Prof. Bartyzel: Konserwatywna roztropność „majowa”

marszaek na relaksieZdecydowaliśmy się opublikować – za zgodą Autora – niedokończoną polemikę prof. Bartyzela z felietonem prof. Wielomskiego "Konserwatywny błąd majowy", ze względu na to, że zawiera ona ważkie treści, z którymi się solidaryzujemy. Ukończenie tego artykułu w czasie, kiedy polemika z tekstami ulotnymi ma jeszcze sens, było niemożliwe z powodów natury osobistej, których upublicznianie byłoby niestosowne.

Redakcja

 

 

Prof. Adam Wielomski opublikował w rocznicę przewrotu majowego 1926 r. felieton zatytułowany Konserwatywny „błąd majowy” (http://konserwatyzm.pl/artykul/13692/konserwatywny-blad-majowy), którego przesłaniem, jak sam zaznacza, jest potępienie konserwatystów polskich z tamtej epoki za poparcie udzielone przez nich pomajowemu obozowi władzy, zwanemu potocznie „sanacją”. Znając obfite, a szczególnie nasilone ostatnio, wyłącznie jednak publicystyczne czy wręcz złożone z gniewnych interwencji na profilu fejsbukowym – bez przejmowania się zgodnością lawinowo sypiących się zarzutów z prostą empirią[1] – enuncjacje Autora na temat Marszałka Józefa Piłsudskiego i jego politycznych partyzantów, uderzenie tym obuchem zupełnie nie dziwi. Skoro bowiem Autor żywi tak głęboki, a przy tym jaskrawo emocjonalny, niepoparty żadną racjonalną argumentacją[2], zapiekły resentyment do nieżyjącego od ponad 80 lat Marszałka i równie martwej nieboszczki Sanacji, to należało się wręcz spodziewać, że prędzej czy później, ale niechybnie jak wizyta komornika u bankruta, srogie, werbalne baty spadną również na tych, którzy „splamili się kolaboracją” z „socjalistycznym” dyktatorem.

Zauważmy naprzód, że sama teza o „błędzie majowym” bazuje na błędzie zbyt daleko idącej kompresji czasowej. Trudno bowiem mówić o jakiejś zdecydowanej opcji propiłsudczykowskiej ogółu konserwatystów już w maju 1926 r., w dniach zamachu i tuż po nim. Owszem, istniały historyczne precedensy współpracy konserwatystów z Józefem Piłsudskim, sięgające nawet cichego, ale ważnego dla powodzenia sprawy, wsparcia udzielanego jego działalności organizacyjno-wojskowej w Galicji przez jej namiestnika – Michała Bobrzyńskiego, który rozpostarł nad nią „parasol ochronny”, jak również w okresie pomiędzy powołaniem Tymczasowej Rady Stanu a aresztowaniem Komendanta przez Niemców (z tego czasu datuje się niezłomne zaufanie okazywane Piłsudskiemu przez Zdzisława ks. Lubomirskiego), przede wszystkim jednak okresu piastowania przezeń urzędu Naczelnika Państwa, kiedy to zwłaszcza konserwatyści krakowscy, mający swoich przedstawicieli w sejmowym Klubie Pracy Konstytucyjnej, szli z nim ręka w rękę we wszystkich sprawach, głównie dlatego, że popierali jego politykę wschodnią. Później jednak, kiedy Marszałek wycofał się do Sulejówka, ten pierwszy sojusz rozpadł się, a „neostańczycy” postawili wtedy na gen. Władysława Sikorskiego, jak najfatalniej upatrując w nim (jak to ironicznie napisał Kazimierz Marian Morawski) kandydata na „polskiego Boulangera, co by zabrał ich, »Chambordów«”. Przed zamachem konserwatystów stawiających na Piłsudskiego można policzyć nieomal na palcach jednej ręki: prócz Lubomirskiego – Janusz ks. Radziwiłł, Eustachy ks. Sapieha (którego piłsudczykiem uczyniła pobłażliwość Naczelnika Państwa okazana mu jako współsprawcy operetkowej próby zamachu stanu z 4/5 stycznia 1919 r., będącego zresztą Piłsudskiemu na rękę, bo mógł pozbyć się lewicowego rządu Moraczewskiego), i oczywiście enfant terrible konserwatystów, czyli redaktor „Słowa” – Stanisław Cat-Mackiewicz, który być może był nawet wtajemniczony w plany zamachowe. Pewną sympatię już od 1917 r. (dowodem napisany wtedy esej Legiony a sprawa polska) okazywał Piłsudskiemu monarchista, prof. Marian Zdziechowski, czego następstwem było to, że to jemu Marszałek najpierw zaproponował, przed prof. Ignacym Mościckim, wysunięcie jego kandydatury na urząd prezydenta, zaś co najmniej od 1921 r. również mediewista i historiozof, kanclerz pierwszej Kapituły Orderu Odrodzenia Polski, prof. Jan Karol Kochanowski. Obaj profesorowie stronili jednak od angażowania się w systematyczną akcję polityczną. Dla ogółu konserwatystów jednak zamach, a zwłaszcza jego krwawy, acz niezamierzony, przebieg, był szokiem. Reprezentatywną reakcją bezpośrednią był opublikowany 16 maja 1926 r. w organie stańczyków „Czas” artykuł prof. Stanisława Estreichera (skądinąd najbardziej liberalizującego z nich, a pod koniec życia nawet zbliżonego do demoliberalnego Front Morges), zatytułowany Rokosz i bezwzględnie potępiający zamachowców. W maju nic zatem jeszcze nie było przesądzone, jeśli chodzi o stanowisko konserwatystów. Przed szereg wyszedł jedynie Cat, któremu udało się pociągnąć za sobą najpierw swoich wileńskich protektorów, czyli tzw. żubrów (a zatem konserwatystów najbardziej reakcyjnych, jacy byli w Polsce) argumentem naprawdę perswazyjnie genialnym: że jeśli Piłsudski nie znajdzie żadnego oparcia po stronie „reakcji”, to zamach zostanie politycznie skonsumowany – a to będzie tragedią dla Polski – przez lewicę. Nie podlega przecież żadnej kontrowersji to, że politycznym zapleczem rokoszan była tzw. lewica niepodległościowa, z której największą siłę reprezentowała PPS w miastach, a PSL-Wyzwolenie na wsi[3]. To ona marzyła o „pogłębianiu rewolucji”, jak się wyraził w rozmowie z Marszałkiem Ignacy Daszyński, zgaszony natychmiast bezceremonialnym: „ty durniu stary”, i to ona zatem faktycznie została „zdradzona” w swoich nadziejach, zszokowana zjazdem w Nieświeżu, przechodząc ostatecznie do opozycji w 1928 roku. Piłsudskiemu bowiem udało się naprawdę zrobić (wedle jego własnego wyrażenia) „rewolucję bez rewolucyjnych konsekwencji”, ale to oznaczało tylko carte blanche, której zapisanie zależało właśnie od konserwatystów. Można wręcz powiedzieć, że wówczas po raz ostatni w historii Polski to konserwatyści byli politycznym „języczkiem u wagi”; to od ich decyzji, jako od jedynej z prawic nieskonfrontowanej z Piłsudskim, który w razie ich odmowy musiałby z konieczności oprzeć się wyłącznie na „lewej nodze”, zależało, w którą stronę pójdzie Polska: czy „pogłębiania rewolucji”, czy też położenia jej tamy? Proces decyzyjny dochodzenia do poparcia nowego reżimu nie był ani odruchowy, ani błyskawiczny, lecz stanowił wynik poważnego namysłu i deliberacji, głównie na konserwatywnych konwektyklach w maju-czerwcu 1926 r., odbywanych w Pałacu Potockich przy Krakowskim Przedmieściu. Znamy bardzo dobrze ich przebieg dzięki opartej na solidnej bazie źródłowej i opublikowanej już prawie 40 lat temu pracy prof. Wiesława Władyki oraz innym studiom, jak również ich rezultat w postaci politycznej konsumpcji sojuszu, którego najbardziej wymownym symbolem jest zjazd nieświeski, więc nie ma potrzeby przypominania szczegółów. Akces konserwatystów (i analogicznie środowisk ziemiańskich, których byli reprezentacją) do sanacji był na tyle gremialny, że można go uogólnić jako sojusz konserwatystów z Piłsudskim, aczkolwiek warto pamiętać, że były jednak znaczące wyjątki, nawet dotykające poszczególne rodziny. Przykładem tego jest wyjątkowo mocne zaangażowanie Jana Bobrzyńskiego, którego nie pochwalał, acz zachowywał publicznie milczenie jego ojciec, nestor stańczyków, prof. Michał Bobrzyński. Konserwatyści „integralni”, jak K. M. Morawski czy Hieronim hr. Tarnowski, wycofali się z życia politycznego, przechodząc na obszar apolitycznej akcji katolickiej. Jedyne ugrupowanie, które miało w 1926 r. reprezentację parlamentarną (ale uzyskaną nie pod szyldem konserwatywnym), czyli Stronnictwo Chrześcijańsko-Narodowe, rozpadło się na część, która wróciła tam, skąd wyszła, czyli do endecji, oraz na złożone z wielkopolskich ziemian Stronnictwo Chrześcijańsko-Rolnicze, które nawiązało współpracę z rządem.

Te fakty są oczywiście znane także prof. Wielomskiemu. Rzecz jednak w interpretacji tego akcesu konserwatystów, w pierwszym rzędzie – jego powodów i motywacji. Autor felietonu stawia i rozwija tezę, iż podstawowym powodem, dla którego konserwatywne ziemiaństwo poparło sanację (i rezultatem przetargu z rządzącą ekipą) było powstrzymanie reformy rolnej. To i tak wersja nieco rozrzedzona, bo we wcześniejszej wypowiedzi na fejsbuku głosił, iż był to powód jedyny, ale ta drobna autopoprawka niczego praktycznie nie zmienia, gdyż dalej mowa jest wyłącznie o tej sprawie. Jak widzimy więc, prof. Wielomski nie tylko, że przyjmuje optykę nieodróżnialną w gruncie rzeczy od marksistowskiej „metody podejrzeń” co do wyłącznie interesownych motywacji „klas posiadających”, którą serwowano nam w PRL-owskich podręcznikach do historii (jak rzecz jest przedstawiana obecnie – nie wiem), ale jest jeszcze większym redukcjonistą, niż PRL-owscy historycy i propagandyści, bo ci mimo wszystko zauważali – ze zgrozą oczywiście – że konserwatystów z piłsudczykami łączyło też „nastawienie antyradzieckie”. Takie monokauzualne i na dodatek potwornie uproszczone podejście[4] jest jednak grubym fałszem. Istniał całkiem szeroki i dotyczący rzeczy fundamentalnych wachlarz spraw, które łączyły obie grupy spotykające się ze sobą na gruncie tego, co im bardziej zacieśniała się ta współpraca, tym chętniej nazywano „myślą państwową”. Miała ona, co widać bardzo dobrze w pracach historyków sanacyjnych i konserwatywnych (kontynuatorów szkoły krakowskiej), wspólne podłoże historiozoficzne, oparte o tezę o ścieraniu się w historii Polski myśli „państwowotwórczej”, scalającej i przezwyciężającej partykularyzmy, z tendencjami odśrodkowymi, anarchistycznymi i warcholstwem. Figura Piłsudskiego pojawia się w tych pracach jako swoista inkarnacja Bolesława Chrobrego, Stefana Batorego czy Władysława IV. Na odwrót, można zauważyć, że związana sympatiami z endecją i antypiłsudczykowska tzw. nowa krakowska szkoła historyczna (W. Konopczyński, W. Sobieski) uprawiała dokładnie przeciwstawną narrację, wielbiącą nie państwo i monarchów, lecz naród, wolność, „trybunów ludu szlacheckiego” i konfederacje. Jak to syntetycznie ujął w Zagadce dziejów Polski (1937) Jerzy Braun, mająca lewicowy rodowód sanacja stała się, po konserwatystach, reprezentacją „Polski Królewskiej”, prawicowa zaś endecja stała się kontynuacją patriotycznej, ale niesfornej „Polski Szlacheckiej”. Wbrew bzdurom o „turanizmie” Piłsudskiego, piłsudczycy tak samo, jak konserwatyści, byli okcydentalistami i „łacinnikami”, postrzegającymi Polskę jako najdalej wysunięty na Wschód bastion Zachodu. Na płaszczyźnie politycznej ta zbieżność przejawiała się w myśli ustrojowej akcentującej konieczność nadrzędnej, silnej i ponadpartyjnej władzy. Największym wkładem i w dużej mierze triumfem (ostatnim) myśli konserwatywnej – dla którego warto było zawrzeć ten sojusz, nawet gdyby był to jedyny powód – była najlepsza polska konstytucja z 23 kwietnia 1935 r., której referentem w Sejmie był konserwatysta Adam Piasecki, a referentem w Senacie – Wojciech hr. Rostworowski; przede wszystkim jednak stanowiła ona w wielu i podstawowych punktach wykwit konserwatywnej myśli ustrojowej, wyrażonej w projektach konstytucyjnych prof. Władysława Leopolda Jaworskiego, Eustachego ks. Sapiehy, Jana Bobrzyńskiego i innych zachowawców. Konsensus panował także w polityce zagranicznej, zwłaszcza wschodniej, przy czym należy podkreślić, że w antysowieckich planach imperialnych niektórzy konserwatyści (jak wileńscy z Catem na czele, Jan Bobrzyński czy „mocarstwowcy” z „Buntu Młodych” szli znacznie dalej niż sami piłsudczycy). Dodałbym tu jeszcze jeden powód, natury psychologicznej, aczkolwiek ten odnosi się wyłącznie do wileńskich „żubrów”. Dla nich Piłsudski był po prostu jednym z nich: skoligaconym z nimi po wielokroć litewskim szlachcicem ze „starożytnego” rodu Ginetów, który wprawdzie za młodu bałamucił się socjalistycznie, ale przecież w końcu powrócił do domu ojca, z Bezdan trafił do Nieświeża. Z wyczuciem rzeczy możliwym tylko u kogoś, kto był całkowicie zanurzony w tym świecie, pisał o tej correspondance syn jednego z czołowych „żubrów” i ten, który, jako najmłodszy, „trzymał pióro” w Nieświeżu – ks. kanonik Walerian Meysztowicz (1893-1982): „To [czyli popowstaniowy dramat walki o utrzymanie polskiego stanu posiadania na Litwie – JB] tłumaczy wzajemny stosunek Piłsudskiego i litewskich realistów, ugodowców. Wyszli z tego samego założenia. Szli do tego samego celu, różnymi drogami. Ani oni nie uważali go za bandytę, burzącego ład społeczny, ani on ich nie miał za zdrajców sprawy Polski; nie rzucali na siebie anatemy, nie wyklinali się wzajemnie; przeciwnie, gdy tylko było można, utrzymywali ze sobą łączność. Jeszcze na początku wojny, w latach 1914-1915 posłowie polscy do petersburskiej Rady Państwa próbowali utrzymywać kontakty z Piłsudskim przez Sztokholm; (…) Jeśli współpraca  wojskowo-dyplomatyczna, współpraca bojówki z panami »Rady« była możliwa, to na pewno jakieś znaczenie miało tu pochodzenie Piłsudskiego; nie miał on oczywiście nigdy kompleksu wrogiego wobec »panów i magnatów« – bo sam był z ich krwi” (Gawędy o czasach i ludziach, Londyn 1986, s. 154-155).

Przejdźmy jednak do wyłącznie poruszającej prof. Wielomskiego kwestii reformy rolnej. Problem zasadniczy polega na tym, że malutkie ziarenko prawdy jest tu zupełnie zanurzone w oceanie przeinaczeń faktów, nieprawd, bezpodstawnie ferowanych ocen i wniosków wyprowadzanych z błędnych przesłanek, dowodzących per saldo nikłej orientacji w poruszanej materii. Zanim wszakże przejdę do ich zbijania, chciałbym podzielić się pewnym ogólnym wrażeniem po lekturze tego felietonu. Otóż wyczuwam w nim absolutny brak empatii dla ziemiaństwa polskiego i jego dziejowego dramatu w XX wieku, zakończonego zagładą tego świata, nie biologiczną wprawdzie, ale socjologiczną. Właściwie nie zdziwiłbym się nawet, gdyby Autor wrócił do dobrze znanego z minionej epoki określenia „obszarnicy”. Czytając rozważania i dobre rady, co byłoby lepszym i dla samych ziemian, i dla dobra ogólnego, rozwiązaniem, trudno mi oprzeć się wrażeniu, iż przemawia on jak typowy konstruktywista, jak „inżynier socjalny”, który planując pożądaną zmianę społeczną patrzy na ludzi i naturalne grupy społeczne, jak na cegły czy kawałki blachy oraz wyłącznie z instrumentalnego punktu widzenia alokacji zasobów i środków: tu się przesunie, tam się zainwestuje, tym się zabierze (za odszkodowaniem), tamtym się da i będzie gites[5]. Przyjmuje niejako taki punkt obserwacyjny, znamienny dla człowieka epoki postindustrialnej (zresztą coś w tym duchu niedawno powiedział), dla którego rustykalno-ziemiański świat jest czymś nie tylko odległym i umarłym, ale całkowicie obojętnym. Intelektualista z postindustrialnej metropolis, jadąc przez rzadko zabudowane obszary wiejskie, z jednej Akademii, gdzie wykłada, do drugiej, gdzie ma konferencję, omiata zapewne zimnym wzrokiem przez szybę samochodu tę wyzerowaną semantycznie przestrzeń i nie zastanawia się czy tam, gdzie stoi teraz fabryczka wtryskarek albo portugalski hipermarket, stał ongiś szlachecki dwór, do którego prowadziła aleja wysadzana lipami. Cóż, było, przeminęło, zeszło z tego świata, nie ma co pochylać się nad skorupami. Powie ktoś, że to tylko nastrojowy sentymentalizm. Nie, nie tylko, choć dobrze ukierunkowanych uczuć wcale nie należy się wstydzić. To także, a nawet przede wszystkim, świadomość utraty prawdziwego i niezwykle cennego dobra – kulturowego, społecznego, tworzącego wielopokoleniową tożsamość wspólnoty narodowej. Ów trwający przez wieki polski dwór był, jako skupisko rodowo-rodzinne, archimedesowym punktem oparcia dla – jak pisał prof. Jan Karol Kochanowski (1869-1949) – psychicznego typu dziejowego Polaka, reprezentującego „najczystszy typ słowiańskości i aryjskości, tj. harmonii jaźni ludzkiej z otaczającym ją światem, dającej głębię spokoju w wolnym wnętrzu człowieka. Dzięki tym aryjskim właściwościom psychicznym, które z przeszłości otchłannej [Polska] wyniosła, była od wieków retortą przyrodzoną, ziemią obiecaną osiadłego, w twórczym znaczeniu cywilizacyjnym, Wolnego Obywatela, przeciwstawiającego się zasadniczo otaczającym go, pół osiadłym i koczowniczym niewolnikom” (Polska w świetle psychiki własnej i obcej. Rozważania, Częstochowa 1925, s. 429), „naród szlachecki” czerpał bowiem swój byt ze sfery uczuciowo-rodzinnej, czyli z nakazu wewnętrznego człowieka, a nie z mechanicznego nakazu zewnętrznego. Inny konserwatywny profesor – Ryszard Legutko w Eseju o duszy polskiej (2008) trafnie rozpoznał tragedię, jaka zaszła wskutek zamordowania tego świata przez komunistów, a którą jest drastyczne obniżenie polskiego typu psychicznego, wskutek jego – mówiąc wprost – schamienia. To przecież właśnie dlatego fałszywym bohaterem naszej „transformacji” („Piłsudskim w tonacji buffo”, jak i tak nazbyt delikatnie powiedział już w 1981 r. Paweł Kłoczowski) mógł stać się półanalfabeta, cwaniaczek, kombinator i wreszcie kapuś; to dlatego także Polacy znakomicie zastąpili Żydów w roli „narodowości handlowej”; to dlatego elitą gospodarczą III RP mogli stać się byli cinkciarze spod Pewexu; to dlatego wreszcie nasza „klasa polityczna” prawie w całości reprezentuje etos Zołzikiewiczów. Zabrakło tej elity elit, która wyznaczała niepisane standardy zachowania, tego, co się godzi, a co się nie godzi, co wypada, a czego nie wypada.

Prof. Jacek Bartyzel

 


[1]W jednym z takich „wtargnięć” w światek fejsbukowy prof. Wielomski skonstatował jako oczywistość, iż „Piłsudski zmieniał wyznania z częstotliwością Władysława Jagiełły”. Biografia Marszałka nie jest jakąś terra incognita, toteż dobrze wiadomo, że zmieniał on wyznanie razy dwa: pierwszy raz w 1899 r., wyrzekając się formalnie wiary katolickiej i przechodząc na luteranizm, aby móc ożenić się z protestantką i rozwódką, Marią z Koplewskich Juszkiewiczową, drugi raz w 1916 r., dokonując rekonwersji na katolicyzm. Niezależnie od oczywistej naganności pierwszej zmiany, nie jest to jednak częstotliwość szczególnie duża, a jeśli przyjmiemy pogląd głoszony przez niektórych najbardziej zaciekłych wrogów Marszałka o nieważności jego powrotu do Kościoła wskutek niedopełnienia koniecznych warunków formalnych tego aktu, to przecież częstotliwość ta jeszcze bardziej się kurczy do jednego zaledwie przypadku. Co jednak najbardziej wymownie świadczy o skali zacietrzewienia, to to, że przy okazji dostało się Bogu ducha winnemu Władysławowi Jagielle. Jeżeli bowiem Autor nie dokonał jakichś absolutnie rewelacyjnych odkryć w tej materii, to musimy przyjąć ów powszechnie znany fakt, iż litewski wielki książę Jagiełło Olgierdowicz zmienił w swoim (długim) życiu religię tylko raz, porzucając pogaństwo i przyjmując chrzest wraz z imieniem Władysław oraz koroną polską. Przypuszczalnie rozgorączkowany Autor w swoim ferworze pomylił Jagiełłę/Władysława z jego bratem stryjecznym – Witoldem Kiejstutowiczem, który faktycznie chrzczony był trzy razy, bo dwukrotnie powracał do pogaństwa, ale trzeba powiedzieć jasno, że to błąd szkolny, na poziomie gimnazjalnym.

 

 

 

[2]Zwróćmy uwagę na jeden, charakterystyczny szczegół. Całkiem niedawno prof. Wielomski wpadł na pomysł – który powtarza w przywoływanym felietonie – w jego mniemaniu zapewne demaskatorski i „przygważdżający”, co jest trochę dziwne u apologety gen. W. Jaruzelskiego, który przecież stał na czele faktycznej i sformalizowanej junty, aby system rządów pomajowych (będących w istocie nieformalną, personalną dyktaturą „miękkiego” autorytaryzmu) nazywać „juntą wojskową”. Trudno o bardziej dobitny przykład zacietrzewienia tak daleko posuniętego, żeby dla osiągnięcia jednorazowego efektu retorycznego wystawić na szwank swój, wysoki przecież i zasłużony, prestiż naukowy akademickiego politologa. Kwalifikacja tych rządów jako „junty wojskowej” jest bowiem pozbawiona jakichkolwiek podstaw merytorycznych i zresztą żaden z badaczy dotąd, niezależnie od jego stosunku do reżimu pomajowego, nie posłużył się tą kwalifikacją. Cóż to bowiem jest „junta wojskowa”? Słownikowa definicja pojęcia odpowiadającego zjawisku występującemu najczęściej w państwach latynoamerykańskich, powiada, iż jest to system sprawowania władzy państwowej, w którym profesjonalni wojskowi łączą funkcje dowódcze z głównymi funkcjami w aparacie państwowym, rządzą opierając się na armii i z wykorzystaniem wojskowych metod działania (zob. Słownik terminów z zakresu bezpieczeństwa narodowego, AON, Warszawa 2008, s. 33). Do głównych cech dystynktywnych junty wojskowej zalicza się m.in.: obsadzanie kierowniczych stanowisk w państwie przez profesjonalnych wojskowych, pełniących jednocześnie z funkcjami państwowymi funkcje dowódcze w armii; traktowanie armii jako głównego oparcia politycznego rządów; wciąganie wojska do sprawowania władzy w większej mierze, niż wynika to z jego naturalnych funkcji, jak przejmowanie części funkcji policji i organów wymiaru sprawiedliwości, czy pełnienie funkcji o charakterze ewidentnie cywilnym, w tym wykonywanie funkcji kontrolnych nad administracją cywilną. Jest zatem oczywiste, że rządy pomajowe nie spełniały w najmniejszym stopniu wskazanych warunków uznania ich za juntę wojskową. Józef Piłsudski doszedł oczywiście do władzy siłą, posługując się do przeprowadzenia puczu zamierzonego jako demonstracja, ale wskutek biegu wypadków przerodzonego w trzydniową, uliczną wojną domową, tą (co trzeba podkreślić) częścią oddziałów wojskowych, które lojalność wobec niego przedkładały nad lojalność legalistyczną wobec organów władzy państwowej, ale po jego zwycięstwie oraz po zalegalizowaniu zamachu poprzez wybór J. Piłsudskiego (jak wiadomo, nieprzyjęty) przez Zgromadzenie Narodowe na urząd prezydenta wojsko natychmiast powróciło do koszar. W pełnieniu funkcji państwowych, nie brali udziału żadni (poza oczywiście samym Marszałkiem, jako Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych, a jednocześnie ministrem spraw wojskowych w każdym gabinecie za jego życia – lecz przecież kierowanie tym resortem przez wojskowego było również standardem rządów przedmajowych) dowódcy wojskowi: ani na poziomie sztabu generalnego, ani dowódców rodzajów sił zbrojnych, ani dowódców okręgów korpusów. Funkcje państwowe spełniali cywilny prezydent, cywilny rząd z cywilnym premierem, cywilnie wojewodowie i starostowie na poziomie administracyjnym (nawet jeśli niektórzy z nich posiadali szarże wojskowe, to byli już oficerami w stanie spoczynku). Nigdy nie zdarzyło się, aby wojsko (ściślej: korpus oficerski) zastępowało policję i sądy w ich funkcjach albo pełniło funkcje o charakterze cywilnym. Nawet nie do końca precyzyjnie wskazana cecha, jaką jest „opieranie się na armii” w sprawowaniu władzy, nie znajduje tu zastosowania choćby z tego powodu, że Wojsko Polskie wcale nie było jednolicie piłsudczykowskie – czego oczywistym dowodem, jest opór, jaki puczowi stawiły oddziały prorządowe – więc taka metoda byłaby dla dyktatury wręcz niebezpieczna, toteż w tym zakresie musiała się ona skupić na pozbyciu się z armii generałów i oficerów nastawionych nieprzychylnie (metodami, których niepodobna pochwalić). Z kolei negatywnym dowodem jest tu oczywisty brak formalnej instytucji takowej „junty”. Mówi się oczywiście o istnieniu (nieformalnej) tzw. grupy pułkowników, stanowiącej najściślejszy trzon najbardziej zaufanych współpracowników, czy raczej wykonawców woli politycznej Marszałka, lecz przecież byli to oficerowie już z wojska wycofani, a więc byli wojskowi i nie żadni dowódcy, bo jak sama nazwa świadczy – oficerowie średniego szczebla. Co więcej, „pułkowników” z trudem można uznać za typowych oficerów zawodowych: to byli albo (Sławek, Prystor) starzy bojowcy PPS i konspiratorzy, albo (Pieracki, Miedziński, Matuszewski, Koc, Świtalski, bracia Jędrzejewiczowie) uczestnicy tworzonych przez Piłsudskiego od 1908 r. paramilitarnych struktur bojowych, z których wyrosła I Brygada Legionów i konspiracyjnej POW, skierowani przezeń do Wojska Polskiego, a potem wycofani ze służby czynnej. A jeżeli z kolei byli oni – jak z lubością pisze często prof. Wielomski – „prymitywami”, chociaż na przykład Świtalski był doktorem filozofii, studia filozoficzne, prawne i architekturę na uczelniach w trzech krajach miał za sobą także Matuszewski, to cóż powiedzieć o takich tuzach wyrafinowanego intelektu, jak członkowie WRON: gen. Cze.Kiszczak, czy generałowie Żyto, Baryła i Oliwa? Na koniec wreszcie zauważmy, że teza o istnieniu „junty”, a więc organu kolegialnego, złożonego z ludzi mniej więcej sobie równych, choć zawsze jeden jest trochę „równiejszy”, kłóci się ewidentnie z inną, ochoczą podnoszoną cechą charakterystyczną dyktatury personalnej Piłsudskiego, jaką jest jego niebotyczna przewaga i dystans między nim a jego „pretorianami” (cechą etykietkowaną też często jako dowód jego rzekomej przynależności do „cywilizacji turańskiej”, co jest ulubionym szlagwortem nieopierzonych endecząt i sierotek po Konecznym, który to przebój, jak wiadomo, stał się również melodią miłą uchu prof. Wielomskiego). Albo – albo zatem: albo był uniesiony ponad wszelkie miary, samotny dyktator, albo kolegialna junta.

 

 

 

[3]O ile fakt lewicowości sił prozamachowych nie ulega żadnej wątpliwości, o tyle jednak „prawicowość” obalonego rządu Wincentego Witosa jest grubo przesadzona (pomijając już fakt, że sklecona po raz drugi większość sejmowa mogła okazać się w ramach istniejącego systemu równie krótkotrwała, jak poprzednia). Odtworzona w nim koalicja Chjeno-Piasta z 1923 r. składała się przecież z „pełniącego obowiązki prawicy” Związku Ludowo-Narodowego, zdominowanego wciąż jeszcze przez generację typowo mieszczańskich polityków republikańskich i parlamentarno-demokratycznych, pokroju Stanisława Grabskiego, oraz z typowo centrowych formacji, jakimi były PSL-Piast i Chrześcijańska Demokracja. Była to więc w sumie „centroprawica” i chyba nie będzie nadużyciem powiedzieć, że to taka ówczesna koalicja „konserwatywno-liberalnej” Platformy Obywatelskiej i PSL (przypomnijmy, że mędrzec nad mędrcami współczesnej polityki polskiej – mec. Roman Giertych coś tam kiedyś przebąkiwał, iż PO to „neoendecja”. To może być nawet w pewnym sensie prawdą, ale pod warunkiem, że odwołamy się do kolejnej genialnej metafory Cata-Mackiewicza, który w okresie „sejmokracji” pisał, że „Zołzikiewicz rządzi Polską”. Młodzieży będącej ofiarą reform szkolnych w III RP wyjaśniamy, że Zołzikiewicz to wyjątkowo wredna figura pisarza gminnego we wsi Barania Głowa, marzącego o karierze podrewizora, w Szkicach węglem H. Sienkiewicza. Faktycznie Zołzikiewicz wydaje się postacią nieśmiertelną i mutującą się nieustannie w naszej wiecznie „młodej” demokracji). Zauważmy, że bycie premierem rządu „centroprawicowego” nie przeszkodziło cztery lata później stać się W. Witosowi jednym z liderów ulicznej opozycji „centrolewicowej” (coś jak dzisiejszy KOD), ale to tylko przyczynek do zadumy nad obrotowością ruchu ludowego, która we współczesnym żargonie politycznym i politologicznym nazywa się „dużą zdolnością koalicyjną”.

 

 

 

[4]Dotyczy to oczywiście także sądów o dużym rozrzucie, wypowiadanych przez Autora na temat samej sanacji, ale gdybyśmy mieli tu także poddawać je wyczerpującej analizie, to trzeba by napisać grubą książkę, a nie artykuł polemiczny. Chcemy jedynie zauważyć, że prof. Wielomski najwyraźniej zdaje się traktować jako dokument źródłowy do historii II RP satyryczny romans Tadeusza Dołęgi-Mostowicza Kariera Nikodema Dyzmy. To rzecz osobliwa i z punktu widzenia metodologii badań historycznych, i dlatego, że raczej nie zauważyliśmy dotychczas, aby na poparcie swoich tez Autor odwoływał się do literatury beletrystycznej. Szkoda jednak, że ta nowość odnosi się do utworu uciesznego wprawdzie, ale niewątpliwie należącego do literatury klasy B, do gatunku „powieści gazetowej”, adresowanej do słabiej wyrobionych estetycznie i intelektualnie kręgów czytelniczych.

 

 

 

[5]  Dostrzec można zresztą wyraźne stosowanie przez A. Wielomskiego podwójnych standardów moralnych, z lekka tylko zakamuflowanych niezbyt wyrafinowaną argumentacją ekonomiczną, co do poszanowania własności prywatnej. Okazuje się bowiem, że poszanowanie to winno być bezwzględne w odniesieniu do kapitału ruchomego, kupieckiego bądź przemysłowego, ale już tylko warunkowe względem własności nieruchomej, ziemskiej. To nie jest myślenie konserwatysty, tylko mieszczańskiego liberała, zawsze przynajmniej w duchu mniemającego, iż własność ziemska („feudalna”) jest nieco podejrzana, bo niepochodząca z pracy i przemyślności własnej, tylko odziedziczona. Tak myśli na przykład – z pełną aprobatą autorki książki – Francisco d’Anconia z Atlasa zbuntowanego Ayn Rand, który wprawdzie jest dziedzicem wielopokoleniowej fortuny, ale dumny jest wyłącznie z tego, co zarobił sam. To zaś łączy się nierozerwalnie ze skrajnie indywidualistycznym rozumieniem własności, jaskrawo widocznym także w felietonie A. Wielomskiego („ja zarabiam…, ty zarabiasz…, on zarabia”), gdzie z kolei nie ma najmniejszego śladu zrozumienia, że własność szlachecka, majątek ziemski, to nie jest „moja najmojszość” jednostki, ale ojcowizna, dziedzictwo przodków, które trzeba zachować i przekazać dalej, następnym pokoleniom.

 

 

 

Kategoria: Historia, Jacek Bartyzel, Myśl

Komentarze (6)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Arkadiusz Jakubczyk pisze:

    Odnośnie samej reformy rolnej należałoby dodać (za prof. Bartyzelem) że parcelacja dużej własności wcale nie została wstrzymana po 1926 roku; jej tempo osłabło jedynie podczas Kryzysu, ale po 1935, kiedy ministrem rolnictwa i rr. został b. wyzwoleniowiec Juliusz Poniatowski, nabrała przyspieszenia wręcz lawinowego i właściwie do wybuchu wojny ustawa z 1920 r. została wykonana; są dokładne statystyki, można sprawdzić. Dramatycznego położenia wsi polskiej – głodu ziemi, nadmiaru rąk do pracy oraz nożyc cen pomiędzy towarami rolnymi a przemysłowymi nie rozwiązałoby nawet zabranie ziemiaństwu wszystkiego łącznie z folwarkiem, bo dysproporcja pomiędzy ilością ziemi do rozparcelowania a apetytem na nią była zbyt wielka. Ziemiaństwo zresztą godziło się na parcelację w granicach ustawy, tylko stawiało jeden warunek: aby też ustawowo zakazać chłopom dzielenia gospodarstw, który to nawyk miał skutki tragiczne, zwłaszcza w byłej Galicji, gdzie istniały karłowate gospodarstwa półmorgowe, które nie były w stanie wyżywić nawet siebie, nie mówiąc już o jakiejkolwiek nadwyżce na sprzedaż. Problem przeludnienia wsi i niedoboru ziemi mogło rozwiązać tylko uprzemysłowienie i związany z tym odpływ części ludności do miast, tylko że to można robić na dwa sposoby: bandycki i nie liczący się z kosztami, drastycznie ograniczając poziom konsumpcji wewnętrznej, jak komuniści po wojnie, albo normalny, czyli stymulując ten rozwój przemyślanymi inwestycjami, a to własnie akurat sanacja zrobiła tworząc COP (na który "po korwinowsku" wybrzydzasz, że "socjalistyczny") w rejonie szczególnie dotkniętym tymi plagami i tworząc zarazem w ten sposób przemysł zbrojeniowy, najbardziej potrzebny, tylko że na jego owoce trzeba było czasu (plany dozbrojenia i mechanizacji armii w pierwszym etapie miały za horyzont czasowy rok 1944), którego niestety zabrakło. 

  2. Jacek Marczyński pisze:

    W 1939 r. uchwalono też ustawę o likwidacji ordynacji rodowych

  3. Filip Bauman pisze:

    W sporze profesorów Bartyzel vs Wielomski obaj i mają i nie mają racji. Panie Prof. Bartyzel, wbrew temu, co mówi prof. Wielomski w swojej ripoście na Pańską polemikę, świat "ziemiański" w pogańskim, czyli Pańskim tego słowa rozumieniu, mógł przetrwać wiek XX. Przetrwał on bowiem choćby w Wielkiej Brytanii do dziś. Do dziś dnia 1/3 całości ziemi (nie tylko grunty rolne) w tym kraju jest we władaniu szlachty brytyjskiej (sic!), a najbogatszą osobą na wyspach jest nadal brytyjska królowa (proszę nie wierzyć oficjalnym listom naj.; taka sama ściema, jak to, że rzekomo D. Rockefellera nie ma nawet wśród 100 najbogatszych w USA). I co z tego? Czy Wielka Brytania jest jakimś wzorem?? Chyba wzorem państwa satanistycznego. Wbrew temu, co Pan mówi, esencją polskości NIGDY NE BYŁA szlachta/ziemianie/aristoi. Tą esencją – wszędzie i zawsze – są ludzie wierni Chrystusowi, nawet jeśli mlaskają i bekają przy posiłku, zajmują się handlem, używają verbum na literkę "k", jako znaku przestankowego w swoich wypowiedziach – to są kwestie nie bez znaczenia, ale podrzędne. Trzydziestotrzeciorzędne! Ziemiaństwo wyrazem subtelnej kultury łacińskiej? Chyba dopiero od 2 połowy XIX w., bo wcześniej to był – używając terminologi N.G. Davila – bogaty plebs – wiecznie zapijaczony motłoch, bardziej przypominających obecnych kiboli w barze po 5 piwach, niż jakiegoś Mariana Zdziechowskiego. A w kwestii przetrwania polskiego ziemiaństwa, reforma rolna w wydaniu endeckim była najlepszym z możliwych rozwiązań, ale nie wystarczającym. Do tego trzeba było jeszcze normalnego rozwoju miast. Nie pięciu na krzyż molochów, tych autentycznych wylęgarni patologii, ale rozwoju zwłaszcza małych miast i miasteczek; rozwoju równomiernego dla całego kraju. Na tworzenie Nowej Polski w formie jakiś kolonii było w XX w. o jakieś kilkaset lat za późno. Takie twory udawały się tylko w XVI-XVII w., najpóźniej w XVIII w. Potem kolonie były już tylko formami okupacji obcych ludów. I tak na koniec: ktoś kiedyś powiedział że polnishe sonderweg polegał m.in. na tym także, że u nas nie emancypowano warstw upośledzonych przez niszczenie szlachty albo tworzenie wobec niej grup antagonistycznych, ale poprzez nobilitację do tegoż stanu szlacheckiego. Jednym słowem – polską drogą do likwidacji pogańskich form nierówności "z przyrodzenia społecznego" było właśnie podniesienie całego narodu do roli szlachty: wolnych i równych sobie ludzi, spojonych wspólnym poczuciem łacińskiej, katolickiej godności własnego człowieczeństwa, opartego na WŁASNOŚCI – nie tylko ziemskiej – Religii i Rodzinie. Taki też winien być cel reformy rolnej, która powinna być przeprowadzona rękami samej, autentycznie chrześcijańskiej, szlachty już pod koniec I RP, a nie w międzywojniu, kiedy było już na to deczko za późno. Ale nawet wtedy polskie szlachciury wykazały się uporem iście samobójczym. Tak jak Biali Rosjanie w 1919 roku, którzy stanęli przed dylematem: utracić 1/3 europejskiej Rosji (tzw. okrainy zachodnie), ale ocalić rosyjski rdzeń, lub stracić wszystko w imię imperialnej psychozy – nie chcieli oddać niczego, a w konsekwencji stracili wszystko. Szlachta polska w międzywojniu miała wybór: trwać w systemie 3% szlachty na wsi, a 1% dla całości ludności RP, otoczonej morzem coraz bardziej bolszewizujących się mas, albo poprzez reformę stworzyć system: 70% ludzi na wsi to uwłaszczona szlachta wolnych i równych rolników, kultywująca ideały sienkiewiczowskiej tradycji katolickiej wolności, bitności, itd. Niestety, nie chcieli dać po chrześcijańskiej dobroci w imię wartości nadrzędnych, to dali po złości i przeminęli z wiatrem. Ale paradygmat polskości, jako szlacheckości pozostaje wieczny… z Sapiehami i Radziwiłłami, czy bez nich.

    Pozdrawiam :)

  4. anonim pisze:

         Panie Profesorze, jeśli przedmajowa większość sejmowa tylko pełniła obowiązki prawicy, z czym w zasadzie można się zgodzić, to kim byli sanacyjni zamachowcy? Oni nawet nie pełnili owych obowiązków , a początkowo poparli ich na dodatek wszelkiej maści rewolucyjni wywrotowcy. Późniejsze działania w każdej niemal sferze potwierdziły antypolski charakter tejże ekipy z pseudokonserwatywną maską, jaką przywdziewa dziś PiS: w pewnym sensie wręcz szalona, jak na tamte czasy, "postępowość" w sferze obyczajowej, posmak antyklerykalny, antychrześcijańskie zmiany w symbolice państwowej, piętnowane przez Kościół zepsucie moralne szerzone przez obóz Piłsudskiego lub lewicę pod jego parasolem ochronnym, panoszenie się masonerii, poddanie Banku Polskiego i w ogóle gospodarki dyktatowi amerykańskich bankierów, zalew obcego kapitału i tak dalej. Gdzie wówczas byli ci rzekomo roztropni "konserwatyści"? Jak zdecydowany sprzeciw stawiali tej degrengoladzie? Są to niestety pytania retoryczne.     

  5. Filip Bauman pisze:

    Jeszcze jeden element sojuszu OBSZARNIKÓW z satanistyczną sektą Piłsudskiego: w 1932 r. Piłsudczyzna, jako jedno z pierwszych państw na świecie (drugie po ZSRR? nie wiem) wprowadziło legalność mordowania dzieci, rzecz jasna tych nienarodzonych (Dziennik Ustaw z dn. 15 lipca 1932; dopełniające Rozporządzenie Prezydenta RP z dn. 25 września 1932), rzecz jasna "z przyczyn medycznych". Po 1936 r., kiedy to Stalin ponownie zakazał w ZSRR mordowania nienarodzonych, to Polska Piłsudczyków stanęła w awangardzie najbardziej dzieciobójczych państwa świata. Gdzie byli wtedy konserwatyści??? Gdzie był Piłsudski (1932)? Co dał konserwie sojusz z Piłsud-szczyną? Ale majątki latyfundystów były całe, więc było spoko. Tak to się kończą strategiczne sojusze "realistycznej" prawicy z lewackim ścierwem, polegające – koniec końców – na rezygnacji z autentycznych wartości Christianitas na rzecz stołków i ochrony egoistycznych partykularyzmów.

    Z Panem Bogiem!

  6. vigilantes pisze:

         Szanowny Panie Profesorze, wobec przytoczonych powyżej destrukcyjnych działań świty Piłsudskiego, jak można w dość beztroski sposób przywoływać na obronę sojuszu ziemian z sanacją kwestię konstytucji z 1935 roku? Niestety wygląda to na wielką manipulację, którą potęguję jeszcze fakt bierności lub zdecydowanie niewystarczającej opozycji względem zgubnych posunięć "sanatorów" polskiego ziemiaństwa jako całości. Lepsza przecież demokratyczna republikańska prawica narodowa i centrowi ludowcy niż podejrzane, rzekomo "nijakie", a w rzeczywistości jednak lewicowo-liberalne, a na dodatek promasońskie i filosemickie towarzystwo. Postępowa monarchia może okazać się w praktyce bardziej rewolucyjna od demokracji, w której siły "postępowe" nie mają zagwarantowanej władzy. Moim zdaniem należy wystrzegać się dogmatyzmu poza doktryną wiary, bo skutkuje to irracjonalizmem.   

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *