnych zarzutów postawić nie mogę. W obliczu konieczności nieprzekraczania przez komunistów pewnych przynajmniej granic, wynikających z ustaleń KBWE, rychło także i wyboru papieża – Polaka, i ugrzęźnięcia Sowietów w Afganistanie, margines ryzyka (nie tylko osobistego czynnych opozycjonistów, ale całego narodu) bardzo się rozszerzył, a każda podejmowana próba wyrwania społeczeństwa z marazmu gierkowskiej „stabilizacji” była celowa i pożyteczna. Inaczej rzeczy się mają w okresie późniejszym. Wówczas strategia i taktyka grupy Kuronia prawie zawsze rozmijała się z interesem narodowym. Trzeba pamiętać, że do 1985 roku, do bezowocnego spotkania Reagana z Gorbaczowem w Reykjaviku, żyliśmy na wulkanie, którego lawa mogła w każdej chwili zmieść nas i Polskę w ogóle z powierzchni ziemi. Dopóki sowieckie Politbiuro rozważało jako najlepsze rozwiązanie przegrywanego wyścigu zbrojeń wojnę totalną, należało postępować z najwyższą ostrożnością i robić wszystko, aby uniknąć czołowej konfrontacji. Tymczasem, od chwili, gdy okazało się, że polski ruch wolnościowy przybrał rozmiary masowe, „kuroniadę” ogarnął istny amok euforii. Stare, trockistowskie marzenie o rewolucji permanentnej odrodziło się jako wizja wyprowadzenia z Polski na cały blok moskiewski pożaru rewolucji demokratycznej i socjalizmu samorządowego, bez liczenia się z jakimikolwiek kosztami, które mógł ponieść naród. Kiedy ta wizja powszechnego buntu robotników w całej Europie Wschodniej i ich zbratania się ze zrewoltowanym wojskiem prysła jak bańka mydlana 13 grudnia, Kuroń, zamiast otrzeźwieć, zrobił wtedy rzecz najgroźniejszą dla Polski w swoim życiu: wezwał z więzienia do strajku generalnego, który – gdyby do niego doszło – ponad wszelką wątpliwość byłby utopiony we krwi już przez okupacyjną Armię Czerwoną.

Ta strategia uległa odwróceniu o 180 stopni po nastaniu pierestrojki, kiedy stało się jasne, że Sowieci podjęli jednak decyzję o przemeblowaniu imperium i zmianie szyldu. W tej sytuacji, sprawę polską można już było, i bezwzględnie należało, nieustannie „licytować wzwyż”, wszelkie zaś cząstkowe ustępstwa i koncesje jedynie „brać”, ale ich „nie kwitować” – wedle sławnej wskazówki Andrzeja Zamoyskiego z okresu przed powstaniem styczniowym. A już niewybaczalne było trzymać się porozumień „Okrągłego Stołu” po wydarzeniach jesieni 1989 roku; wtedy trzeba było ostatecznie „dobić czerwonego gada”, jak się kiedyś wyraził prof. Wolniewicz. Tymczasem „kuroniada” właśnie wtedy wybrała kurs „minimalistyczny”, którego celem było współrządzenie z partyjnymi „reformatorami”. Skutki i dalszy ciąg znamy.

***

Pora na ostateczne konkluzje. Skoro nie wolnej Polski, to czego „budowniczym” był Jacek Kuroń? Odpowiedź nie będzie „odkrywcza”, lecz raczej oczywista: POSTPEERELU. Państwa, które nie tylko pod względem prawnym zachowuje ciągłość z tą formą zagranicznego i ideologicznego władztwa nad Polską i Polakami, jaką był PRL, i nie tylko – co na pierwszy rzut oka powszechnie jest dostrzegalne – zostało urządzone tak, aby dawnym właścicielom „Polski Ludowej” było jak najlepiej. Owszem, nie ma w nim, dzięki Bogu, ruskich czołgów, komitetów partyjnych, SB i gospodarki nakazowo-rozdzielczej; nikt tego nie kwestionuje. Jednak jest to również państwo, w którym „święta i nietykalna” pozostaje wciąż „własność” zrabowana „klasom wyzyskującym”; w którym Konstytucja wskazując źródło prawa stawia Panu Bogu (malutką) świeczkę i diabłu (wielki) ogarek; w którym ściga się za „antysemickie” felietony, a „czerwone oberże” uchodzą za sympatyczny folklor; w którym zapraszanie sodomitów do szkół stanowi wzorzec normalności, a próba przeciwdziałania demoralizacji za dyktat ideologii nienawiści; można by tak w nieskończoność.

Tak, „świętemu Jackowi”, „Adasiowi”, „drogiemu Bronisławowi” e tutti quanti „zawdzięczamy” niemało, ale przede wszystkim to, że nie było nigdy prawdziwej, regenerującej dziejową wspólnotę, rzymsko – polską duszę, Kontrrewolucji. Także to, że nigdy nie było, i już być nie może, takiej symbolicznej daty zmartwychwstania i „nowego początku”, jak na przykład w Hiszpanii wyzwolenie Madrytu 1 kwietnia 1939 roku i proklamowanie przez generała Franco Nowego Państwa. Nawet to symboliczne przekazanie insygniów II Rzeczypospolitej przez prezydenta Kaczorowskiego zostało celowo zmarginalizowane jak tylko się dało i pozbawione wszelkiego znaczenia prawnego. W gruncie rzeczy, III Rzeczpospolita przypomina w pewnej mierze nieudaną Restaurację burbońską we Francji po 1814 roku; cóż z tego, że prawowity król powrócił na tron, że królestwo formalnie na powrót stało się arcychrześcijańskie, skoro rewolucyjny rabunek został usankcjonowany, jakobińska i napoleońska centralizacja nietknięta, a dyktat umysłowy sprawowali wolterianie i russoiści.

W Panteonie narodowym wielkich Polaków dla Jacka Kuronia – i któregokolwiek z dysydentów marksistowskiejortodoksji – nie powinno być więc miejsca. Nie wadziłby mi kult prywatny wielbicieli „Jacka”, co innego jednak kult publiczny. Jednak nie oznacza to, iżbym popierał pomysł pośmiertnego odbierania mu Orderu Orła Białego; to jednak trochę tak jak rozkopywanie grobów, co jest kwestią smaku. Trudno, stało się, w ten sposób też nie „naprawi się” historii; zresztą, iluż to niezasłużonym, czy wręcz niegodnym, kawalerom tego orderu z XVIII wieku także należałoby wówczas go odebrać.

Rozumiem nawet i to, że dokonujące się dziś powoli przywracanie właściwych miar i ocen może być bolesne, co wprawdzie nie usprawiedliwia kolektywnego wrzasku sprzeciwu, ale go po trosze wyjaśnia. W polskiej literaturze jest, znana chyba wciąż z lektur szkolnych, postać kapitana Nuta w Żeglarzu Jerzego Szaniawskiego. Żyje on w glorii nieustraszonego bohatera i romantycznego kochanka, więc wdzięczni mieszkańcy chcą mu wystawić pomnik. Jednak dociekliwy historyk Jan odkrywa, że w rzeczywistości Nut to łgarz, tchórz i moczymorda, a nadto wcale nie zginął, lecz wciąż żyje. Najnowsza historia Polski wciąż jeszcze jest tłoczną galerią takich Nutów, Nutlandią do potęgi. Nie twierdzę, że składa się ona wyłącznie z postpezepeerowskich dysydentów. Czyż Arcy-NutemNutem nad Nutami, nie jest p. Lech Bolesław Wałęsa, który przy każdej możliwej okazji każe nam wysłuchiwać swoich żenujących przechwałek Wielkiego Sternika, prowadzącego nas nieomylnie do portu Wolności?

Szaniawski problem Nuta rozwiązał w duchu, który, co ciekawe, kiedyś uchodził za kwintesencję prawicowości, podczas gdy demistyfikację uważano za podejście lewicowe; opowiedział się za potrzymaniem mitu, wbrew prawdzie, nakazując swojemu bohaterowi zrezygnować z jej ogłoszenia. Mimo wszystko, uważam, że jest to złe rozwiązanie. Tologos jest jasnością, a mythos ciemnością. To prawda wyzwala, a ojcem kłamstwa jest diabeł.

Kategoria: Historia, Jacek Bartyzel, Myśl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *