Powiernictwo Kresowe – i nie tylko: z Konradem Rękasem rozmawia Mariusz Matuszewski

| 9 listopada 2015 | 0 Komentarzy

powiernictwo kresoweProszę o kilka słów nt. powstania Powiernictwa. Kto był jego inicjatorem?

Inicjatywa powołania Powiernictwa Kresowego ma kilka źródeł. Przede wszystkim od kilku już obserwujemy wzmożoną aktywność Kresowian i ich potomków, którzy szukają nowych form działalności, w tym realizacji konkretnych celów mogących wzmocnić tak tradycje kresowe, jak i więzi łączące współczesną Polskę i Polaków z dawnymi ziemiami wschodnimi. Jest to zresztą naturalna ewolucja. Jeszcze przed 1989 r., w związku ze znacznym poluzowaniem komunistycznej cenzury dał się zauważyć renesans zainteresowania Kresami. Opublikowano wtedy szereg wydawnictw o charakterze głównie sentymentalno-pamiętnikarskim: albumów, map, herbarzy, zaczęło się szukanie korzeni, przywracanie pamięci o takich elementach dziedzictwa polskiego jak szlachta zagrodowa, momentach historycznych jak obrona Lwowa przed Ukraińcami w 1918 r.. Reaktywowano bądź zakładano od postaw towarzystwa przyjaciół poszczególnych ziem wschodnich i zaczęto ruszać na Kresy szukać śladów najpierw polskości jako takiej, a potem i własnych korzeni wielu rodzin. Był to okres w jakiejś mierze romantyczny, nastawiony raczej refleksyjnie do problemów historycznych, niechętny kwestiom noszącym znamiona „rozdrapywania ran” i zdecydowanie życzliwy aspiracjom niepodległościowym narodów zamieszkujących obecnie dawne polskie Kresy.

Warto zauważyć, że na tym etapie, praktycznie przez półtorej dekady ze strony kolejnych władz państwowych nie odnoszono się inaczej niż niechętnie do wszystkich głosów wskazujących, że sprawa kresowa to nie tylko resentymenty, ale cały bagaż nierozwiązanych i niezałatwionych kwestii prawnych, pozostałych po komunistyczno-sowieckim bałaganie. Czyniono tak z wielu względów, w imię fałszywie rozumianego „strategicznego partnerstwa” zwłaszcza z Litwą i Ukrainą, z niechęci do przyznania, że istnieje także racja narodowa, w polskim przypadku bynajmniej nie tożsama z obywatelstwem, acz ważna dla ochrony polskiej racji stanu. Wreszcie z typowej dla całej III RP niechęci do organizowania się obywateli w obronie ich praw przyrodzonych. Wszystko to powodowało, że tak jak w samej III RP bardzo wybiórczo i nierównoprawnie traktowano kwestie reprywatyzacyjne – tak, by procesu tego ostatecznie nie zrealizować i uczynić niemal niewykonalnym, tak nie zezwalano na podnoszenia sprawy polskiej własności pozostawionej na Kresach.

Ponieważ w zadowalający i uczciwy sposób problemu tego nie załatwiły także oba nieudane podejścia z 2003 i 2005 r. do ustawy o realizacji prawa do rekompensaty z tytułu pozostawienia nieruchomości poza obecnymi granicami Rzeczypospolitej Polskiej – Kresowianie zaczęli coraz poważniej myśleć o wzięciu spraw w swoje ręce i skierowaniu ich na ścieżkę prawną. Tym bardziej, że spora część Kresowian (w tym np. rodzina mojej żony, pochodząca z Włodzimierza Wołyńskiego) kierowała się duchem iście przedwojennego patriotyzmu zaznaczając, że nigdy nie było u nas zwyczaju pozywania własnego państwa, czy proszenia go o coś, skoro to nie to państwo odebrało własność i wyrządziło krzywdę swemu obywatelowi.

Nie mniej ważne było jednak odrodzenie drugiego nurtu myśli kresowej, niegdyś osłabionego po śmierci śp. prof. Edwarda Prusa, a mianowicie wątku pamięci o zbrodniach dokonanych na Polakach na Kresach, oczywiście przede wszystkim przez banderowców i UPA, ale przecież także przez litewskich szaulisów. Ta pamięć była długo w III RP nie tylko ignorowana, ale wręcz potępiana przez miarodajne czynniki władzy i propagandy. Z kolei sami Kresowianie, często cudem ocaleli z Rzezi Wołyńskiej i innych masowych, ludobójczych zbrodni na Polakach zamykali się w sobie, wietrząc wokół (często słusznie) neo-banderowską prowokację i infiltrację. Przełomem był rok 2009 i jawne wystąpienie kresowiaków na czele z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim pod KUL-em w Lublinie z protestem przeciw nadaniu doktoratu honoris causa tej uczelni m.in. Wiktorowi Juszczence, prezydentowi Ukrainy świeżo po zakwalifikowaniu przez niego w poczet ukraińskich bohaterów narodowych Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, czyli twórcy zbrodniczej ideologii i wykonawcy jej ludobójczych założeń na Polakach.

Kresowianie przebudzili się i można stwierdzić, że było to obudzenie z koszmarnego snu, o dzieciach nabijanych na płoty, ciężarnych rozpruwanych kosami i starcach o głowach rozwalonych obuchem siekiery. Niestety, jawa okazała się jeszcze gorsza – bo banderyzm bynajmniej nie zdechł, tylko – jak się okazało – bardzo szybko został przez czynniki zewnętrzne uznany za „wartościową nacjonalistyczną drogę” dla nowej Ukrainy (jak pisała Ann Applebaum) i stał się elementem tak praktyki, jak i propagandy obecnych władz w Kijowie.

Co ważne jednak – te same władze same zapaliły Kresowianom lampkę w oknie (choć pewnie zwyczajem przodków wolałyby Polaków spalić w jakimś kościele…). Otóż deklarując, a następnie realizując wolę związania Ukrainy ze Wspólnotami Europejskimi, ekipa prezydenta Petra Poroszenki i premiera Arsenija Jaceniuka zgodziła się na dostosowania prawa państwowego do standardów europejskich – w tym także do uznania podstawowych praw i wartości, do których należy też święte prawo własności. Ponadto zaś Ukraina znalazła się w jurysdykcji prawa europejskiego, a zatem przed właścicielami majątków pozostawionych na Kresach i ich spadkobiercami – otworzyła się możliwość wejścia na drogę prawną bez oglądania się na bierne i przeszkadzające władze w Warszawie. I tak powstało Powiernictwo Kresowe.

Nazwa, pewnie słusznie, kojarzy się z "powiernictwem" niemieckim. Czy spotykają się Państwo z zarzutami o równie agresywne intencje, jakie mają Niemcy względem naszych ziem zachodnich i północnych?

Powiernictwo – to termin ściśle prawny i wg językowej wykładni Słownika PWN oznacza m.in. „powierzenie majątku lub prowadzenia spraw jakiejś osobie lub instytucji”. Gdybyśmy więc byli nowoorleańskim jazzbandem zapewne wybraliśmy sobie inną nazwę, ponieważ jednak zajmujemy się prowadzeniem spraw powierzanych nam przez właścicieli majątków pozostawionych na Kresach Wschodnich i ich spadkobierców – jesteśmy Powiernictwem Kresowym. Skądinąd zresztą, ponieważ termin ten obcy jest wschodniej kulturze prawnej oficjalnie wobec naszych ukraińskich, czy białoruskich partnerów posługujemy się bardziej zrozumiałą dla nich nazwą – Restytucja Kresów.

Niejednokrotnie kwestia własności polskiej bywa mylona z przebiegiem granic międzypaństwowych. Tymczasem są to dwa zupełnie różne porządki prawne, publiczny i prywatny. Warto pamiętać, że państwa polskiego od ponad 100 lat już nie było – a polska własność sięgała po Dyneburg na północnym-wschodnie, daleko za Mińsk na wschodzie i dużo dalej na wschód niż do Kijowa, gdzie przecież polska władza państwowa skończyła się trzy wieki wcześniej. To jest zresztą także odpowiedzieć na drugą, ważną wątpliwość – dlaczego w stosunku do Ukrainy, która zawarła układ stowarzyszeniowy z Unią Europejską, roszczenia polskie nie zamykają się w przedwojennych granicach II Rzeczypospolitej?

Otóż dlatego, że z UE nie stowarzyszyła się tylko „zachodnia Ukraina”, ale całe obecne państwo ukraińskie. A zatem obowiązek przestrzegania europejskich norm prawnych sięga nie tylko do Zbrucza, ale rozkłada się na całe terytorium Ukrainy. Tym samym prawo do odzyskania własności lub uzyskania za nią godziwego odszkodowania ma nie tylko aptekarz ze Lwowa, repatriowany do Polski w 1945 r., ale także rolnik uciekający z 1943 r. z Wołynia, szewc z Dołbysza wywieziony w 1935 r. w ramach likwidacji Marchlewszczyzny, czy pani hrabina, która po 1918 r. utraciła kamienicę w Kijowie.

Politykę niemiecką, czy w jakimś stopniu żydowską – Polacy zaś powinni sobie brać za wzór, jak umiejętnie łączyć interesy narodowe z celami państwowymi. Oczywiście nie ma ani bezpośredniego związku, ani analogii między roszczeniami niemieckimi czy żydowskimi wobec Polski i Polaków, a polską kwestią kresową. Przesunięcie granic między odrodzoną Rzecząpospolitą a Niemcami było jałtańsko-poczdamską decyzją mocarstw, ucieczka Niemców z tych terenów była w swej głównej masie zadekretowana przez ówczesne władze niemieckie. To one też działały na szkodę obywateli polskich narodowości żydowskiej, tak przez swą ludobójczą politykę, jak i wyzuwanie z własności, one też więc powinny być stroną ewentualnych wzajemnych rozliczeń. Karygodnym błędem władz polskich, tak w okresie PRL, jak i III RP było natomiast zaniedbanie usankcjonowania faktycznego stanu posiadania Polaków zasiedlających Ziemie Odzyskane. Jest to zresztą okoliczność ważna też w kontekście działań Kresowian. Kłamstwem jest bowiem, jakoby uzyskali oni ekwiwalentną, czy nawet większą wartość własności na Ziemiach Zachodnich jako rekompensatę za mienie pozostawione na Kresach. Repatriacja i przesiedlenia były bowiem decyzjami politycznymi, a osadzenie na własności nie było prawnie powiązane z wyrzeczeniem się praw do kresowej ojcowizny.

Jakie cele stawia sobie Powiernictwo i jak zamierzacie je realizować?

Cel jest przede wszystkim prawny. Chcemy pomóc obywatelom polskim i wszystkim Polakom będącym właścicielami majątków na Kresach, bądź dziedziczącym prawo własności do takowych. Pierwszym etapem jest budowanie bazy danych polskiej własności, a jest to zadanie ogromne w sytuacji, gdy bezpośrednie korzenie kresowe wg różnych obliczeń ma nawet 7 mln Polaków, a wartość pozostawionych nieruchomości, wg szacunków sporządzanych na potrzeby postępowań prowadzonych w ramach ustaw zabużańskich to ok. 5 miliardów dolarów. Kolejny, a właściwie równoległy krok – to przekazanie spraw najbardziej kompletnych (jeśli chodzi o zebraną dokumentację i inne dowody potwierdzające własność) – do ukraińskich sądów, za pośrednictwem współpracujących z nami polskich i ukraińskich kancelarii świadczących pomoc prawną – dla Kresowian nieodpłatną. Chciałbym to jeszcze raz podkreślić – nikt z Powiernictwa Kresowego nie zażądał ani nie zażąda ani złotówki od występujących z roszczeniami. Nasza działalność jest prowadzona całkowicie pro bono.

Planujemy, że do końca roku uruchomiona zostanie pełna platforma informatyczna pozwalająca na logowanie się, przesył danych i następnie śledzenie już trwających spraw przez Kresowian zdeterminowanych by odzyskać swoje dziedzictwo. Na razie zbieramy informacje w formie ankiet dostępnych na stronie www.powiernictwokresowe.pl oraz w ogłoszeniach prasowych. Zgłoszenie w ten sposób zainteresowania wystąpieniem z roszczeniem pozwala nam na nawiązanie kontaktu, weryfikację materiałów i pośrednictwo w kontakcie z prawnikami.

Często bywam pytany jakie dokumenty mogą stanowić podstawę ubiegania się o restytucję mienia bądź odszkodowanie. Z pewnością optymalne, jeśli komuś udało się wprost zachować akt własności (nadania, kupna), względnie wypis z księgi wieczystej. Liczą się jednak także dowody pośrednie – poświadczenia opłaty podatków, prowadzenia na tym terenie działalności, ikonografia, zeznania świadków, księgi parafialne. Część Kresowian zgromadziła te zarazem cenne pamiątki właśnie przy okazji ubiegania się o rekompensaty za mienie zabużańskie. Teraz jednak chodzi także o własność położoną na Wschód od Zbrucza (nieobjętą tamtymi przepisami), a ponadto apelujemy – nie lekceważcie Państwo nawet pozornie nieważnych, niezwiązanych z własnością dokumentów. Każdy z nich może stanowić brakujące ogniwo procesu restytucyjnego. Zwłaszcza, że pozostałe postarają się uzupełnić nasi prawnicy i archiwiści pracujący w zasobach pozostałych jeszcze na Litwie, Łotwie, w Mołdawii czy na Ukrainie. I to pomimo faktu, że zwłaszcza po stronie ukraińskiej daje się zauważyć pewną nerwowość, objawiającą się nagłym „zabezpieczaniem” akt nowych, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii własnościowych na Kresach.

Czy Polacy mają świadomość dziedzictwa, jakie utracono na Wschodzie po roku 1945? Z jakim odzewem się spotykacie?

Świadomość dziedzictwa kresowego jest wśród Polaków dużo silniejsza, niż zdają się sądzić sfery rządzące w naszym kraju. Te 1,2 mln repatriantów nie rozpłynęło się przecież bez śladu i nawet zachowując w dobie PRL i III RP ostrożność w swych wspomnieniach – ci ludzie wiele przekazali potomkom. Świadczą zresztą o tym także spontaniczne często akcje ratowania polskich zabytków czy odtwarzania polskich cmentarzy na Wschodzie, będących widomym znakiem od ilu pokoleń polskość istniała na tych ziemiach. Dochodzi do tego także solidarność z Polakami żyjącymi obecnie na Kresach, poddanymi politycznym represjom na Litwie, czy zagrożonym wojną domową i rosnącym szowinizmem na Ukrainie. Powiernictwo Kresowe to po prostu jedna z prowadzonych równoległe, a jednocześnie ukierunkowana na bardzo konkretny cel forma aktywności tego środowiska i jego sympatyków. Restytucja polskości Kresów to zadanie z jednej strony wielkie, narodowe – z drugiej zaś możliwe do osiągnięcia, a więc realne, nie mityczne. Gdybyśmy nie wykorzystali obecnego momentu historycznego i nie weszli na nagle otworzone ścieżki prawne – bylibyśmy winni grzechu ogromnego, dziejowego zaniedbania. Takie, które dopiero podważałoby sens ofiary Kresowian, sugerując, że była ona daremną.

Oczywiście jednak słyszymy też inne „głosy”. Paweł Kowal nazwał Powiernictwo Kresowe „antypolskim”, co było bodaj jednym przypadkiem, kiedy polityk ten zainteresował się w ogóle czymś taki jak interes Polski, poza tym skupia się wszak wyłącznie na specyficznie rozumianym interesie Ukrainy… Z kolei generał Dariusz Łuczak, szef ABW, zamiast zajmować się zagrożeniem terrorystycznym oraz banderowcami, których zbrojne ośrodki są już ledwie parę kilometrów od polskich granic – prowadzi publiczne rozważania jak to na wieść o powstaniu Powiernictwa „Moskwa zaciera ręce”. Panu generałowi wypada życzyć, by przez jego zaniedbania żaden Polak nie stracił życia, natomiast jeśli Polacy sprawiedliwie odzyskają to, co im się prawnie należy – to zacierać sobie każdy może co zechce. Bo cudzego nam nie trzeba – ale co nasze, to nasze!

Co to właściwie są Kresy? Lub inaczej: czym były w obrębie tego wielokulturowego i zagmatwanego politycznie organizmu, jakim była dawna Polska? Dla środowisk narodowych to niemal raj utracony…

Mógłbym odpowiedzieć Wyspiańskim… Proszę przyłożyć rękę do piersi i poczuć – to są Kresy właśnie, rozumiane często w Polsce jako mit polityczny, przez pryzmat li tylko Sienkiewicza, Mickiewicza, Rzewuskiego itd. Poniekąd takie typowe Polakom myślenie literacko-romantyczne ułatwia odłożenie problemu kresowego na półkę z napisem „mrzonki”. Dla Powiernictwa jednak Kresy to konkret – akty własności, kubki drewna z drzew ścinanych w polskich lasach, metry zboża wożone z polskich pól do polskich młynów, polska kolej łącząca polskie (no, i żydowskie w dużej mierze…) miasteczka i miasta, od Bukowiny po Inflanty Polskie i od Wołynia po Charków, polskie kamienice we Lwowie, Łucku, Żytomierzu, Kijowie – takie same jak te w Wilnie, Kownie, czy Dyneburgu. To są kolumny cyfr i paragrafów. Żaden mit – zimny konkret prawa własności i finansowych roszczeń.

Czy możliwe jest odzyskanie jakichkolwiek dóbr na dawnych Kresach przez państwo polskie lub osoby prywatne? Czy istnieją po temu jakiekolwiek uwarunkowania prawne?

Sytuacja najprostsza jest obecnie na Ukrainie, która z jednej strony jest prawnym dziedzicem Ukrainy Sowieckiej, będącej uznanym podmiotem prawa międzynarodowego, a więc to Kijów (a nie Moskwa) jest adresatem roszczeń związanych z bezprawnymi działaniami i pewnym stanem faktycznym zaistniałym na Ukrainie Sowieckiej (faktycznie już od czasów rewolucji październikowej). Nie może być tak, że obecna Ukraina chce mieć dziwnym trafem to samo terytorium, które aktami woli Lenina, Stalina i Chruszczowa zostało przyznane Ukrainie Sowieckiej – a równocześnie Kijów miałby się nie poczuwać do odpowiedzialności prawno-materialnej za dokonywaną wtedy grabież mienia.

Z drugiej zaś strony nie może mieć miejsca inna nierównorzędność – że Ukraina Poroszenki chce mieć europejskie prawa nie mając europejskich obowiązków. Czerpiąc garściami z pomocy udzielanej przez państwa na prowadzenie wojny domowej – Kijów może wygospodarować te 5 czy więcej miliardów dolarów na rozliczenie z poszkodowanymi właścicielami – albo oddać, co nie jego. Tego wymaga cywilizowany ład prawny, do którego Ukraina przecież głośno i oficjalnie aspiruje!

Czy Polska ma szansę na przedarcie się przez nacjonalizmy dopiero co utworzonych organizmów państwowych takich, jak Litwa lub Ukraina i promowanie swojego dziedzictwa na tamtych terenach?

Na razie nie są nawet podejmowane próby w tym kierunku. Przeciwnie, nacjonalizm (tak źle widziany m.in. w wydaniu polskim i oficjalnie potępiany na zachodzie Europy) – ma być wspieranym „najlepszym rozwiązaniem” dla mniejszych narodów wschodnich, co wydaje się mieć jasną motywację geopolityczną. Polska i Polacy w obecnej rzeczywistości międzynarodowej muszą zachowywać szczególną rozwagę, pilnując przede wszystkim własnych, narodowych interesów.

Zagadnienie polskiego dziedzictwa na Kresach obejmuje nie tylko obowiązek ochrony naszej kultury materialnej (niszczonej coraz brutalniej właśnie na Ukrainie i na Litwie) i wspierania (ekonomicznego, kulturalnego i politycznego) Polaków tam zamieszkujących, niezależnie od ich statusu państwowego. To także kwestia oddolnej ofensywy narodowej, wykorzystującej istniejące instrumenty prawne i tworzącej kolejne drogą nacisków i lobbingu tak, by zakres realnie istniejącej polskości na Kresach poszerzać, przy jednoczesnym kształtowaniu i wzmacnianiu świadomości dziedzictwa kresowego wśród mieszkających w obecnych granicach III RP. Polak – właściciel majątku kresowego, nieważne, folwarku, działki kolejowej czy morgowego pola – czy będzie bogatszy o odszkodowanie za jego utratę, czy zdecyduje się na wejście w pełni praw właścicielskich do konkretnego mienia – sam w sobie będzie stanowił element wzmożenia żywiołu polskiego i niezubażania dziedzictwa polskiego.

Jakie są plany Powiernictwa w dającej się przewidzieć przyszłości?

Ruszamy w Polskę z serią spotkań informacyjnych (za nami Przemyśl, przed nami Wrocław, wkrótce kolejne – w tym kilka spotkań-niespodzianek). Chociaż od sześciu miesięcy wlecze się sprawa naszej rejestracji sądowej – działamy i liczymy, że pierwsze sprawy restytucyjno-odszkodowawcze trafią przed ukraińskie sądy jeszcze w tym roku, a następne będą tam kierowane sukcesywnie, wraz z postępującą kwerendą i weryfikacją danych. W chwili obecnej procedurę wstępną, kwalifikującą do przekazania prawnikom przeszło już ok 600 zgłoszeń, kolejnych 1200 czeka na opracowanie, a wciąż spływają kolejne.

Oczywiście, niezależnie od wyniku (choć ponoć sądy na Ukrainie są niezawisłe?) zakładamy dalszą ścieżkę prawną, prowadzącą i przed Europejski Trybunał Sprawiedliwości i sądy krajowe. Nawiązaliśmy tez kontakty z organizacjami o podobnych celach powstającymi m.in. w Rumunii, na Węgrzech, czy na Słowacji i w Czechach. Wiemy też, że mając poparcie Kongresu USA coraz zdecydowaniej ze swoimi roszczeniami wobec Ukrainy występują środowiska żydowskie. Tym bardziej więc nie możemy być w tyle. Skoro tak zadecydowały władze w Kijowie i Brukseli – witamy Ukraińców w europejskiej rodzinie narodów. Razem z naszymi majątkami. Teraz już my się nimi zajmiemy.

 

Rozmawiał: Mariusz Matuszewski

 

Kategoria: Historia, Mariusz Matuszewski, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *