banner ad

Matuszewski: Ziemiański rowerek – czyli prof. Wielomskiemu w odpowiedzi

| 14 czerwca 2016 | 5 komentarzy

s13-245Trzy tygodnie temu prof. Adam Wielomski napisał tekst, który technicznie rzecz ujmując stanowić miał polemikę z wypowiedzią prof. Jacka Bartyzela, a który ostatecznie wypełniły również uwagi dotyczące kwestii ideowych oraz linii, jaką reprezentuje nasza redakcja. Nie chcąc tracić czasu na długi wstęp pozwolę sobie od razu przystąpić do rzeczy.

I.

W przedmiotowym tekście czytam m. in. co następuje: "Gdy z okazji 90 rocznicy Zamachu Majowego i dojścia do władzy wojskowych pod przywództwem Józefa Piłsudskiego pisałem felieton 'Konserwatywny błąd majowy', spodziewałem się rozpaczliwego ataku tej części środowiska konserwatywnego, które zawsze wykazywało słabość do piłsudczyzny i nienawidziło Romana Dmowskiego oraz endecji. Nie pomyliłem się. Na łamach Myśli Konserwatywnej (dalej: MK) na mój tekst zareagował prof. Jacek Bartyzel – tradycyjnie wysuwany do boju przez redakcję MK, gdy tylko trzeba wypowiedzieć się w kwestii choć troszkę skomplikowanej i wymagającej pewnej wiedzy, a nie na poziomie ogólników i górnolotnych słów pisanych Dużymi Literami".

Na początek sprawa porządkowa. Otóż przywołane wyżej stwierdzenie jest  obraźliwe zarówno dla portalu, jak i prof. Jacka Bartyzela. Nigdy nie prosimy o tekst "wspomagający" naszą linię obrony. Uwagi takie, jak powyższe, są po prostu niepotrzebnym biciem piany, z kolei dotychczasowy odzew czytelników na moje polemiki z niektórymi tezami prof. Wielomskiego utwierdza mnie w przekonaniu, że póki co – radzimy sobie.

Dalej: nie krytykowaliśmy nigdy Romana Dmowskiego i krytykować go nie będziemy. Jego zasług dla Polski przecenić nie sposób. Jeżeli mój Oponent raczy mi wskazać miejsce, w którym ja sam skrytykowałem Romana Dmowskiego, lub też w której wypowiedzi uczynił to członek naszej redakcji – będę dozgonnie zobowiązany.

I wreszcie to jakże piekące mojego Oponenta pisanie kilku wyrazów z wielkiej litery… Jest to zabieg stylistyczny w języku polskim zupełnie normalny. My stosujemy go do podkreślenia szczególnej wagi pojęć stanowiących w naszym przekonaniu filary konserwatywnego paradygmatu, tj. Wiary, Etyki, Tradycji i Autorytetu. Tylko tych czterech. Nie chodzi bowiem o jakąkolwiek religię – jest tylko jedna prawdziwa. Nie mamy na myśli etyki w rozumieniu jednego z działów filozofii lub jakiegoś rozmytego systemu moralnego, odrębnego dla każdej religii lub światopoglądu  – w przeciwnym razie należało by uznać, że Jan Hartman i Magdalena Środa to ludzie zacni, są wszak etykami… Dalej – chodzi o Tradycję i Autorytet, na których zbudowano naszą cywilizację. To, o czym piszemy, to ściśle określone pojęcia o precyzyjnie zarysowanym znaczeniu i kategoriach, wypracowanych przez cywilizację uformowaną na klasycznym podłożu kulturowym, intelektualnym i prawnym przez liczące sobie dwa tysiące lat nauczanie Świętego Kościoła Rzymskiego. Zakorzenione w meta-rzeczywistości, choć współtworzące tę ziemską. W świecie zatracającym właściwe rozumienie konserwatyzmu jego najważniejsze części składowe uważamy za słuszne wyróżnić z zalewu intelektualnego  relatywizmu.

Co ciekawe – prof. Wielomski zarzuca nam stosowanie zabiegu, który sam z co rusz wykorzystuje, jakkolwiek – prawda – do innych pojęć. Jego zdaniem ludzie piszący tak, jak my, to najpewniej fanatycy, ostrzący topór przeciw swoim politycznym przeciwnikom. Przeciwko komu lub czemu ostrzy zatem topór prof. Wielomski pisząc majuskułami takie nazwy, jak "Klęska Wrześniowa" czy "II Wojna Światowa"? Przeciwko Komisji Językoznawczej PAN? Z wielkiej litery pisze nawet słowo "Sanacja" – choć przecież proces ten w czambuł krytykuje…    

II.

Przechodząc do różnic w poglądach na ziemiaństwo, reformę rolną, etc.,  prof. Wielomski pisze: "Urodziłem się w 1972 roku i świata ziemiańskiego nie miałem okazji poznać osobiście. Nie tylko dlatego, że pochodzę z miasta, ale przede wszystkim dlatego, że gdy się urodziłem, to nie było już po nim śladu. Trudno mi się więc utożsamiać ze światem, który znam tylko z pięknych powieści Henryka Rzewuskiego. Podobnie nie utożsamiam się ze szlachetnym światem Apaczów Winnetou, choć w dzieciństwie przeczytałem wszystkie książki Karola May'a. Świat ziemian to nie jest już mój świat, choć (ze strony ojca) pochodzę z drobnej mazowieckiej szlachty. Nie widzę w tym braku mojego poczucia zrozumienia tego świata niczego strasznego, ponieważ z ziemiaństwa nie wywodzi się 99% Polaków i poza grupą hobbystów i ideologicznych muzealników ze światem tym związków nie czuje już nikt. To wspaniała tradycja, ale już martwa. Bezpowrotnie. Może to dobrze, może to źle, ale martwa i jej rezurekcji nie będzie".

Autor tych słów wkłada więc tradycję ziemiańską, a także ziemian jako klasę społeczną, między bajki. Nie rozumie zapewne, że pisząc tak, a będąc w swoim mniemaniu reprezentantem konserwatywnej prawicy, dobitnie potwierdza tym samym skuteczność prania mózgów, które fundowali nam komunistyczni propagandziści przez 60 lat istnienia PRL. Co więcej – czyni dokładnie to, czego oczekują ich następcy. Powtórzę za prof. Bartyzelem, że "nie zdziwiłbym się nawet, gdyby Autor wrócił do dobrze znanego z minionej epoki określenia >>obszarnicy<<".

"Trudno mi utożsamiać się ze światem, który znam tylko z pięknych powieści Henryka Rzewuskiego" – pisze prof. Wielomski. Nie byłaby to wypowiedź dziwna gdyby nie fakt, że skreślił ją człowiek, który w roku 1989 współtworzył Klub Zachowawczo-Monarchistyczny…

Tymczasem – jak pisze Stanisław Krajski – ziemiaństwo uosabiało "teorię i praktykę życia po polsku".  Tworzyło unikalną wspólnotę duchową i ekonomiczną, przesiąkniętą etosem państwa i świadomością swoich wobec niego obowiązków. Oderwanie Polaków od tej tradycji prof. Ryszard Legutko w swoim „Eseju o duszy polskiej” nazwał procesem „gigantycznej amputacji” i stwierdził, że gdyby tego typu amputację wykonano na pojedynczym człowieku, to on by nie przeżył…

Prof. Adam Wielomski jest w swoich wypowiedziach doskonałą egzemplifikacją tezy prof. Legutki o pogodzeniu się z tragicznymi konsekwencjami zerwanej ciągłości dziejowej, politycznej i kulturowej. Jakkolwiek stworzenie nowego człowieka, stanowiącego cel twórców PRL,  nie do końca się powiodło, to jednak przebudowa społeczna – owszem. Eliminacja elit, a także kilkadziesiąt lat propagandy i intelektualnego marazmu sprawiło, że z narodowej świadomości usunięto to, co najważniejsze, z kolei pamięć o pewnych zjawiskach przetrwała wyłącznie zmieszana z komunistyczną propagandą. I taki mniej więcej obraz ziemiaństwa prezentuje prof. Wielomski: uproszczony, uogólniony – a przez to oderwany od prawdy historycznej, co więcej: przeniknięty duchem komunistycznej nauki o obszarnikach, którzy musieli zniknąć w imię dziejowej sprawiedliwości. Najciekawsze jest to właśnie – do głębi marksistowskie – wychodzenie przez mojego oponenta z założenia o istnieniu owej nieuchronnej konieczności dziejowej, którą w ramach "realizmu" (który ja nazywam kapitulacją lub po prostu kolaboracją) należy uznać i przyjąć do wiadomości bez próby przeciwdziałania złu. Tą samą dziejową koniecznością w roku 1945 tłumaczono eksterminację, rabunki, wynoszenie na rewolucyjne ołtarze przeciwnych człowieczeństwu postaw, a także – mentalne wynarodowienie…

Twierdzę, że jedynym skutecznym sposobem przeciwstawienia się skutkom zjawiska zerwanej ciągłości jest oparcie się na realnej i wciąż żywej tradycji, na jedynym (obok Kościoła) dostępnym nam jeszcze pierwiastku duchowej, kulturowej i społecznej łączności z Polską sprzed komunistycznego kataklizmu. Tym bowiem jest dziś ziemiaństwo i jego etos. Nie ma rzecz jasna powrotu do dawnych stosunków ekonomicznych, ale głęboko zakorzenioną tożsamość, a wraz z nią – zgodne z naszym interesem prowadzenie polityki polskiej, odbudować i wypracować można. Niestety bez włączenia w ten proces polskiego ziemiaństwa będzie to tak, jak dotąd: bezowocny i próżny wysiłek.  

Co do samych ziemian: współcześnie ich potomkowie nie mają wprawdzie takiej, jak dawniej, siły politycznego oddziaływania, ale w sensie biologicznym nadal trwają, co więcej: niejednokrotnie dysponują istotnym potencjałem ekonomicznym. "Dziś środowisko ziemiańskie udowadnia swoją pracą i zaradnością, że niestraszny mu żaden potwór dziejowy. Rodziny herbowe na­dal istnieją i istnieć będą" – konkluduje prof. Jan Żaryn. Ludzie ci przez ostatnie dziesięciolecia w ukryciu pielęgnowali zarówno tradycję, jak i łączące ich więzi społeczne. Najpierw z konieczności, a obecnie – z ostrożności, trzymają się z boku. I tu nasze zadanie: polska prawica musi w końcu znaleźć sposób na uruchomienie i wykorzystanie zmagazynowanego w ten sposób politycznego, kulturotwórczego i społecznego kapitału. Postulat prof. Wielomskiego – a zatem dalsze bagatelizowanie ziemian, jest dla konserwatysty grzechem śmiertelnym.

Realizacja tego postulatu nie jest łatwa – to długotrwała praca u podstaw. Sami potomkowie rodów ziemiańskich nie palą się do powrotu do pracy publicznej z uwagi na brak zaufania do państwa, które naraziło ich na kilkadziesiąt lat represji, a obecnie nie chce w sposób jednoznaczny wyrazić chęci zwrotu zrabowanych im dóbr. Kto jednak zrozumie prostą prawdę, jaką wyżej wyraziłem, a także zechce podjąć wysiłek w celu wprowadzenia jej w życie, odbuduje zdrową polską prawicę. Nie będzie już wówczas potrzeby reprezentowania jej przez niepodległościową lewicę Kaczyńskiego, czy też narodowców pokroju p. Winnickiego, którzy oprócz kilku wytartych haseł i wezwania na doroczny marsz niewiele mają do powiedzenia.

III.

"Tradycja ziemiańska – pisze prof. Wielomski – była skazana na zagładę jeszcze przed nadejściem Polski Ludowej. Na zagładę skazała ją eksplozja demograficzna cechująca ziemie polskie w drugiej połowie XIX wieku. Państwo wielkości Polski przedwojennej czy współczesnej nie mogło być państwem z dominującą warstwą ziemiańską, skupiającą w swoich rękach większość własności rolnej".

Jakkolwiek niedostateczna podaż ziemi, o której pisze prof. Wielomski, nie budzi żadnych wątpliwości, to jednak twierdzenie o nieuchronnej zagładzie ziemiaństwa jest mocno przesadzone. Polska zarówno w wieku XIX, jak i w okresie 1918 – 1939 była państwem z dosyć liczną jego reprezentacją, dysponującą zarówno wpływami politycznymi, jak i potencjałem gospodarczym. Po roku 1918 znaczenie polityczne znacząco podupadło, co wiąże się ze spadkiem znaczenia ugrupowań zachowawczych, niemniej jednak ziemiaństwo jako struktura społeczna istniało dalej bez przeszkód. Zresztą z korzyścią dla państwa polskiego, gdyż warto zauważyć, że ziemianie byli główną grupą rozwijającą polski przemysł i stabilizującą rdzennie polski kapitał. Prof. Wielomski nie zauważa tego – powtarza bowiem utarte przez propagandę PRL frazesy. Co innego mówią natomiast przedwojenne roczniki statystyczne i lokalne dzieje gospodarcze. Przykładów ziemiańskich inicjatyw przemysłowych są tysiące, z kolei rozrastająca się coraz bardziej literatura przedmiotu pozwala na dosyć dobre rozeznanie w omawianym temacie. Wystarczy po nią sięgnąć.

I tu dochodzimy go jednego z głównych punktów naszej dyskusji – a zatem reformy rolnej, którą mój oponent uważa za trafne rozwiązanie problemu braku ziemi.

Zważmy, że pułapkę tworzy (do dziś) samo określenie "reforma". Słowo to przywodzi bowiem na myśl nic więcej, jak tylko podjęcie wysiłków mających na celu poprawę funkcjonowania rolnictwa. Jakże istotny jest jego wydźwięk propagandowy: ziemianie, którzy sprzeciwiają się owej "reformie", muszą tu być postrzegani jako zwolennicy zachowania tworu wadliwego, ci, którzy blokują postęp… Tymczasem istotą tego, co nazywamy "reformą", jest przymusowe wywłaszczenie, gdzie tylko od łaskawości kolejnych ekip rządowych, zmieniających się w pierwszych latach II RP co kilka miesięcy, zależało czy i jakie odszkodowanie dany właściciel otrzyma. W sytuacji, w której ugrupowania konserwatywne zepchnięte zostały na margines, gdzie prym wiedli socjaliści i ludowcy, a ziemianie nie mogli liczyć nawet na wsparcie endecji – głosującej wszak za "reformą", obawy były w pełni uzasadnione.

Zwróćmy uwagę, że zwolennicy "reformy" nie uwzględniali przesłanek ekonomicznych, a na uwadze mieli przede wszystkim cele społeczne i polityczne. Co przy tym niezwykle istotne: w czambuł ignorowano to, że ziemianie w sposób wyraźny podnosili kwestię poprawy sytuacji bytowej chłopów – tyle, że wychodzili z założenia, że nie da się tego osiągnąć metodą sprowadzającą się do zwykłego zabierania bogatszym i rozdawania biedniejszym. Należało doprowadzić do ogólnego wzrostu gospodarczego, ekonomicznej unifikacji kraju, stworzenia jednolitego rynku, wzrostu majątku narodowego. Mówimy tu dyskusji mającej miejsce dwa / trzy lata po odzyskaniu niepodległego bytu państwowego, niespełna dwa lata po bitwie warszawskiej…

Uchwalenie reformy rolnej odbyło się w atmosferze populistycznej debaty, ale sejmowe pieniactwo i oderwane od realiów hasła, skandowane przez socjalistów, nie mogły zlikwidować  dwóch podstawowych problemów:

– reforma nie mogła się udać dlatego, że gruntów folwarcznych, niezbędnych do pełnego zaspokojenia roszczeń chłopów, było po prostu za mało. Co więcej: wraz ze wzrostem liczby ludności wysuwno by coraz nowe roszczenia. W ten sposób dochodzimy do konkluzji, że koncepcja parcelacji musiała wcześniej czy później zbankrutować.

– państwa polskiego nie było stać na koszta, jakie generowało samo przeprowadzenie "reformy rolnej". I nie chodzi tu wyłącznie o odszkodowania. Potrzebne były kredyty na zagospodarowanie, należało znaleźć pieniądze na koszta przewłaszczenia ziemi (co wiązało się m. in. ze stworzeniem i opłaceniem odpowiedzialnej za to armii urzędników), dalej: ziemianie zamrażali wiele inwestycji z obawy przed skutkami "reformy", w związku z czym  zmniejszały się też wpływy z podatków. Przed uchwaleniem "reformy" obawiano się, że będzie ona absorbować ogromne kredyty, które w normalnych warunkach zostały by wykorzystane na rozwój inwestycji. Dekadę później zarzut ten potwierdzano uznając, że zmarnowano zarówno potencjał, jak i środki.

Następnym problemem, na który nie zwracają uwagi publicyści pokroju prof. Wielomskiego, jest brak przygotowania chłopów do tego, co miało nastąpić. Zmiany chciano wprowadzać w sposób rewolucyjny, ustawowy – a zatem jak najszybciej. Tyle, że chłopi nie mieli ani umiejętności, ani też kapitału, pozwalającego odpowiednio darowaną sobie ziemię zagospodarować. A zatem: bardziej produktywne folwarki, dysponujące m. in. potencjałem inwestycyjnym w różnych gałęziach przemysłu, zamierzano rozparcelować – i w części rozparcelowano – na mało efektywne gospodarstwa chłopskie.

Niestety – jak już wspomniałem, przygotowanie ustawy o reformie rolnej odbywało się w warunkach załatwiania politycznych interesów i walki o wyborczą popularność. Nie tylko zaniedbano w związku z tym analizy ekonomicznej, ale też nie zważano na kwestie prawne. I tak np. pierwsza z normujących reformę rolną ustaw, ta z 15 lipca 1921, okazała się niezgodna z konstytucją. Art. 13 tej ustawy przewidywał bowiem odszkodowanie w wysokości 50% wartości parcelowanych gruntów. Tymczasem konstytucja marcowa w art. 99 mówiła o pełnym ekwiwalencie ponoszonych przez ziemiaństwo strat. W rezultacie Najwyższy Trybunał Administracyjny uznał art. 13 ustawy za niezgodny z konstytucją, stanowisko to uzyskało poparcie grona wybitnych prawników polskich – a to z kolei w praktyce wygasiło działanie ustawy z 15 lipca 1921…

Jeżeli mowa o 50% odszkodowaniu, jakie przewidywała ustawa z roku 1921, to sposób jego przyznawania stanowi znakomity przykład tego, w jak fatalny sposób zaplanowano reformę. Otóż cenę wykupu ustalały okręgowe urzędy ziemskie, opierając się na przeprowadzonym przez biegłych szacunku wartości poszczególnych majątków. Praktyka nastręczała sporo problemów – świadczą o tym liczne protesty ziemian, dotyczące zaniżonej ich zdaniem wartości majątków. Co więcej: połowę kwoty wykupu (a nawet mniej w przypadku właścicieli majątków mających ponad 1000 ha) wypłacano w gotówce, resztę – w listach Państwowej Renty Ziemskiej, której zbycie było poważnie ograniczone. Znaczna ich część nigdy nie została wykupiona… Oznacza to, że w początkowym okresie funkcjonowania reformy rolnej niektórzy właściciele otrzymywali w gotówce zaledwie 25% wartości odbieranych majątków, resztę zaś w papierach wartościowych, których spieniężenie stało pod poważnym znakiem zapytania. Jak poważnie nadwyrężało to potencjał produkcyjny oraz inwestycyjny i jak krzywdzące pozostawało – podkreślać nie trzeba.

Problemów, których nie wzięto pod uwagę podczas planowania reformy rolnej, było więcej. Przywołajmy tylko najistotniejsze:

– nierównomierne rozłożenie zapasu ziemi, jaką przeznaczano do parcelacji. Tam, gdzie występował głód ziemi, było najmniej majątków, z kolei tam, gdzie podaż ziemi była największa, brakowało chętnych do obejmowania przyznawanych działek. Przenoszenie całych grup parcelantów do innych części Polski, najczęściej do województwa poznańskiego, było bardzo kosztowne, zresztą ludzie ci z trudem adaptowali się do nowych warunków społecznych i materialnych. Budowane ze środków państwowych osiedla dla nowo przybyłych, tzw. poniatówki, nie cieszyły się dobrą opinią wśród ludności miejscowej.

– władze z ociąganiem kierowały do parcelacji majątki państwowe i inne nieprywatne, mimo, że zgodnie z założeniami ustawy to one miały być parcelowane w pierwszej kolejności. Strona rządowa nie chciała pozbywać się pozostającego w jej dyspozycji majątku.

– przeciwne parcelacji było wojsko. Zdaniem dowództwa armii rozbijanie dużych majątków mogło spowodować poważne trudności w polowym zapatrzeniu oddziałów.

– zastrzeżenia względem reformy wysuwały zagraniczne instytucje finansowe – przede wszystkim banki. Uznawały one wielką własność ziemską za najpewniejsze zabezpieczenie udzielanych Polsce kredytów. 

Jednym z najbardziej negatywnych skutków przymusowej parcelacji, odbywającej się w oparciu o ustawy z lat 1921 i 1925, było zahamowanie procesu parcelacji prywatnej, de facto rozpoczętego jeszcze przez I wojną światową, a po roku 1918 kontynuowanego. Jej przyczyny były różne: działy rodzinne, spłata zadłużenia, zdobywanie gotówki na inwestycje, etc. Co jednak najważniejsze: rzecz odbywała się w oparciu o naturalne procesy mikroekonomiczne. Po wojnie był to sposób na zdobywanie środków na odbudowę ze zniszczeń. Np. w zaborze pruskim polskie spółki kupowały majątki i dokonywały ich parcelacji między ludność polską, często reemigrantów, uważając takie postępowanie za najpełniejszy sposób umocnienia polskości w danym regionie… Niestety ten naturalny proces przechodzenia ziemi z rąk do rąk, skutkujący dosyć znaczną jej podażą, zatrzymano jedną decyzją administracyjną. Zakazano parcelacji prywatnej, uznając to za szkodliwe (sic!) dla krajowego ustroju rolnego, a w zamian zaczęto planować parcelację sztuczną, odgórnie zarządzoną, opartą na postulatach ugrupowań lewicowych i ludowych, domagających się odbierania ziemi jej prawnym właścicielom za odszkodowaniem realnie nie sięgającym nieraz nawet połowy wartości przejmowanego majątku.

W jednym ze swoich poprzednich tekstów prof. Wielomski zauważył: "Słynna >>pruska droga do kapitalizmu<< polegała właśnie na tym, że chłopi wykupywali grunty rolne od junkrów, a ci ostatni inwestowali uzyskane w ten sposób środki w powstający przemysł. W ten sposób ziemianie stali się biznesmenami, a kraj przeszedł przyśpieszoną industrializacją, z zachowaniem dominującej roli tradycyjnych elit w społeczeństwie przemysłowym". Otóż to: wykupywali, a nie czekali aż państwo je odbierze, rozparceluje i da im za darmo. Zagrały tu normalne mechanizmy przemian rynkowych. I na to samo należało zdać się w Polsce: zamiast sztucznej, odgórnie sterowanej parcelacji, wystarczało pozwolić sprawom potoczyć się ich naturalnym torem.

Nic dziwnego, że przed rokiem 1939 kwestia stosunku do reformy rolnej stanowiła papierek lakmusowy dla realnych, a nie tylko deklarowanych, poglądów politycznych… Konserwatysta, który opowiadał się za poszanowaniem własności prywatnej i rozumiał społeczną oraz gospodarczą rolę przywiązania do ziemi i rozwijania w oparciu o nią rdzennie polskiego kapitału, nie mógł wyrazić zgody na ten stojący wbrew gospodarczej logice i do głębi niesprawiedliwy, eksperyment, którego obciążenie ryzykiem było ogromne.

Cały czas obawiano się też kosztów społecznych. Średniej wielkości folwark zatrudniał bowiem przynajmniej kilkadziesiąt osób – od pracowników biurowych i inżynierów, po rzemieślników, służbę oraz sezonowych robotników rolnych. Co utrata wszystkich tych miejsc pracy mogła oznaczać dla rynków lokalnych – mówić nie trzeba. W skali kraju była to cała armia ludzi. Innymi słowy: projektodawcy "reformy", chcąc dać nieco więcej ziemi niektórym rolnikom, zamierzali ryzykować wyrzuceniem na bruk dziesiątek tysięcy przedstawicieli innych zawodów…  

Innymi słowy: uznawanie przymusowej parcelacji wielkiej własności ziemskiej za środek naprawy stosunków rolnych w Polsce lat 1918 – 1939 dowodzi niezrozumienia jej istoty. Prof. Wielomski, z właściwym sobie uporem, ideologizuje historię bez zagłębiania się w szczegóły – choć to one są tu najważniejsze. A przez to – dochodzi do kompletnie błędnych wniosków.

A co do tego, że w latach 20-tych XX wieku nie mogło być mowy o warstwie ziemiańskiej, występującej w charakterze właścicieli znacznej części ziemi uprawnej w Polsce: w roku 2016 w Anglii arystokracja dzierży 30% takich gruntów. W Szkocji – 432 osoby posiadają jej blisko połowę. I dzięki mądrej polityce czynszowej nikomu to nie przeszkadza pomimo, że o uwłaszczeniu na modłę polską nikt tu jeszcze nie słyszał.

IV. 

Dalsza część wywodu to komentarz, który odnosi się do poglądów zarówno prof. Jacka Bartyzela, moich, jak też nas – jako redakcji. Zanim się do tego odniosę, chciałbym podkreślić, że pisać mogę wyłącznie w imieniu własnym.

Mój oponent pisze: "Prof. Bartyzel, Arek Jakubczyk i Mariusz Matuszewski nie są zainteresowani światem takim jakim on jest dzisiaj, a także takim, jakim on był w okresie międzywojennym. Interesuje ich pewien wielki kontrrewolucyjny Ideał, zakorzeniony w swoiście pojętej Etyce. Wedle tego Ideału istnieje Polska Prawdziwa. Polska ta rozciąga się na wschód od Warszawy, ciągnie się po Kijów i Smoleńsk, a konstytuują ją wiejskie dworki szlachty i pałace kresowych magnatów. Nad pałacami powiewają wielkie biało-czerwone sztandary narodowe i maryjne, na dworkach błyszczą katolickie krzyże. W tej konserwatywnej utopii ziemianie są stanem przywódczym, >>przodkującym<< w Narodzie, a właściwie to tylko oni są Narodem. Poza ziemianami są jeszcze chłopi, którzy są politycznie bierni, niemi i bezgłośni. Orzą pola, pasą krowy i kozy. Kobiety i dzieci zbierają grzyby w pańskim lesie (jeśli ich nie złapie leśniczy i nie obije batogiem). Pomiędzy ziemiaństwem a chłopstwem panują stosunki patriarchalne, cechujące się absolutnym idealizmem: chłopi z przyjemnością pracują na >>pańskiej<< ziemi, może nawet z uśmiechem od ucha do ucha obrabiają pańszczyznę i chwaląc sobie swój los. Ich żony i córki piorą, gotują i zajmują się wychowaniem dzieci, szczęśliwe, że nie dotknął ich wirus feminizmu. Z kolei ziemianie zajmują się swoimi wielkimi folwarkami, przepełnieni myślą o dobru wspólnym i zajmując się, w wolnych chwilach, studiami nad klasykami filozofii i myśli politycznej. W tej wizji nie ma przemysłu, nie ma też miast z podłą klasą podludzkiego mieszczaństwa, kapitalistów-lichwiarzy, pośredników i adwokatów"

Prawdę mówiąc dawno już nie rozbawiło mnie tak czytanie rozważań z cyklu "co poeta miał na myśli" w odniesieniu do własnych poglądów. Jeżeli mogę mówić szczerze: zgadza sie tylko jedno zdanie. To, gdzie czytamy, że interesuje mnie "pewien wielki kontrrewolucyjny ideał". Tym ideałem nie jest jednak – jak sugeruje mój oponent – cofnięcie czasu, a przywrócenie ładu i odsunięcie od wpływu na losy świata tych pomiotów diabła, jakimi są rewolucjoniści wszelakiej maści. Tylko tyle. Świat, w którym żyjemy, jest rzecz jasna przedmiotem mojego najgłębszego zainteresowania i troski. Jest też jednak Bóg i jego prawo, którego to prawa porządek ziemski powinien być jak najwierniejszym odzwierciedleniem. Nie ma to nic wspólnego z postępem technicznym lub zmianą stosunków rolnych… czy profesorowi politologii istotnie muszę tłumaczyć rzeczy tak oczywiste? Prof. Wielomski nie chce być może zwrócić uwagi na to, co pisałem już wcześniej. Proszę pozwolić, że przypomnę:

"Konserwatysta uznaje, że czas płynie w stronę wyznaczoną historii przez Boga, uczestniczy w nim i nie może bezmyślnie kopiować świata minionego. Zwłaszcza w rozumieniu materialnym. Równocześnie jednak zawsze ma na uwadze Boże prawo i wierność temu prawu. Przez pryzmat jego zasad, wplecionych w ziemską rzeczywistość dzięki Etyce, ocenia zachodzące zmiany i stara się zatrzymać te, które zamiast do Boga, prowadzą życie społeczne na manowce.

Istotą konserwatyzmu musi być stanie na straży pewnych stałych determinantów myślenia o państwie, narodzie, hierarchii, prawie, władzy, etc. Wszystkie one sprowadzają się do najważniejszego: podporządkowania zasadzie wierności prawu nadrzędnemu, jakim jest Prawo Boże. Chodzi o wypełnianie tym duchem rzeczywistości do głębi doczesnej, dziejącej się teraz, ale bez polegania wyłącznie na konstrukcji będącej w pełni ludzkim wytworem. Tworzy się w ten sposób trwały i niezmienny fundament, do którego nawet w czasie najgorszego upadku będzie można wrócić i czerpać zeń to, co potrzebne do odnowy. Konserwatysta stoi na straży takiego właśnie biegu spraw. Zachowuje ów fundament, ocenia i kształtuje zastaną rzeczywistość przez pryzmat pewnych niezmiennych zasad etycznych.

Nie jestem monarchistą dlatego, że imponuje mi zewnętrzny splendor dawnych dworów. Jestem nim dlatego, że uznaję, iż ustrój ten, jakkolwiek – jak wszystko, co ludzkie – niedoskonały, stwarza najlepsze warunki do realizacji nakreślonego wyżej postulatu.

Hieronim Tarnowski pisze na ten temat: >>Taktyka konserwatywna polegać zatem powinna na bacznym śledzeniu tego, co nazywać przywykliśmy duchem czasu, na wykrywaniu w nim zarodków ewentualnych przyszłych chorób społecznych i na zwalczaniu ich planową działalnością, opartą na ciągłości i konsekwencji programu. (…) Ten pierwiastek ciągłości w celach i działaniu jest tym, co stanowi istotę konserwatyzmu, co odróżnia go od innych kierunków politycznych i społecznych. W pojęciu naszym istotny postęp ludzkości nie może polegać na przeskokach, eksperymentalnych próbach, a tym mniej na burzeniu jej dotychczasowego dorobku – nie może on być zrywaniem z przeszłością, jej zaprzeczeniem i przeciwieństwem, lecz jej logicznym, konsekwentnym rozwojem ku dobru i prawdzie<<.

I dalej: >>Nowe formy i warunki życia nie mają wynikać z przewrotu form dawnych, nie mają ponownie na gruzach przeszłości, lecz z tej przeszłości jak drzewo z pnia się rozrastać, czerpiąc z niej wszystko to, co w tej przeszłości było dobrym, prawdziwym i pięknym, aby wprowadzić je na nowo w życie. A przede wszystkim to, co po wszystkie czasy było, jest i będzie nieodzownym warunkiem prawidłowego i pomyślnego życia społeczeństw ludzkich i samej że ich egzystencji, tj. Religię, Etykę, Tradycję i Autorytet<<."

Jeżeli dla mojego oponenta dyskusja o konserwatywnym rozumieniu przeszłości sprowadza się do pasania kózek i zbierania grzybów w pańskim lesie – to proszę wybaczyć, ale zostawię to bez komentarza. Jest to albo kompletne niezrozumienie tego, o czym pisałem, albo też drwiny, z którymi poważna polemika nie ma sensu. Podobnie ma się sprawa z dalszym ciągiem wywodu, gdzie prof. Wielomski imputuje nam uznawanie Piłsudskiego za katechona, a pułkownika Kostki-Biernackiego – za rodzaj katechona w wersji mini. Pozwolę sobie nie tracić czasu na odpowiadanie na to, gdyż było by to po prostu bezcelowe.

Co do samego Marszałka: był on państwowcem. To podstawowy punkt jego politycznej biografii, od którego zaczynać trzeba jakąkolwiek dyskusję o nim. W czasach, gdy zaczynał swoją działalność, ten, kto chciał walczyć o Polskę w sposób czynny, miał do wyboru tylko jedną organizację: PPS. I Piłsudski do niej wstąpił, tyle tylko, że jeszcze w roku 1918 podziękował socjalistom za współpracę uznając, że symboliczny "czerwony tramwaj" miał być tylko środkiem do celu, jakim była odrodzona Polska – i niczym więcej. Czy to, co robił po roku 1918, można było robić inaczej, lepiej? Może… ale czy w Polsce lat 1918 – 1935 był inny mąż stanu, który potrafił przebić się przez jazgot sejmowego warcholstwa? Lub czy metody Marszałka nie były dla Polski mniejszym złem, aniżeli zdanie jej na pastwę socjalistycznych eksperymentów? 

Obóz zachowawczy, przystając na współpracę z Piłsudskim, wykazał się po prostu politycznym realizmem. Po pierwsze: przed rokiem 1926 jego notowania były bardzo niskie. Wpływ polityczny konserwatystów ograniczał się w zasadzie wyłącznie do zakulisowych nacisków, jednak w życiu parlamentarnym nie odgrywali oni w zasadzie żadnej roli. Po drugie: ich celem, podobnie jak Piłsudskiego, było ograniczenie destrukcyjnych wpływów lewicy, zakończenie rujnujących gospodarkę eksperymentów, a także zaprowadzenie politycznej stabilizacji. W Dzikowie i Nieświeżu uzyskali zapewnienia, że ich pryncypia i postulaty spotkały się z pełnym zrozumieniem. Gdyby obóz konserwatywny Piłsudskiego nie poparł, skazał by się na polityczny niebyt.

V.

Niezależnie od tego, jak bardzo drwić będzie z nas mój Oponent i jak wiele filozoficznych argumentów przedstawi, różnica między nami jest tylko jedna – za to fundamentalna. Prof. Wielomski jest demokratą. My nie. Reszta – to po prostu dorabianie ideologii do swoich politycznych wyborów. Mój Oponent stanowi doskonały przykład tego, że konserwatysta chcący funkcjonować w warunkach demokracji liberalnej zostanie przez nią wchłonięty na podobieństwo ruchomych piasków.

Istotnie – demokracja przydaje politycznej elastyczności i pozwala podpiąć się pod niejedno ugrupowanie, a konserwatywnego skrzydła szukać nawet w PO. Rzecz jednak w tym, że nas to nie interesuje. Proszę pozwolić, że użyję słów Chateaubrianda: "tacy, co złożywszy przysięgę Republice jednej i niepodzielnej, Dyrektoriatowi w pięciu osobach, Konsulatowi w trzech, Cesarstwu w jednej, Pierwszej Restauracji, Aktowi Dodatkowemu do Konstytucji Cesarstwa, Drugiej Restauracji, mają jeszcze coś do złożenia u stóp Ludwika Filipa. Ja nie jestem taki bogaty… (…) Ja byłem zawsze wiernym sługą śmierci i wlokę się za konduktem starej monarchii jak pies za trumną biedaka.”

Jeżeli można, to my jednak pozostaniemy wierni sobie, swojemu sumieniu i temu wiecznemu porządkowi, któremu chcemy służyć żyjąc w czasach przypisanych sobie przez Opatrzność. 

 

Mariusz Matuszewski

Kategoria: Mariusz Matuszewski, Myśl, Publicystyka

Komentarze (5)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Jacek Konieczny napisał(a):

    Dobra merytoryczna argumentacja. Odpowiedź zapewne będzie cybernetyczna a głos w obronie zabierze niewiasta, 

  2. rjrj napisał(a):

     

         Szanowny Panie Autorze, zgadza się, jest Pan niedemokratą, lecz w wydaniu sekciarsko-gnostyckim, odpornym niczym beton na wszelkie racjonalne argumenty przeciw sanacji, dokonującej antypolskich, bezbożnych "reform", gorszych po wielokroć niż wszelkie posunięcia demokratycznych rządów sprzed zamachu majowego. Piłsudski i jego świta zrujnował gospodarkę poddając ja dykatatowi międzynarodowej finansjery i wbrew pozorom nie doprowadził do politycznej stabilizacji. Dla Pana niedemokrata-mason jest widocznie moralniejszy od demokraty-centrowego ludowca. Niestety nie ma to nic wspólnego właśnie z opiewanym przez Pana konserwatyzmem, a raczej rewolucją "w białych rękawiczkach".

  3. Mariusz Affek napisał(a):

    Proszę wybaczyć, ale Wielomski nie współtworzył Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego w roku 1989. Nie był tam w ogóle znany i nie był nawet jego szeregowym członkiem. Pojawił się dopiero ok. 1994 r, gdy Klub miał już za sobą pierwszy, najbardziej owocny okres w swojej działalności.

  4. Jacek Konieczny napisał(a):

    ad rjrj) Łatwo Panu oceniać z perspektywy prawie 100 lat, chodzio o to w jaki sposób kalkulowali konserwatyści wtedy, nie wiedząc jak to się przecież skończy. 

  5. Skanderbeg napisał(a):

    Obóz zachowawczy popierając Piłsudskiego wykazał się bardzo wąskim własnym interesem. I niczym innym. A Piłsudski? Kompletny dyletant w wielu kwestiach, zwłaszcza w gospodarczych i wojskowych. W 1939 r., Polska miała mniej zamolotów niż w 1926. Bo ten ignorant nie rozumiał, że to już 20 wiek. I stąd odstawienie gen. Sikorskiego (słabego polityka, ale znakomitego dowódcę wojksowego), stąd doprowadzenie do śmierci gen. Zagórskiego i Rozwadowskiego. Po karbonarsku, tak naprawdę. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *