banner ad

Maziakowski: Na piwo do kościoła – kilka słów o destrukcji, jej przyczynach i skutkach

| 11 czerwca 2015 | 4 komentarze

pandpW miejscowości X. sprzedano kolejny kościół” – podaje prasa. “Konsolidujemy kolejne parafie” – zapowiada biskup. Informacje te idą w świat, jak gdyby były częścią normalnego życia. Choć często budzą żywe reakcje, jednak niewiele osób zastanawia się nad prawdziwymi przyczynami takiej sytuacji. Najczęściej dlatego, że są nieznane bądź ukrywane.

W posoborowej destrukcji Kościoła czynny udział wzięli sami hierarchowie, którzy – w przypadku Stanów Zjednoczonych – wpierw zespolili się z ideowym ruchem liberalnym, a później wcielali w życie plany tzw. konsolidacji parafii, czyli zamykania historycznych kościołów (a w to miejsce, niekiedy całkiem niedaleko, budując architektoniczne monstra odstraszające swą szpetotą – ale to inny temat). Plany te, opierające się na faktycznym spadku wiernych finansujących kościoły i parafie, były jednak nie tylko skutkiem, ale pokrywały się z zapoczątkowanymi w tym samym czasie przez agencje federalne i rządy stanowe programami “przebudowy miast” czyli, tłumacząc na zrozumiały język: destrukcji miast i miasteczek amerykańskich.

Aby zrozumieć dzisiejsze “konsolidacje” parafii, trzeba cofnąć się do początków lat sześćdziesiątych, a nawet późnych lat pięćdziesiątych, kiedy rodziły się gorzkie owoce doświadczane dziś przez wszystkich. Warto poświęcić kilka słów realnej, nie podkolorowanej historii, celem obalenia krążących mitów.

Kościół amerykański, przejęty już wtedy (początek lat sześćdziesiątych) przez liberalnych hierarchów i żyjący “duchem posoborowym” został zdziesiątkowany przez zrzucających sutannę kapłanów. Ta diabelska niesubordynacja moralna i duchowa, która zawładnęła Kościołem, doprowadziła również do spadku ilości wiernych uczęszczających na Msze św., przez co w dramatyczny sposób topniało finansowe wsparcie diecezji. Kościół amerykański, z jednej strony wypowiadający się już wtedy tylko ustami liberałów, a z drugiej zdziesiątkowany i czujący się osaczonym, przyłączył się do rewolucji społeczno-kulturalnej i poparł programy federalne, które – prowadzone pod hasłami “równości, tolerancji i praw człowieka ” – doprowadziły do relokacji biedoty murzyńskiej i migracji ludności na wielką, można by rzec – stalinowską skalę.

Jednym z najmniej znanych i najbardziej niezrozumiałych faktów, który należy w tym miejscu przypomnieć, jest to, że programy federalne celowo zakładały ulokowanie biedoty w samych centrach miast amerykańskich, ze szczególną ich koncentracją właśnie w etnicznych dzielnicach, zamieszkałych przez Włochów, Irlandczyków czy Polaków. Celem programów federalnych – wbrew temu co się twierdzi (kolejny mit XX wieku!) – było właśnie rozbicie dzielnic etnicznych, rozbicie jedności oraz likwidacja prężnych ośrodków żywego katolicyzmu.

 

Na skutki nie trzeba było długo czekać: nastąpił istny exodus białej ludności, która czując się coraz bardziej zagrożona, na masową skalę zaczęła wyprowadzać się na przedmieścia. Media kreowały przy tym mit “sielankowego życia” w Suburbs, instytucje finansowe wyczuwając koniunkturę zaczęły finansować właśnie takie formy życia (droższe domy, samochody – które z relatywnego luksusu stały się niezbędne do egzystencji, itp), a w ślad za tym miejsca pracy przenosiły się poza miasta.

W opustoszałych miastach pozostawali coraz ubożsi: biali, których nie stać było na “lepsze życie” na przedmieściach i nowo napływający kolorowi, głównie czarni, którzy ze swymi nawykami tworzyli z nabywanych za grosze domów – stajnie, a z zasiedlanych dzielnic – siedliska kryminogenne. Tak jak Kościół, który przeżył destrukcję w latach sześćdziesiątych, tak i amerykańskie miasta, dokładnie w tym samym czasie, z często żywych i pięknych centrów kulturalno-handlowych, z dzielnicami pracującej i szanującej pracę ludności, z rozbudowanymi strukturami komunikacyjnymi, stawały się smutnymi i groźnymi miejscami z tysiącami kikutów powypalanych domów.

W międzyczasie przyszły kolejne federalne pomysły “rozwiązania problemu miast” polegające na sfinansowaniu z pieniędzy podatników budowy całych dzielnic wielopiętrowych blokowisk, w których lokowano biedotę murzyńską, nie kreując dla nich miejsc pracy (wszak biali pracodawcy też pouciekali ze swoimi biznesami), za to wyposażając ich w comiesięczne zasiłki Welfare. Dzielnice te, zwane popularnie Projects, szybko stały się bastionami destrukcji społecznej i tak już dostatecznie zepsutej ludności czarnej. (Stwierdzenie to być może będzie oburzało niektórych, szczególnie tych wychowanych na propagandowych filmach typuKorzenie. Oburza, bo burzy kolejny mit, tym razem o “stabilnej rodzinie murzyńskiej żyjącej na Południu w opresji u białych pracodawców”, a warto przypomnieć, że w Stanach Zjednoczonych w latach czterdziestych czy pięćdziesiątych właśnie wśród ludności czarnej np. wskaźnik dzieci rodzących się w związkach pozamałżeńskich przekraczał wielokrotnie takie wskaźniki wśród ludności białej.)

 

Nikt z twórców ówczesnych programów federalnych nie przyznaje się dzisiaj do przepisów, tak perfidnych i ewidentnie ukazujących prawdziwe cele tych programów, jak np. przepisy uniemożliwiające otrzymanie pożyczki na zakup domu na przedmieściach, jeśli wnioskodawcą nie była osoba biała. Dzisiaj co niektórzy tłumaczą takie przepisy “rasizmem” białych nie dopuszczających ludności czarnej na przedmieścia, które rzekomo “miały być tylko dla białych”, podczas gdy prawdziwym celem tych przepisów było wytworzenie strumienia ludności czarnej do zasiedlenia miast amerykańskich i wypchnięcia białych na przedmieścia. Jednak trzeba pamiętać, że był to element taktyczny, bowiem prawdziwa strategia zakładała, iż rozproszona na wielkich przedmiejskich przestrzeniach ludność nie mogła się już tak konsolidować, jak to miało miejsce w etnicznych dzielnicach miast (najczęściej najsilniejszych dzielnicach katolickich, choć później dla dobra sprawy poświęcono też i niekatolickie dzielnice) i pozbawiona silnych związków sąsiedzkich i parafialnych, była łatwiejsza do manipulacji.

 

W tej tragicznej sytuacji miast amerykańskich, Kościół w USA stał się zarówno współuczestnikiem zachodzących zmian jak i jego ofiarą. Wraz ze zmianami zachodzącymi w miastach, zaczęto zamykać parafie i sprzedawać bądź burzyć budynki kościelne. Piękne budynki kościelne wybudowane rękami imigrantów z Polski czy Włoch, ulokowane w zadbanych i bezpiecznych dzielnicach, coraz częściej stawały pod młotkiem aukcyjnym. A inwencja nowych wlaścicieli nie miała granic: kościoły zamieniały się w budynki mieszkalne, luksusowe apartamenty, hotele, sale taneczne, magazyny, knajpy.

Wtargnięcie Szatana do Kościoła” w latach sześćdziesiątych, czyli Sobór Watykański II wraz z jego posoborowym “duchem” efektywnie działającym i straszącym do dziś, jest konsekwencją niesubordyancji Papieży, którzy nie ujawnili III Tajemnicy Fatimskiej i nie konsekrowali Rosji, o co usilnie wołała Matka Boża Fatimska. Diabolizm lat sześćdziesiątych, czyli to znane “zło Rosji”, przed którym Matka Boża przestrzegała, rozlało się po świecie. Ateistyczna, marksistowska ideologia triumfuje, dziś przybierając pozę liberalizmu.

Kto z wiernych budujących kościoły w Europie czy Ameryce przypuszczał, że za kilkadziesiąt lat przeobrażone zostaną w puby? Nikt, tak jak nikt nie przypuszczał, że Kościół będzie prowadzony przez ślepych pasterzy, za którymi kroczy ślepa owczarnia.

 

Lech Maziakowski

Za: Bibula.com

Kategoria: Religia, Społeczeństwo, Wiara

Komentarze (4)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Tikru napisał(a):

    Problemem nie jest tu czy to Sobór Watykański II, niekonsekrowanie Rosji czy ateizm z liberalizmem.

     

    Problemem jest tak na prawdę fakt, że Kościół od początku gromadził dobra materialne ponad własne potrzeby. A przypomnę, że Jezus mówiąc o zbawieniu raczej nie przepowiadał realnych szans bogatym. Od początku ochrona dóbr i wpływów kościelnych była pierwotna, a przyjmowane czy to dogmaty, czy jakiekolwiek prawa kanonicze czy sakramenty były przykrywką do… pychy i chciwości.

     

    Celibat, czyli bezżeństwo a nie mentalna kastracja (ostateczne pożegnanie się z popędem seksualnym – czytaj "instynktem" – w wieku produkcyjnym) miało na celu zahamowanie odpływu dobytku kościelnego w spadkach po umierających księżach do spadkobiorców innych niż Kościół.

     

    Święta pod tytułem odpusty to nic innego jak pompa na dobra materialne – znakomita większość odpustów  odbywa się w lato… czytaj we żniwa – czyli dziesięcina ze snopów zboża, kopców ziemniaków i innych plonów…

     

    Budowanie kościołów (tu mowa o budynkach) to nic innego jak robienie kolejnych miejsc pracy dla pracowników korporacji i poszerzanie wpływów na lokalne środowiska oddolnie.

     

    Budowle i generalnie infrastruktura są konieczne do utrzymanie sieci wpływów instytucji czy korporacji ale ma jedną wadę – jest kosztowna nie tylko przy budowie ale i w utrzymaniu. I tu pojawia się problem. Jak to mówią wieszczowie „pycha kroczy przed upadkiem” – dostojnicy kościelni tak przesadzili z ilością budowanych kościołów, że ilość wiernych w już istniejących się najpierw rozrzedziła, bo pojawiały się kościoły bliżej, ale samego stanu duchownego zrobiło się tak dużo, że… że się rozpanoszyli i nierzadko dając zły przykład moralny, zniechęcili lud do siebie i Kościoła. I ludzie zaczęli odchodzić od Kościoła i przestali wypełniać kościoły niczym wata pluszowe misie… Skończyły się dochody ale pozostała infrastruktura do utrzymania.

     

    Ta degrengolada posoborowa nie jest novum…  Degrengolada zaczęła się wcześniej. Jak się poczyta historię Kościoła, to „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to jedynie jak czasopismo „Miś” na tle „Playboya” albo innej prasy o treści… „mało katolickiej”. To jeden aspekt życia Kościoła. Plebanie wielkości pałaców przy… kapliczkach. Dom 3-4osobowej rodziny to 56, w porywach 80 metrów kw. Plebania dla jednego księdza w tej samej miejscowości…

     

    Zadziwia mnie jak trudno Kościołowi przychodzi samokrytyka, jak łatwo przychodzi wytłumaczenie swojej pychy i chciwości… jak ciężko zrozumienie zwykłego żywota tych, którzy dają składki na utrzymanie tej infrastruktury, którą z żalem Kościół musi sprzedawać, by ponieść koszty dawnych decyzji podyktowanych pychą i chciwością…

  2. Tikru napisał(a):

    Problemem nie jest tu czy to Sobór Watykański II, niekonsekrowanie Rosji czy ateizm z liberalizmem.

     

    Problemem jest tak na prawdę fakt, że Kościół od początku gromadził dobra materialne ponad własne potrzeby. A przypomnę, że Jezus mówiąc o zbawieniu raczej nie przepowiadał realnych szans bogatym. Od początku ochrona dóbr i wpływów kościelnych była pierwotna, a przyjmowane czy to dogmaty, czy jakiekolwiek prawa kanonicze czy sakramenty były przykrywką do… pychy i chciwości.

     

    Celibat, czyli bezżeństwo a nie mentalna kastracja (ostateczne pożegnanie się z popędem seksualnym – czytaj "instynktem" – w wieku produkcyjnym) miało na celu zahamowanie odpływu dobytku kościelnego w spadkach po umierających księżach do spadkobiorców innych niż Kościół.

     

    Święta pod tytułem odpusty to nic innego jak pompa na dobra materialne – znakomita większość odpustów  odbywa się w lato… czytaj we żniwa – czyli dziesięcina ze snopów zboża, kopców ziemniaków i innych plonów…

     

    Budowanie kościołów (tu mowa o budynkach) to nic innego jak robienie kolejnych miejsc pracy dla pracowników korporacji i poszerzanie wpływów na lokalne środowiska oddolnie.

     

    Budowle i generalnie infrastruktura są konieczne do utrzymanie sieci wpływów instytucji czy korporacji ale ma jedną wadę – jest kosztowna nie tylko przy budowie ale i w utrzymaniu. I tu pojawia się problem. Jak to mówią wieszczowie „pycha kroczy przed upadkiem” – dostojnicy kościelni tak przesadzili z ilością budowanych kościołów, że ilość wiernych w już istniejących się najpierw rozrzedziła, bo pojawiały się kościoły bliżej, ale samego stanu duchownego zrobiło się tak dużo, że… że się rozpanoszyli i nierzadko dając zły przykład moralny, zniechęcili lud do siebie i Kościoła. I ludzie zaczęli odchodzić od Kościoła i przestali wypełniać kościoły niczym wata pluszowe misie… Skończyły się dochody ale pozostała infrastruktura do utrzymania.

     

    Ta degrengolada posoborowa nie jest novum…  Degrengolada zaczęła się wcześniej. Jak się poczyta historię Kościoła, to „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to jedynie jak czasopismo „Miś” na tle „Playboya” albo innej prasy o treści… „mało katolickiej”. To jeden aspekt życia Kościoła. Plebanie wielkości pałaców przy… kapliczkach. Dom 3-4osobowej rodziny to 56, w porywach 80 metrów kw. Plebania dla jednego księdza w tej samej miejscowości…

     

    Zadziwia mnie jak trudno Kościołowi przychodzi samokrytyka, jak łatwo przychodzi wytłumaczenie swojej pychy i chciwości… jak ciężko zrozumienie zwykłego żywota tych, którzy dają składki na utrzymanie tej infrastruktury, którą z żalem Kościół musi sprzedawać, by ponieść koszty dawnych decyzji podyktowanych pychą i chciwością…

  3. Karol Kilijanek napisał(a):

    Tikru,

    Czy jesteś pewien, że bogaci są tak daleko od zbawienia? Zapraszam do zapoznania się z rozdziałem dziewiętnastym Ewangelii według św. Łukasza.

    Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem jakoby Kościół od początku gromadził dobra ponad swoje potrzeby. Kościół zawsze, a szczególnie na początku gromadził nie złoto, a krew męczeńską, nie zbierał dostatków materialnych, a raczej wdzięczność tych, których karmił – tak duchowo jak i docześnie. Ozdabiał państwa, w których się rozwijał mądrością tych, których wykształcił, a cywilizacja, którą stworzył przyprawia o pokorny pokłon wobec jego wielkości i siły całe długie wieki ludzkiej historii.

    Który dogmat obliczony był na gromadzenie bogactw? Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny? A może ten o Jej Niepokalanym Poczęciu? Czy może dogmat o Trójcy Świętej był bardziej intratny?

    Jeśli celibat miał służyć temu, o czym piszesz, to powiedz mi jedno: po co te wszystkie bogactwa Kościołowi, który jawi się w twoim opisie, jak i głosach innych krytyków tego rodzaju, jako bezosobowa siła, mistyczny stwór mający za cel jedynie gromadzenie? Czy je przejadł ten kościelny lewiatan? A może zbudował za nie kościoły piękne tak, że do dziś stanowią perły architektury i kolejny już wiek je podziwia? Może za zgromadzone dobra postawił szkoły? Może wykształcił skrybów, kronikarzy, kanclerzy, wykładowców uniwersyteckich?  A może wreszcie nakarmił rzesze maluczkich? Może do dziś dnia utrzymuje tysiące jadłodajni, szpitali, przytułków i jest największą organizacją dobroczynną na świecie?

    Co do ilości kościołów i wiernych modlących się w nich to trudno było zauważyć deficyt tych drugich mniej więcej do lat ’60 XX wieku. Wręcz przeciwnie. Kraje jak Holandia czy Stany Zjednoczone miały tak duży przyrost liczby katolików (tak przez liczne rodziny jak i nawrócenia), że istniała szansa, że staną się one katolickimi, chociaż dotąd większość mieszkańców było protestantami.

    Kościół nie podejmuje samokrytyki, gdyż nie ma za co siebie krytykować. Jego głową jest Chrystus. Kościół jest bez skazy, jest święty. A jego historia potwierdza to, a także co innego – to, że nie jest tworem ludzkim. Za dużo dobra uczynił i zbyt wielkim siłom się oparł, aby można było powiedzieć, że ta instytucja ma początek w człowieku i nieodłącznej mu słabości.

  4. Karol Kilijanek napisał(a):

    Tikru,

    Czy jesteś pewien, że bogaci są tak daleko od zbawienia? Zapraszam do zapoznania się z rozdziałem dziewiętnastym Ewangelii według św. Łukasza.

    Nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem jakoby Kościół od początku gromadził dobra ponad swoje potrzeby. Kościół zawsze, a szczególnie na początku gromadził nie złoto, a krew męczeńską, nie zbierał dostatków materialnych, a raczej wdzięczność tych, których karmił – tak duchowo jak i docześnie. Ozdabiał państwa, w których się rozwijał mądrością tych, których wykształcił, a cywilizacja, którą stworzył przyprawia o pokorny pokłon wobec jego wielkości i siły całe długie wieki ludzkiej historii.

    Który dogmat obliczony był na gromadzenie bogactw? Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny? A może ten o Jej Niepokalanym Poczęciu? Czy może dogmat o Trójcy Świętej był bardziej intratny?

    Jeśli celibat miał służyć temu, o czym piszesz, to powiedz mi jedno: po co te wszystkie bogactwa Kościołowi, który jawi się w twoim opisie, jak i głosach innych krytyków tego rodzaju, jako bezosobowa siła, mistyczny stwór mający za cel jedynie gromadzenie? Czy je przejadł ten kościelny lewiatan? A może zbudował za nie kościoły piękne tak, że do dziś stanowią perły architektury i kolejny już wiek je podziwia? Może za zgromadzone dobra postawił szkoły? Może wykształcił skrybów, kronikarzy, kanclerzy, wykładowców uniwersyteckich?  A może wreszcie nakarmił rzesze maluczkich? Może do dziś dnia utrzymuje tysiące jadłodajni, szpitali, przytułków i jest największą organizacją dobroczynną na świecie?

    Co do ilości kościołów i wiernych modlących się w nich to trudno było zauważyć deficyt tych drugich mniej więcej do lat ’60 XX wieku. Wręcz przeciwnie. Kraje jak Holandia czy Stany Zjednoczone miały tak duży przyrost liczby katolików (tak przez liczne rodziny jak i nawrócenia), że istniała szansa, że staną się one katolickimi, chociaż dotąd większość mieszkańców było protestantami.

    Kościół nie podejmuje samokrytyki, gdyż nie ma za co siebie krytykować. Jego głową jest Chrystus. Kościół jest bez skazy, jest święty. A jego historia potwierdza to, a także co innego – to, że nie jest tworem ludzkim. Za dużo dobra uczynił i zbyt wielkim siłom się oparł, aby można było powiedzieć, że ta instytucja ma początek w człowieku i nieodłącznej mu słabości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *