Prof. Bartyzel: Konserwatyści i tradycjonaliści na Soborze Watykańskim II

| 19 października 2015 | 0 Komentarzy

tyuioNa wstępie niniejszego przedłożenia czujemy się w obowiązku usprawiedliwić z zastosowania kluczowych dla jego treści określeń: konserwatyści i tradycjonaliści. Prima facie określenia te (podobnie jak przeciwstawne im i również tu stosowane: liberałowie i progresiści1), jako pochodzące z obszaru polityczności oraz mające sens filozoficzno-polityczny lub zgoła ideologiczny, mogą się zdawać niestosowne. Doktryna katolicka nie jest przecież źródłowo tworem ludzkim, lecz autentycznym objaśnieniem przez magisterium Kościoła świętego depozytu objawionego człowiekowi przez Boga, który to depozyt winien być przekazywany dalej bez uszczerbku i jakichkolwiek różnic w interpretacjach. W tym, fundamentalnym, sensie w Kościele nie ma miejsca na jakiekolwiek „skrzydła” doktrynalne czy tym bardziej „stronnictwa”, tak jak we współczesnych parlamentach, odwzorowujących mniej lub bardziej dokładnie wachlarz poglądów społeczno-politycznych sfragmentaryzowanego społeczeństwa porewolucyjnego na osi ideologicznej diady lewica – prawica, względnie triady lewica – centrum – prawica. Wprowadzanie podziałów na tych, którzy mówią: „Ja jestem Pawła, a ja Apollosa; ja jestem Kefasa, a ja Chrystusa” (1 Kor 1,23), zostało stanowczo napiętnowane już u zarania chrześcijaństwa przez św. Pawła Apostoła. Każdy katolicki biskup, każdy prezbiter i każdy laik także jest, a w każdym razie winien być, ex definitione tradycjonalistą, czyli wiernym co do joty Świętej Tradycji.

Z drugiej strony, jeśli na tak ważne wydarzenie w życiu Kościoła, jak każdy sobór ekumeniczny spojrzymy z perspektywy nie tylko duchowej i transcendentalnej, która na pierwszym miejscu każe brać pod uwagę asystencję Ducha Świętego, której to asystencji wykładnikiem jest prastara formuła sankcjonująca każde dogmatycznie nieomylne rozstrzygnięcie jakiejś dyskutowanej kwestii: Postanowiliśmy albowiem Duch Święty i my, lecz również z perspektywy instytucjonalno-historycznej oraz biorąc pod uwagę procedowanie w drodze do tego rozstrzygnięcia przez ludzi będących jedynie narzędziami Ducha, to bez wątpienia skonstatować musimy istnienie jakichś „stronnictw” na każdym właściwie soborze. Jedyna, acz istotna, różnica pomiędzy wszystkimi dwudziestoma soborami ekumenicznymi od nicejskiego I do watykańskiego I a watykańskim II polega na tym, że o ile na pierwszych zapadały zawsze doktrynalnie nieomylne rozstrzygnięcia spornej kwestii, tym samym zaś następowała anatemizacja i wykluczenie „stronnictwa” heterodoksyjnego (arian, monofizytów, monoteletystów, koncyliarystów etc.), o tyle Sobór Watykański II, określając się (zgodnie z życzeniem papieża Jana XXIII) jako pastoralny (duszpasterski), a nie dogmatyczny, sam pozbawił się narzędzia do dokonania takiego rozstrzygnięcia. W tej sytuacji określenia występujących na nim „stronnictw” jako progresistów czy tradycjonalistów itp. mają sens jedynie deskryptywny, „techniczny” i „niezobowiązujący”, bo żaden autorytet nie rozstrzygnął w sposób definitywny, które stanowisko jest ortodoksją, a które heterodoksją. Możemy zatem jedynie warunkowo posługiwać się nimi jako wskazówką dla zorientowania się, którzy ojcowie soborowi bronili owego integralnego depositum fidei, którzy zaś pragnęli dokonać co najmniej jego reinterpretacji.

 

17034_10

 

Trzeba też nadmienić, że stosowanie owych „politycznych” pojęć nie było podczas soboru bynajmniej – jak to się niekiedy twierdzi – bezzasadnym etykietowaniem dostrzegalnych podziałów przez czynniki świeckie i zewnętrzne, jak zwłaszcza laickie massmedia, ale przyjmowali je również i akceptowali sami duchowni uczestniczący w sporze. I tak na przykład peritus teologiczny kardynała Suenensa, profesor teologii dogmatycznej w Lowanium, ks. Gérard Philips w prowadzonych przez siebie „zeszytach” (carnets) używał systematycznie pojęć prawica i lewica dla określenia ścierających się w auli soborowej stanowisk: tradycyjnego i progresywnego (sam zresztą podając się za człowieka centrum). Po drugiej stronie zaś kard. Ottaviani, udzielając 16 grudnia 1962 roku wywiadu dla radia bawarskiego, nie zaprzeczył, że jest przedstawicielem „zdeklarowanej konserwatywnej grupy ojców soborowych”2.

Usprawiedliwienia wymaga także wprowadzona tu przez nas dystynkcja pomiędzy konserwatystami a tradycjonalistami. Spieszymy przeto zaznaczyć, że nie denotuje ona żadnych różnic doktrynalnych, a jedynie różnicę sytuacyjną i wynikające stąd odmienności w taktyce, mające wszelako dość poważne konsekwencje dla koordynacji działań – a raczej często jej braku – ogółu obrońców Tradycji na soborze. Przez konserwatystów będziemy tu zatem rozumieli zachowawczo nastawionych dostojników Kurii Rzymskiej oraz biskupów z nimi współpracujących, którzy z racji reprezentowania decyzyjno-doktrynalnego „centrum” Kościoła Powszechnego uważali, że nie uchodzi im formować na soborze jakiejś odrębnej grupy ojców, toteż zachowywali pewną powściągliwość nawet w kontaktach z grupą tradycjonalistyczną, kiedy już ta się uformowała. Tradycjonalistami będziemy natomiast nazywać tych ojców soborowych, którzy pochodząc z różnych stron świata i reprezentując kościoły partykularne, nie byli skrępowani takim usytuowaniem, mogli przeto występować albo jako takie właśnie zrzeszenie ojców, albo jako episkopat lokalny. Czołowymi i najbardziej aktywnymi konserwatystami byli przeto kurialiści: sekretarz Najwyższej Świętej Kongregacji Świętego Oficjum, abp Alfredo kard. Ottaviani (1890-1979) i prefekt Kongregacji ds. Obrzędów, abp Arcadio María kard. Larraona Salaregui CMF (1887-1973) oraz dwaj purpuraci włoscy: abp Palermo, Ernesto kard. Ruffini (1888-1967) i abp Genui, Giuseppe kard. Siri (1906-1989). Analogicznie, najbardziej aktywnymi tradycjonalistami byli współtwórcy i przywódcy Międzynarodowej Grupy Ojców (Coetus Internationalis Patrum): dwaj prałaci brazylijscy – abp Diamantyny w stanie Minais Gerais, Dom Geraldo de Proença Sigaud SVD (1909-1999) i bp Campos w stanie Rio de Janeiro, Antônio de Castro Mayer (1904-1991); były abp Dakaru, Marcel Lefebvre (1905-1991), irlandzki dominikanin, abp Michael kard. Browne OP (1887-1971) oraz ówczesny3 bp Segni, Luigi Maria Carli (1914-1986). Dodać tu należy jeszcze dwie występujące solidarnie grupy „narodowe” – biskupów z frankistowskiej Hiszpanii oraz biskupów „dalmackich” (z Chorwacji i Słowenii, wchodzących naówczas w skład Jugosławii), którymi sprawnie kierował abp Splitu, Frane Franić (1912-2007). Oczywiście w rozsądnych proporcjach będziemy odnotowywać tu także aktywność innych ojców, przyjmując jednocześnie chronologiczny tok wywodu podług kolejnych soborowych sesji plenarnych.

 

(…)

 

Uwagi końcowe

 

Śledząc historię Soboru Watykańskiego II, trudno nie zadawać sobie pytania, dlaczego Ojcowie konserwatywni i tradycjonalistyczni ponieśli ostatecznie klęskę, pomimo znacznej aktywności, i doprowadzili jedynie do minimalizacji jej rozmiarów przez poprawki lub uściślenia w niektórych partiach dokumentów soborowych? Można się chyba zgodzić z tezą Roberta de Mattei, że powody tej klęski są psychologiczne, a nie doktrynalne, bo przecież Ojcowie ci bronili czystej i nieskażonej doktryny katolickiej, autoryzowanej nauczaniem wszystkich dotychczasowych papieży i dotychczasowych soborów.

Powód najważniejszy, przesądzający właściwie o wszystkim, jest wręcz przeraźliwie prosty: nie można „wygrać soboru” przeciwko papieżowi – zwłaszcza po Soborze Watykańskim I, który prymat papieski umocował tak, jak nigdy dotąd jeszcze, zwłaszcza dogmatem o nieomylności papieża w sprawach wiary i moralności (z której, notabene, papieże „soborowi” nigdy nie skorzystali). Jeżeli zatem jeden papież (Jan XXIII) pozwolił nowatorom obalić już na samym początku soboru schematy przygotowane przez jego Kurię, drugi zaś (Paweł VI) otwarcie sprzyjał zmianom, starając się jedynie o to, by nie były one narzucone prostą siłą liczbową, lecz aby stanowisko frakcji, którą popierał, zyskało, za cenę drugorzędnych ustępstw, akceptację opozycji i stało się consensus unanimis, to tradycjonaliści, a zwłaszcza „urzędnicy papieża” – kurialni konserwatyści, byli wobec tego bezradni. Sytuacja ta nadawała ich stanowisku nawet znamiona paradoksu, szczególnie jaskrawego w kwestii tzw. kolegialności, kiedy musieli bronić zasady indywidualnego zarządzania Kościołem Powszechnym przez Najwyższego Pasterza przed nim samym, skłonnym do podzielenia się tym zarządem z biskupim kolegium. Ojcowie ci wiedzieli wprawdzie, że sobór „pastoralny” nie ma zagwarantowanej nieomylności, a papieże mu przewodzący także nie chcą się do niej odwoływać, ale stawienie oporu temu, co oni akceptują i promulgują, nawet jeśli jest tylko magisterium zwyczajnym, nie mieściło się w ogóle w ich świadomości, ponieważ byli formowani w duchu nieograniczonego posłuszeństwa Ojcu Świętemu, nawet nie zastanawiając się nad problemem granic tego podporządkowania. Dlatego zatem psychologicznie było dla nich nie do przyjęcia rozwiązanie, które jeszcze w trakcie soboru proponował suspendowany „niepokorny tradycjonalista”, ks. Georges de Nantes (1924-2012), piszący, iż dla zablokowania „wywrotowego mechanizmu” „wystarczyłoby, żeby tylko jeden z ojców soborowych (…) powstał i zaprotestował wobec wszystkich, że im Wiara zabrania bronienia takich poglądów. Wystarczyłoby, aby zmierzył się z ich zdziwieniem i zagroził, że opuści sobór”4. Dlatego także wszyscy oponenci soborowych dokumentów ostatecznie je podpisali.

Wszystkie pozostałe przyczyny były drugorzędne i wtórne. Możemy, a nawet powinniśmy, wskazać je dla zapamiętania: „demokratyczna” dynamika soboru, funkcjonującego jak parlament, gdzie większościowa suma woli indywidualnych przemienia się w „wolę powszechną”, na domiar zyskującą wartość transcendentalną ze względu na eklezjalny, a nie polityczny, charakter zgromadzenia soborowego5; „falstart” organizacyjny tradycjonalistów w stosunku do „przymierza europejskiego”; wreszcie nacisk zewnętrzny tzw. opinii publicznej, czyli przede wszystkim wpływowych massmediów, wziętych „autorytetów intelektualnych” i nieco bardziej dyskretnie niektórych rządów oraz sił politycznych. Wszystko to mnożyło jedynie przeszkody obrońcom Tradycji i czyniło ich klęskę bardziej spektakularną, zwycięstwu zaś reformatorów dawało cały splendor aplauzu, jaki potrafi wykrzesać z siebie świat, zachwycony kolejną rewolucją i to w samym sercu tego, co dotąd uchodziło za niewzruszoną ostoję „wstecznictwa”.

 

 

Profesor Jacek Bartyzel

 

za: legitymizm.org

 

Całość w: Studia soborowe, t. II, część druga, pod red. Michała Białkowskiego, Toruń 2015, ss. 37-91.

 

1 Nie dotyczy to tylko określenia moderniści, które ma solidne umocowanie w nauczaniu magisterialnym z powodu potępienia „zasad modernistów” w encyklice papieża św. Piusa X z 8 września 1907 roku Pascendi Dominici gregis, czego konsekwencją było także nałożenie na wszystkich kapłanów katolickich obowiązku złożenia – przed przyjęciem święceń – przysięgi antymodernistycznej (zniesionego przez Pawła VI w 1967 roku). Problem z jego stosowalnością jest jedynie ten, że nikt – przynajmniej od czasu potępienia – nie chciał się samookreślać jako modernista.

2 Cyt. za: R. de Mattei, Sobór Watykański II. Historia dotąd nieopowiedziana, przeł. S. Orzeszko IBP, Centrum Kultury i Tradycji Wiedeń 1863, Ząbki 2012, s. 249 [Wszystkie cytaty podawane za tym dziełem koryguję pod względem pisowni i interpunkcji].

3 W 1973 roku mianowany abpem Gaety.

4 Ibidem, s. 387.

5 Zob. ibidem, s. 385

Kategoria: Jacek Bartyzel, Publicystyka, Religia, Wiara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *