„Monsieur Vincent”. Bojowy opiekun nędzarzy

| 7 listopada 2015 | 0 Komentarzy

wincenty a pauloFrancuzi jednak stworzyli filmy o swoich świętych. Mało tego, nie odmawiano im nagrody Oskara. Na przykład, w 1947 Maurice Cloche wyreżyserował film pt. "Monsieur Vincent" o życiu św. Wincentego à Paulo (1581-1660), założyciela zgromadzeń Księży Misjonarzy i Sióstr Miłosierdzia. Kilka epizodów zaledwie, ale pełnych akcji i życia. Święty wzorowo krzyczy w obronie dobrej sprawy.

Kiedy francuski ksiądz przybywa do miasta Châtillon, ma na sobie strój duchowny przyjęty w tej epoce, ale i tak bardziej przypomina włóczykija. Ma na sobie długą ciemną pelerynę, na głowie kapelusz wielki jak u meksykańskiego pastucha, a na plecach iście żebraczy wór.  Idzie po ratunek dla nędzarzy i chorych. Odważnie, pewnie. Z taką samą pewnością wchodzi do kościoła zamienionego w kurnik, do nory nędzarzy, jak do siedziby arystokraty, którego poprosi o wsparcie. Nie mówi dużo. Gdy trzeba, sztorcuje bliźnich i wrzeszczy w obronie słusznych racji. Możliwe, że efekt dźwiękowy potęguje czas i "chrypka" taśmy filmowej. Mnie to bardzo odpowiada.

Narzędziem pracy księdza – włóczęgi jest tak samo mszał, jak siekiera i młotek, gdy trzeba zbić trumnę dla zmarłej na ospę wieśniaczki, oraz łopata. Pewnego słonecznego dnia ks. Wincenty (w tej roli Pierre Fresnay) z jakimś zbirem, namówionym do obowiązków grabarza, wchodzą na wiejski cmentarzyk. Modlitwa nad grobem (a wokół już gromadzą się gapie), zakopanie trumny, przyklepanie kopca. Szast-prast! Wincenty ściąga komżę, dopiero wtedy podnosi głowę i rozgląda się dokoła. Staje twarz w twarz z gawiedzią i rzuca pytanie: "Kto się teraz zajmie tą oto sierotą po zmarłej kobiecie?" Albo epizod na galerach: Wincenty, który jest gościem na okręcie, w pewnej chwili wyrywa wiosło z ręki galernika i zastępuje ledwie żywego mężczyznę w jego pracy. Nie bawi się w kazania. To nie w jego stylu. Załatwione? Idziemy dalej.

On to ujmował w ten sposób: "Kochajmy, bracia, Boga, kochajmy, ale w pocie naszego czoła i w trudzie rąk naszych". Tak się właśnie toczy jego filmowe życie: cel, środki, zadanie wykonane, i znowu w drogę. Oczywiście, wiek ma swoje prawa. W ostatnich scenach filmu ks. Wincenty już nie chodzi po domach i pałacach – robią to jego konfratrzy i siostry. Już nie krzyczy, ale mówi z trudem. Ten żebrak, galernik, opiekun sierot i chorych, jest już bardzo podobny do swojego wizerunku starca z różnych ilustracji i obrazów. Daje się dobrze zapamiętać.

Aleksandra Solarewicz

"Monsieur Vincent" (1947), reż. Maurice Cloche, Francja

Tags: , ,

Kategoria: Recenzje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *