Prof. Bartyzel: Gustave Thibon – filozof ziemi, mistyk Nieba (w rocznicę śmierci)

| 19 stycznia 2016 | 1 Komentarz

220px-Photo_ThibonOd redakcji: Prezentujemy Państwu tekst profesora Jacka Bartyzela skreślony pięć lat temu w dziesiatą rocznicę śmierci Gustave’a Thibona.

 

19 stycznia 2011 roku mija dziesiąta rocznica śmierci Gustave’a Thibona – jednej z największych i najpiękniejszych, a zarazem niezwykłych, postaci katolicyzmu francuskiego w XX wieku. W języku polskim jest takie powiedzenie, które nie brzmi zbyt pochlebnie, a mianowicie: „chłopski filozof”. Jeżeli jednak potraktować je dosłownie, a zarazem odjąć mu wydźwięk lekceważąco – pejoratywny, to pasuje ono jak ulał do tej postaci. Urodzony w 1903 roku, żyjący zatem nieomal stulecie, Thibon był bowiem nie tylko wieśniakiem z urodzenia, ale i żyjącym na „gospodarce” w swojej wiosce Ardèche w Owernii – czyli w tym regionie Francji, o którym jeszcze w zepsutym XVIII wieku Montlosier pisał, iż obyczaje były tam tak czyste, że przez pięćdziesiąt lat puściły się tam tylko dwie dziewczyny, i ile było o tym gadania!

Nie wiem, jakie obyczaje panowały w Owernii za życia Thibona, jest wszakże faktem, że on sam całe życie uprawiał ziemię i wyrabiał wino – o smaku, jak wyraził się jeden z jego gości, „sprzed grzechu pierworodnego”. Ukończył tylko kilka klas szkoły podstawowej, ale bezustannie czytał (w siedmiu językach, w tym dwu klasycznych) i pisał… i jeździł z wykładami na najbardziej renomowane uczelnie świata. Przyjmowali go papieże i kardynałowie, królowie i arystokraci, cała elita intelektualna świata.

Gabriel Marcel nazwał go „Pascalem XX wieku”. Maritain uważał, że nie było bardziej oryginalnego od Thibona filozofa katolickiego w tym stuleciu. Największymi przewodnikami byli mu (prócz Biblii, rzecz jasna) św. Tomasz z Akwinu w teologii i filozofii, a św. Jan od Krzyża w mistyce. Sam najbardziej przejmujące karty poświęcił często autorom stojącym albo w progu (jak Maurras czy Simone Weil) Kościoła, albo zupełnie z dala od niego, lecz w specyficzny sposób – jak Nietzsche, którego postrzegał (Nietzsche, ou le déclin de l’esprit, 1948) podobnie do Gómeza Dávili, czyli jako Szawła, który doznał obłędu na drodze do Damaszku. Do końca pozostał wierny starej Mszy i tradycyjnemu katechizmowi.

Debiutował po I wojnie światowej w „La Revue universelle”, założonej przez Jacquesa Bainville’a, a redagowanej przez Henri’ego Massisa, a zatem intelektualistów należących do czołówki monarchistyczno-narodowej Action Française. W epoce Vichy działał w ruchu korporacyjnym i wraz z Louisem Salleronem redagował „Idées. Revue de la Révolution nationale”. Właśnie ta działalność, jak również książki opublikowane podczas wojny: Diagnozy (Diagnostics, 1940), Drabina Jakubowa (L’echelle de Jacob, 1942), Powrót do rzeczywistości (Le retour au réel, 1943) i Chleb każdego dnia (Le pain chaque jour, 1944), sprawiły, iż uważa się go za głównego teoretyka pétainowskiej Révolution nationale, w tym zaś za autora dewizy Państwa Francuskiego: Praca – Rodzina – Ojczyzna (Travail – Famille – Patrie), która zastąpiła (na krótko…) rewolucyjną-masońską triadę: Wolność – Równość – Braterstwo. W ujęciu Thibona tradycjonalistyczna odnowa życia narodowego nie sprowadzała się jednak do działań politycznych, lecz powinna mieć mocną, metafizyczną podbudowę w realizmie ontologicznym. Odtrutką na antymetafizyczny nominalizm (który zatruwał świadomość europejską od schyłku średniowiecza) i na demoliberalne „rządy słów” może być tylko „powrót do rzeczywistości” (retour au réel). W wymiarze materialno-społecznym powrót ów jest tożsamy z „powrotem do ziemi”, zetknięcie z którą przywraca okaleczonej przez technikę i technokratyzm osobowości jej twardy, mocny fundament – jak mitologicznemu Anteuszowi.

Koncepcję tradycjonalistycznego realizmu rozwijał Thibon po wojnie m.in. w książkach Ofiara wieczorna (Offrandre du soir, 1946), Będziecie jako bogowie (Vous serez comme des dieux, 1955), Równowaga i harmonia (L’équilibre et l’harmonie, 1976) czy Płodna iluzja (L’illusion féconde, 1995). Przenicowywał w nich również demokratyczny mit „suwerenności ludu”. Demokracja – powtarzał znający naprawdę „prostych ludzi”, bo wyrosły wśród nich i będący psychicznie jednym z nich, Thibon – to nic innego, jak „sztuka przeszkadzania zwykłym ludziom w zajmowaniu się tym, co ich rzeczywiście dotyczy, a jednocześnie zmuszania ich do decydowania o tym, o czym nie chcą w ogóle słyszeć” (Entretien avec Gustave Thibon, „Réaction” 1991, nr 2, s. 53). Skutek tej perwersji jest taki, że „prawa” ludu są fikcyjne, za to jego alienacja rzeczywista (droits fictifs et aliénation réelle). Inne następstwo demokratycznej iluzji to desakralizacja i zniszczenie wszystkich tabu, czyli tego, co normalnemu człowiekowi potrzebne jest najbardziej. W miejsce prawdziwej (objawionej) religii wprowadza się bałwochwalczy kult człowieka, a język – najważniejszy środek komunikacji – zostaje znieprawiony; nie świadczy on już o rzeczywistości, lecz staje się jej substytutem. Stąd nieuchronność totalitaryzmu w reżimie demokratycznym, i wcale nie wymaga on stosowania terroru fizycznego: wystarczy „umasowić” społeczeństwo i przeobrazić je w izolowany tłum konsumentów.

Im bardziej rozległe i widoczne były postępy społeczeństwa konsumpcyjnego, tym bardziej narastał też pesymizm starego mędrca – co różniło go od „restauracyjnego” optymizmu Maurrasa. Thibon twierdził, że totalność aktualnego triumfu techniki i technokratyzmu nad osobą ludzką nie ma analogii w żadnym doświadczeniu historycznym, nie liczył więc – jak Maurras – na rychłą zmianę tego stanu rzeczy i na powrót tradycyjnych wartości. Atoli skala dekadencji nie usprawiedliwia braku reakcji (wszakże, jak mawiał Maurras, vivre c`est réagir); trzeba więc uparcie tworzyć, wbrew wszystkim przeciwnościom, małe duchowe wspólnoty, odbudowywać tradycyjne rodziny, wspólnoty sąsiedzkie i lokalne, umacniać i oczyszczać z modernistycznego nalotu wiarę katolicką, a przede wszystkim emanować wszędzie chrześcijańską miłością bliźniego. To jedyna droga – i warunek – restauracji społeczeństwa organicznego (société organique), a także tego, co może przyjść dopiero na samym końcu procesu wydobywania się z „mroków nowoczesności”: powrotu króla – zwornika takiego społeczeństwa.

Pisał Hölderlin: „z nadmiaru ziemi rodzi się poeta”. Nie z nadmiaru, lecz z żyznej i właściwie kultywowanej ziemi, ze wzrokiem utkwionym w Niebie, w wypatrywaniu znaków transcendencji, rodzi się filozof. I do niej, jak Thibon, powraca.

 

 

Profesor Jacek Bartyzel

 

za: http://www.teologiapolityczna.pl/gustave-thibon-filozof-ziemi-mistyk-nieba

Kategoria: Jacek Bartyzel, Myśl, Prawa strona świata, Publicystyka

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. tttt pisze:

    Ach ileż książek nalezałoby przetłumaczyć na j. polski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *