Matuszewski: Co konserwatysta wiedzieć powinien? W odpowiedzi Magdalenie Ziętek-Wielomskiej

| 20 marca 2016 | 2 komentarze

902639_506652789398059_906848755_oKolejna odsłona polemiki, dotyczącej zarówno konserwatyzmu, jak i „żołnierzy wyklętych”, toczącej się pomiędzy naszym portalem, a kolegami z Konserwatyzm.pl,  wyszła spod pióra Magdaleny Ziętek-Wielomskiej.  

I.

Każdego, kto zna teksty Autorki, nie zdziwiło oparcie się przez nią m. in. na tym, co znamy obecnie pod nazwą cybernetyki społecznej. W swoim artykule pisze ona m. in.: „dyskusja wokół tzw. żołnierzy wyklętych, realizmu i konserwatyzmu, która toczyła się m.in. na łamach tego portalu, jest papierkiem lakmusowym do sprawdzenia <<przygotowania bojowego<< polskiej prawicy do prowadzenia walki informacyjnej”. 

Dalej następuje rozwinięcie tezy, zgodnie z którą MyslKonserwatywna.pl wraz z innymi przedstawicielami polskiej prawicy dała się zwieść manipulacji mediów głównego nurtu, kontrolowanych przez kapitał zachodni, której celem było zaprogramowanie przeciwnika tak, by  „nie stanowił żadnego realnego zagrożenia (…) Dobry przeciwnik, to słaby przeciwnik, a słaby przeciwnik to taki, który nie potrafi myśleć strategicznie, który nie potrafi prowadzić „rozpoznania” swojego przeciwnika, który po prostu nie zna podstawowych zasad sztuki wojennej. A jak można wroga zaprogramować w ten właśnie sposób? Metod jest wiele, jedną z nich jest stawianie za wzór osób, które same podstawowych zasad sztuki wojennej nie stosowały. A kto może pełnić rolę takiego właśnie „wzoru wychowawczego” dla Polaków? Oczywiście tzw. żołnierze wyklęci”.

Dalsza część wywodu Magdaleny Ziętek-Wielomskiej jest konsekwencją tego stanowiska i ma na celu jego wsparcie. Sam tekst zresztą jest dosyć porywający, jednak nie zmienia to faktu, że ocena Autorki jest bezpodstawna.

Jeżeli bowiem uznamy, że wrogie Polsce media, będące emanacją owych „kolonizacyjnych” dążeń sił niektórych państw UE (których istnienia nie neguję – wprost przeciwnie), chcą osłabić nasz patriotyzm i w imię własnych interesów odwrócić naszą uwagę od tego, co naprawdę istotne – to dlaczego tak nienawidzą Żołnierzy Wyklętych? Dlaczego nazywają ich faszystami i potępiają próby odnalezienia ich mogił? Z jakiego powodu oczerniają pamięć tych ludzi i wszelkie przejawy ich gloryfikacji? Jeżeli „dobry przeciwnik to słaby przeciwnik”, a Żołnierze Wyklęci są doskonałą okazją do sprowadzenia nas na manowce, to  powinno się nas raczej zachęcać do krzewienia ich kultu.

A jednak w przedmiotowym obszarze obserwujemy tendencję wprost przeciwną. Łupaszkę, Burego, czy Ognia uznaje się za narodowe zło, porównywalne niemal z nazistami; obiekt godny pogardy i przedmiot propagandowej medialnej manipulacji, której nie powstydził by się komunistyczny aparat społecznego programowania. Niejako automatycznie przychodzą tu na myśl słowa Stalina z roku 1943: „gdy obstrukcjoniści staną się zbyt irytujący, nazwijcie ich faszystami, nazistami albo antysemitami. Skojarzenie to, wystarczająco często powtarzane, stanie się faktem w opinii publicznej”. Czy nie tę samą strategię obserwujemy w mediach kontrolowanych przez zachodni kapitał? Co zgodnie z logiką rozumowania  Magdaleny Ziętek-Wielomskiej oznacza, że ŻW stanowią żywotne zagrożenie dla ich interesów.

Bo tak też jest. Jak pisałem w jednym z poprzednich tekstów: odrywają młodzież od historycznej i kulturowej pustki, a także są nośnikiem cnót, które przeszkadzają w sprowadzeniu narodu do poziomu stada bezmyślnych bydląt.

Niestety środowisko skupione wokół portalu Konserwatyzm.pl, a także sama Autorka przedmiotowego tekstu, prezentuje tu stanowisko zgodne z interesami naszych – jak ich nazywa – „kolonizatorów”. Jest ono przy tym oderwane od faktów historycznych i stanowi emanację subiektywnych odczuć względem tematu, a nie realnej ich oceny. Jako takie – jest bardzo niebezpieczne, gdyż prowadzi na  manowce. W przypadku Autorki mamy tu dodatkowo do czynienia z dosyć schematycznym myśleniem, jakie narzuca cybernetyka społeczna: jej dogmat to wszechogarniająca wojna informacyjna, fakty trzeba tylko pod nią jakoś podciągnąć. A jeżeli nie są zgodne z prawdą historyczną – tym gorzej dla historii. Czy to aby nie zakrawa na romantyczny poryw cybernetycznego ducha? I czy tak właśnie ma wyglądać polityczny realizm?

II.

Co do oceny polskiej prawicy: tu moje stanowisko jest podobne do tego, które prezentuje Magdalena Ziętek-Wielomska. Istotnie – nie mamy sił, a prawica – zwłaszcza narodowa, pełna jest haseł, których znaczenia ludzie ci często nie przestudiowali. W rezultacie powiewają narodowymi flagami, po czym wtapiają się w demokratyczną rzeczywistość i ślad po nich ginie. W najlepszym razie – jak Marek Jurek – tworzą oparte na dobrych chęciach, ale marginalne w swym znaczeniu, partyjki. W końcu, raczej wcześniej niż później, zwracają się do reprezentującego etatystyczną lewicę niepodległościową PiS-u o łaskawe przyjęcie ich na listy wyborcze, czym podtrzymują mit reprezentowania przez tę partię polskiej prawicy. Szkody w ten sposób wyrządzone pozostają niewspółmierne do doraźnych, często wyłącznie osobistych, korzyści.

Zgadzam się również ze stwierdzeniem, że „wrogowie decydują o tym, jak wygląda świat widziany oczyma przeciętnego polskiego prawicowca”. Tylko że dla mnie wnioski, jakie z w/w stanu rzeczy wynikają, są nieco odmienne.

Przede wszystkim oni decydują tylko dlatego, że im na to pozwalamy. Godzimy się na dyskurs w kategoriach i formule, jakią narzucają. Największe zwycięstwo demokracji polega na tym, że nawet konserwatywna prawica nie potrafi już myśleć o polityce w oderwaniu od jej realiów. Jasnym jest, że hasła to mało. W zasadzie nie dają one nic zwłaszcza, gdy używający ich nie rozumieją głębi skandowanych pojęć.

Niestety jestem pesymistą co do współczesnych możliwości odbudowy znaczenia prawicy takiej, jaką sam chcę widzieć. Nie ma kadr. Brakuje fundamentów. I dlatego tyle piszemy o Wierze, Etyce, Tradycji i Autorytecie. Bo to są fundamenty, w oparciu o które formować należy polski konserwatyzm oraz tych, którzy pewnego dnia – jeżeli Bóg pozwoli – wprowadzać będą jego zasady w codziennym życiu politycznym i społecznym.

W moim przekonaniu to, co czeka środowiska zachowawcze, to długotrwała praca u podstaw. Trzeba nam odbudować kadry, położyć finansowe podwaliny pod dalszą działalność, wreszcie – pracować we własnym otoczeniu po to, by powoli, mozolnie i w pełnym wyrzeczeń trudzie dążyć do odbudowy normalnego, przenikniętego duchem katolickim życia politycznego i społecznego. Odzyskiwać dlań każdy urząd, katedrę uniwersytecką, szkołę, redakcję, drukarnię, firmę, wreszcie każdą parafię… To praca na dziesiątki lat, dlatego jeżeli piszę o ludziach gotowych pracować bez nadziei na zwycięstwo, to nie myślę o romantycznym uniesieniu – raczej o jak najbardziej realnym pocie, wysiłku, przeciwnościach, a może również i politycznym wykluczeniu, które trzeba będzie znosić.

Masoneria do realizacji swoich celów wybrała sposób genialny, a projekt swój obliczyła na długotrwały wysiłek i powolne, żmudne osiąganie małych zwycięstw. To jest to, co musi zrozumieć współczesny konserwatyzm – i tę strategię trzeba nam wdrożyć. Niestety w przeciwieństwie do wolnomularzy nie mamy ludzi, którzy zaczną. Oni u zarania swoich dziejów dysponowali dwoma filarami, na których zbudowali swoją strukturę. Mowa o konsekwentnych w swym dążeniu członkach – nawet, jeżeli początkowo była ich ledwie garstka, a także podstawach finansowych, które potem rozbudowywali w oparciu o pozyskiwanie do swoich szeregów odpowiednich osób (arystokracji, bankierów, a nawet monarchów) oraz wzajemne wspieranie się (zarówno zawodowe, jak i biznesowe).

My nie mamy ani uformowanych kadr, ani też funduszy. Należy zrozumieć, że bez odpowiedniego wychowania ludzi konserwatyzm nawet nie rozpocznie pracy, jaką ma wykonać. A tych uformować może tylko w oparciu o bezwzględną wierność Bogu i swojemu paradygmatowi. Nie wolno tego trwonić i rozmieniać na drobne – inaczej zrobimy dokładnie to, czego oczekuje nasz przeciwnik. Najgorszym dlań wrogiem jest dogmat. Przekonanie o tym, że istnieją prawdy i prawa nienaruszalne. Podstawowym celem masonerii u jej zarania było przekonanie ludzi, że wszystko można dyskutować, każdą prawdę podważyć, a wszystkie opcje polityczne, ba – nawet religie i zachowania seksualne, mają takie same prawa. Naszym zadaniem jest odwrócenie tego procesu. Należy przywrócić dogmatom należne im miejsce – to na początek. Pracę od podstaw rozumiem jako powrót do podstaw, przede wszystkim do konserwatywnych kategorii.

To, co tak krytykuje Magdalena Ziętek-Wielomska, to nasze trwanie przy owych – jak je nazywa – „szumnych hasłach”, nie jest niczym innym, jak tylko rozpoczynaniem pracy w takim właśnie duchu. Przypominamy o fundamentach po to, by na nich budować. Nie wiemy nawet, czy to nam będzie dane budowę tę rozpocząć. Nie zmienia to zresztą faktu, że pojęcia te – zwłaszcza Etyka, nie są dla nas celem samym w sobie, nie są strategią, nie stanowią też jedynego obszaru naszego politycznego zainteresowania. Tylko że bez nich, bez tych czterech wspomnianych wyżej filarów, nie będzie konserwatyzmu – co najwyżej jego karykatura.

III.

Poza-merytoryczna wymowa tekstu Magdaleny Ziętek-Wielomskiej jest dosyć jasna: my się nie znamy, a jedyny model prawicowego ujęcia polityki to ten, który reprezentuje ona sama et consortes z Konserwatyzm.pl oraz szkoły cybernetyki społecznej.

Podstawowy błąd, jaki w moim przekonaniu popełniają koledzy z w/w portalu, to skupienie się na narzędziach – a nie na celu ich stosowania. Są one ważne – to jasne, trzeba je odpowiednio dobrać, a także – by użyć języka technicznego – skalibrować do naszych potrzeb. Tyle, że winny być one stosowane w określonym celu, ergo: konserwatysta musi ciągle mieć na uwadze to, do czego dąży, a nie ograniczać się wyłącznie do spraw technicznych przy równoczesnym zamknięciu się na sacrum. A to właśnie czyni moja oponentka. Z niedoskonałych narzędzi czyni wyrocznię, cybernetyka tłumaczy jej wszystko.

Różnica między nami polega na tym, że nas budowa konserwatyzmu w oparciu o pseudonaukę, ignorującą lub upraszczającą fakty historyczne, a czasem wręcz uprawiającą dziejowe bajkopisarstwo (vide przykład dra Brzeskiego i szukania przezeń służb specjalnych w starożytnym Rzymie) nie interesuje. To jest docinanie faktów pod własną, z góry ustaloną, tezę. Jakkolwiek główny zamysł cybernetyki jest godzien uwagi, to jego przeprowadzenie pozostawia niestety wiele do życzenia. Być może to brak intelektualnych podstaw? A może niewłaściwe przygotowanie teoretyczne, uniemożliwiające właściwe odczytanie faktów w ich pełnym, naturalnym świetle? Trudno wszak budować konserwatyzm na wywodach byłego szefa szkolenia ORMO – bo taką m. in. funkcję pełnił śp. doc. Kossecki. Jego książka, uznana przez moją oponentkę za dzieło wybitne, a omawiająca podstawy nacjokratyzmu (definiowanego jako naukowy nacjonalizm) niemal od razu przychodzi na myśl inny ustrój, panujący u nas przez lat bez mała 60, podobno również budowany na podstawach naukowych… My uznajemy, że nauka ma służyć prawdzie, a nie kreować ją od nowa według własnego uznania. Nie będzie zdrowego państwa i normalnego ładu społecznego bez uporządkowania tych spraw przez katolicką etykę i zwieńczenia ich królewską koroną. Opisywanie sztucznych tworów ideowych (nacjonalizm jest wszak dzieckiem rewolucji francuskiej) za pomocą pseudo-nauki niczego nie da. Kiedyś będzie to co najwyżej politologiczna ciekawostka bez większego znaczenia praktycznego.

Moja Oponentka prosi, by nie odpisywać na jej tekst „szafując na lewo i prawo wielkimi hasłami, załamując ręce, wydając jęki bólu i moralizując”. Jeżeli załamuję ręce, to tylko dlatego, że tak trudno dziś osobom podającym się za reprezentantów konserwatywnej prawicy zrozumieć istotę konserwatyzmu i stosunek stosowanych przezeń narzędzi do przyświecającego mu celu. Ból wywołuje trudność, z jaką nawet osobie o tak wielkiej inteligencji i erudycji, jak moja Oponentka, przychodzi przyjęcie do wiadomości, że konserwatyzm bez Wiary, Etyki, Tradycji i Autorytetu nie istnieje. „To są cztery filary – pisze Konstanty Broel-Plater – a właściwie monolity, na których wspiera się cała budowa gmachu konserwatyzmu i których trwałość i jednolitość winna być bezwzględnie uszanowana. Jaką budowę przyjdzie nam w obecnej chwili na nich oprzeć, to rzecz drugoplanowa, to już wkracza w dziedzinę zmiennych taktycznych poczynań, ale musimy utrzymać jako niewzruszoną doktrynę wartość, siłę, wytrzymałość i stałą konserwację owych monolitowych podstaw, niezbędnych dla podjęcia w przyszłości jednolitej pracy uświadomionego zespołu”.

Mariusz Matuszewski

 

Kategoria: Mariusz Matuszewski, Myśl, Publicystyka

Komentarze (2)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Ywinel pisze:

    Jakieś 2300 lat temu Mencjusz pisał o ludziach "w dawnych czasach":

    „Ludzie w dawnych czasach (…), chcąc dobrego rządu w swoich krajach najpierw ustanawiali porządek w swoich własnych rodzinach; chcąc porządku w domu najpierw stosowali dyscyplinę wobec siebie; pragnąc samodyscypliny oczyszczali swoje własne serca; a chcąc oczyścić swoje własne serca poszukiwali precyzyjnych definicji to znaczy całkowitej i bezkompromisowej uczciwości."

    My po 2000 lat Kościoła mamy całkiem niezły zestaw owych "precyzyjnych definicji" albo jak napisał autor filarów czy monolitów, a dla mnie zrębów naszej wiary. Tak czy siak droga naprawy wiedzie przez rodzinę, a w niej kluczowy jest główny cel małżeństwa !!!

    Gdyby ten temat zainteresował redakcję, to polecam się.

    Dziękuję za obronę owych Zrębów, bez nich tradycjonalizm jest śmieszny i psu na budę !!!

  2. Mariusz Matuszewski pisze:

    Jasne, że ta tematyka nas interesuje. Proszę o kontakt na maila.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *