Pietrzak: fragment książki „Boża kompania” cz.2/2

| 22 grudnia 2015 | 0 Komentarzy

 

MATEUSZ BIELA

Taternik

 

Bóg objawia się w ciszy gór


 

Wszystko, co zrobiliście dla jednego

z tych najmniejszych moich braci,

zrobiliście dla Mnie”.

Mt 25, 40

 


 

boza kompania mateusz pietrzakMateusz Biela pierwsze góry i pagórki poznał dopiero w szóstej klasie szkoły podstawowej. Wcześniej nie było mu to dane. W Polsce jest dopiero od kilkunastu lat. Przedtem mieszkał w miejskiej dżungli – Nowym Jorku. Wiary Mateusz również nie poznał w Stanach Zjednoczonych. – Niestety, moi rodzice nie pomogli mi poznać miłości Pana Boga. Musiałem na nią jeszcze długo czekać. Moje serce z każdym rokiem stawało się coraz bardziej zatwardziałe – stwierdza.

Wszystko zmieniło się w 2001 roku, kiedy to – po zamachu na World Trade Center – mama z Mateuszem wrócili do Polski. Miał wtedy 9 lat. Ojciec Mateusza, ze względów finansowych, musiał zostać w Nowym Jorku. Z roku na rok kontakt z nim słabł, aż wreszcie zaniknął na trzy lata. Mateusz bardzo długo musiał czekać na pierwsze spotkanie po rozłące: ponad 10 lat. – Taty nie było nawet na moim ślubie, a mówił, że będzie – dodaje z goryczą. – Przez długi czas nie rozumiałem tego wszystkiego. Pewien kapłan doradził mi jednak, abym modlił się o łaskę przebaczenia. Zrozumiałem i przebaczyłem po dwóch latach. Teraz myślę, że Pan Bóg ma w tym wszystkim swój plan – stwierdza.

Wychowywaniem Mateusza po powrocie do Polski zajęły się mama i babcia. Brak ojca spowodował, że sięgnął po alkohol. – Zacząłem pić w wakacje, między czwartą a piątą klasą. Wszelkie hamulce puściły w gimnazjum, a w liceum pojawiła się marihuana i dilerka. Byłem człowiekiem o dwóch twarzach. Jako harcerz próbowałem zamaskować wszystkie swoje brudy – wspomina. To właśnie w harcerstwie Mateusz poznał smak trudu i zmęczenia płynącego z wielogodzinnych wędrówek po górach. Tam również miał pierwszy kontakt z Bogiem. Ale był On dla niego abstrakcją przejawiającą się przede wszystkim w nudnym punkcie programu obozowych niedziel i wieczorów. – Z każdym kolejnym wyjazdem góry stawały się jednak dla mnie coraz ważniejszym miejscem. Miejscem do wyciszenia i przemyśleń, krainą pięknej przygody z przyjaciółmi. Niestety, na równinach wszystko wracało do „normy”, czyli cotygodniowych imprez i picia do nieprzytomności i tak w kółko – przyznaje.

        Podczas wakacji w liceum Mateusz wybrał się z przyjaciółmi w Bieszczady. To było kolejne przełomowe wydarzenie w jego życiu. Pewnego dnia, gdy zmęczenie zmogło wszystkich członków wyprawy, oddzielili się od siebie. – Pokonywaliśmy tego dnia Bukowe Berdo, moim zdaniem najpiękniejsze miejsce w Bieszczadach. Szedłem sam, nucąc sobie, od tak, pierwszą lepszą piosenkę religijną, którą znałem z obozów harcerskich. Była to: „W lekkim powiewie przychodzisz do mnie, Panie”. Nie wiem, co się stało na Bukowym Berdzie, ale coś mnie nagle ruszyło. Coś skruszyło moje zatwardziałe serce. Pojawiły się myśli, że to niemożliwe, aby to wszystko stworzyła sama natura bez ingerencji siły wyższej – podkreśla. Tego dnia, nawet nie wiedząc, że istnieje taka forma modlitwy, Mateusz uwielbiał Pana Boga za stworzenie piękna gór. – To dlatego tak bardzo odnajduję się w słowach św. Jana Pawła II: „W ciszy tych gór Bóg objawia się i z wyżyn ukazuje błądzącym światło swej prawdy, aby mogli powrócić na drogę sprawiedliwości”. Mateusz wrócił z tego wyjazdu z zupełnie innym nastawieniem do swojego życia. Z przekonaniem, że trzeba coś zmienić, ze świadomością, że Pan Bóg istnieje.

         Powrót na drogę sprawiedliwości nie był jednak prosty. Nie obyło się bez upadków, które zresztą zdarzają się do dzisiaj. Mateusz zaczął chodzić na Msze św. Przystąpił również do pierwszej od dłuższego czasu spowiedzi. – W kościele zacząłem spotykać koleżankę z klasy, z której niegdyś się śmiałem, że jest taka grzeczna, że jest takim aniołkiem klasowym. A dzisiaj jest moją żoną – mówi z uśmiechem. Tylko skąd taki chłopak, który przez połowę życia nie miał autorytetu ojca, kogoś, kto nauczy go bycia mężczyzną, ma wiedzieć, jak szanować kobietę? – Dużo nauczyło mnie harcerstwo i góry, zwłaszcza odkrywanie Tatr, latem i zimą. To góry nauczyły mnie pokory, nauczyły słuchać i ustępować w odpowiednim czasie. Co prawda góry nie gadają tyle co kobiety (na szczęście), ale wymagają tego samego co one, czyli szacunku, uwagi i miłości – stwierdza.

      A co z górami i wiarą? – W Tatrach, zwłaszcza zimą, jest niebezpiecznie z powodu trudnych warunków i schodzących lawin. Zawsze, zanim z przyjacielem wyruszymy w góry, prosimy Boga i świętych, by nad nami czuwali, byśmy mieli pokorę i mądrość, aby w odpowiednim momencie zawrócić, wycofać się, nie ryzykować życia i powiedzieć sobie „jeszcze tu wrócimy” – podkreśla. Modlitwa towarzyszyła im również w Alpach, gdy zastała ich mglista noc, a do obozu było daleko. – To spokój z niej płynący i zaufanie do Boga pozwoliły nam odnaleźć drogę powrotną. Bezpiecznie zejść w dół. Dzięki modlitwie była to próba charakteru i niezapomniana przygoda, a nie gorzkie doświadczenie – zauważa. – Góry są moim ulubionym miejscem modlitwy, najlepszym miejscem do uwielbiania Boga i oddawania Mu czci. To im bowiem zawdzięczam to, kim i gdzie teraz jestem – dodaje na koniec.

 

Mateusz Pietrzak

Fragment książki "Boża kompania".

 

boza kompania mateusz pietrzakTytuł: "Boża kompania"

 

Autor: Mateusz Pietrzak

 

Format: 13,5 x 20,5 cm

 

ISBN: 978-83-7797-421-6

 

Oprawa: broszurowa

 

Do nabycia: Edycja.pl 

 

Cena: 19,95PLN

 

Kategoria: Publicystyka, Religia, Społeczeństwo, Wiara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *