Kisiel: Rozwodnicy mogą przyjmować Komunię Świętą? (rzecz o Amoris Laetitia)

Publican-Amoris-Laetitia-FranciscoAdhortacja papieska „Amoris Laetitia” jest papieskim podsumowaniem i interpretacją ostatniego „dwu-turowego” synodu o rodzinie. Na pierwszy rzut oka jest to tekst trudny i wielopoziomowy, wielu ludzi zarzuca mu mętność i brak jasnych wskazówek co do postępowania, jakimi mają się kierować zarówno wierni, jak i spowiednicy.

Z podziwu godną szczerością punkt 308 wyjaśnia: „Rozumiem tych, którzy preferują bardziej precyzyjną troskę duszpasterską która nie pozostawia przestrzeni na niedopowiedzenia[1].” Dalej „Obkładamy miłosierdzie tak licznymi warunkami, że opróżniamy je z jego konkretnego znaczenia (…) To najgorszy sposób by rozwodnić Ewangelię”.

Już tutaj chciałoby się powiedzieć, że jest to klasyczne odwrócenie kota ogonem. Podczas gdy katoliccy moraliści przez ostatnie tysiąc lat starali się wyciągnąć zarówno wiernych, jak i spowiedników, ze stanu niewiedzy co do grzechu, dzisiaj próby „konkretnych” sformułowań określa się jako rozwadnianie znaczenia miłosierdzia.

Zacznijmy od „definicji” miłosierdzia i jego historii. Człowiek powodowany pychą i podszeptem diabła, postanowił sam sobie być prawem i nie słuchać prawa Boga. Tym samym chciał pójść drogą samoubóstwienia. Był to grzech pierworodny, czego symbolem było zerwanie jabłka z Drzewa Poznania. Grzech pierworodny, to pierwotne zaburzenie całego świata, fundamentalnie zmieniło rzeczywistość ludzką, gdyż od tej pory człowiekowi towarzyszyły zbrodnie, grzechy, nieuporządkowanie, słabości i śmierć. Człowiek wybrał własną drogę niedoskonałego, fragmentarycznego poznania – i buntu wobec Boga zamiast zaufania w to, że tylko On daje życie. Dzięki Jezusowi Chrystusowi ten błąd natury ludzkiej udało się naprawić w ten sposób, że kiedy człowiek – ufny w miłość Boga do swojego stworzenia i w to, że Bóg chce dla niego dobrze – wyznaje swoje przewiny, może liczyć – pod warunkiem szczerego i autentycznego żalu – na miłosierdzie Boże. Powrót do Boga nie odbywa się zatem poprzez zmianę Bożego prawa, tylko poprzez dobrowolny akt żalu za jego złamanie. Choć cudzołożnica z Ewangelii zgrzeszyła i to bardzo ciężko, to wyznając szczery żal za grzechy i czyniąc potem bez grzechu – uratowała się od potępienia, czego symbolem było ukamieniowanie. Nie ma innej drogi miłosierdzia jak poprzez Jezusa Chrystusa, który w konfesjonale odpuszcza grzechy – choćby to były grzechy najstraszniejsze. To nie nasze widzimisię decyduje o tym, co jest grzechem – my tylko się do niego przyznajemy i staramy się unikać. Jeśli kochasz kogoś, robisz dla niego wszystko. Jeśli kochasz Boga – unikasz dla Niego grzechu, bo grzech jest obrazą Boga.

Grzech – szczere się przyznanie do grzechu – odpuszczenie grzechu. Taka jest logika Bożego miłosierdzia, bo Bóg wie, że jesteśmy istotami ułomnymi i my nie możemy jak Adam ukrywać się przed nim. Zostaniemy prześwietleni na wylot i tak. Decydującym momentem jest akt pokory, w którym wykazujemy odwagę do przyznania się do swoich grzechów i postanowienie poprawy, co jest niejako sprawdzianem naszej dobrej woli. Jest to akt oddania swojego serca i woli Bogu i położenie ufności w Jego dobroć.

Dotychczas starania duszpasterzy, biskupów, papieży i teologów moralnych kierowały się na to, by możliwie precyzyjnie określić sytuację grzechu, aby wiedzieć, kiedy naprawdę musimy żałować przed Bogiem naszej Jego obrazy. Nie będziemy dalej tego roztrząsać, aczkolwiek należy pamiętać, że grzech musi być dokonany w pełnej świadomości, z własnej, nieprzymuszonej niczym (nawet wewnętrzną kompulsją czy wzburzeniem) wolnej woli.

W przypadku sakramentu małżeństwa, a pamiętajmy, że Kościół uznaje także „małżeństwa naturalne” (ceremonie kościelne to wynalazek jak na historię Kościoła – ze średniego okresu Jego historii), szafarzami sakramentu są jego małżonkowie. Do ważności potrzeba dwóch świadków. Kapłan katolicki jako taki udziela błogosławieństwa, ale nie jest szafarzem sakramentu. Zatem warunki ważności udzielenia sakramentu odnoszą się w szczególności do samych małżonków. Muszą mieć oni intencję i nieprzymuszaną wolę – ani z zewnątrz (przemoc, uprowadzenie), ani z wewnątrz (kłamstwo – np. zatajenie bezpłodności lub niedojrzałość psychiczna). „Przypieczętowaniem” małżeństwa ze strony małżonków jest konsumpcja sakramentu, czyli pożycie małżeńskie.

Oczywiście małżeństwo, które zostało skonsumowane, trwało 5-10 lat i którego owocem są dzieci, a potem się rozpadło, nie podpada jako „niebyłe”, albo pod „niedojrzałość”. Byłoby to pociągnięcie „niedojrzałości” jako powodu stwierdzenia nieważności małżeństwa, do absurdu. Propozycja synodalna niemieckich hierarchów, aby „skatalogować” takie przyczyny nieważności, które można odnieść do niedojrzałości, nie pomaga w tym, że każda z nich może być odczuwana subiektywnie. Sytuacja małżeństwa, w którym mąż lub żona jest alkoholikiem, jest trudna, ale nie jest niemożliwa do uzdrowienia. Są przypadki nawrócenia współmałżonka z alkoholizmu. Z kolei komuś nieznośna wyda się zwykła nuda lub nerwica natręctw u partnera na tyle, że nie podejmie starań. Co wtedy? Nie można stosować zasady niedojrzałości (a w adhortacji pojawiają się takie sugestie) w przypadku związków, które zostały nieprzymuszenie zawarte i które są od paru lat konsumowane.

Język adhortacji, zdaje się, obrał drogę „redefinicji” grzechu, jakim jest nierząd w ponownym związku cywilnym. Punkt po punkcie przedstawię ukrytą logikę Amoris Laetitia, wraz z wypowiedzią podsumowującą prezentację kard. Schönborna, który redagował adhortację i przez Papieża został wskazany jako interpretator[2]. W tej samej wypowiedzi Papież Franciszek jasno stwierdza, że nastąpiły zmiany w dyscyplinie sakramentu małżeństwa i Komunii Świętej. W odpowiedzi na pytanie Francisa Rocca z Wall Street Journal, czy rozwodnikom pozwala się na przystępowanie do Komunii Świętej[3] na konferencji prasowej po prezentacji Amoris Laetitia, kard. Schönborn

Oczywiście, można się chwilę zastanowić nad „nowymi możliwościami”.

  1. Zawsze istniała możliwość wyznania swoich grzechów.
  2. Zawsze istniała możliwość życia z kimkolwiek „jak brat z siostrą”, jeśli np. utrzymanie dzieci tego wymagało. Surowo wskazana była tylko wstrzemięźliwość seksualna.
  3. Zawsze istniała możliwość indywidualnego duszpasterstwa, jak i możliwość zaangażowania się w działalność katolickich organizacji i wspólnot.
  4. Nigdy nie może istnieć możliwość dopuszczenia do godnego przyjmowania Komunii Świętej zatwardziałego grzesznika, o ile o takim czymś wie szafarz sakramentu Świętej Komunii – przeczyłoby to miłosierdziu i pokorze ludzi, którzy ze swoich grzechów chcą się nawrócić – i robią to pomyślnie, ufając w Bożą pomoc.
  5. Zatwardziałość grzesznika nie może być tłumaczona jego niemocą, bo dla Boga nic nie jest niemożliwe. Wstrzemięźliwość seksualna nie była straszną torturą, dopóki nie zaczęliśmy żyć w czasach powszechnie dostępnej pornografii, jak i ogólnej erotyzacji życia powszechnego.
  6. Należałoby zatem mocniej zaatakować to, co przeszkadza ludziom żyć we wstrzemięźliwości seksualnej jako główną przeszkodę na drodze do pojednania z Bogiem.

Niestety, logika Amoris Laetitia jest inna. Jest skrajnie kompromisowa, a z uwagi na swój zawiły język, pozwala na wielość interpretacji. Oczywiście, brak wyrażenia explicit verbis, które by dopuszczało „rozwodników” do Stołu Pańskiego. Mogłoby brzmieć np. tak:

„Osoby po rozwodzie, znajdujące się w ponownym związku, subiektywnie przekonane do nieważności pierwszego małżeństwa wskutek jego rozpadu, nie żyjące we wstrzemięźliwości seksualnej, z uwagi wierność sobie, warunkującą dobrą opiekę nad dziećmi, mogą zostać dopuszczone do Komunii Świętej o ile uzasadnią, że zrobiły wszystko, co ich w mocy, aby uratować (sakramentalne?) małżeństwo. Po wysłuchaniu przez lokalnego biskupa tego uzasadnienia, musi On zdecydować, czy wobec faktu rozpadu takiego małżeństwa, nie było ono od początku nieważne, wobec czego nie ma obiektywnych przeszkód, by błogosławić „ponowny”, a de facto pierwszy sakramentalny związek osoby po takim rozwodzie.”

Dopiero kiedy takie stwierdzenie padłoby ex cathedra, można by mieć 100% pewność zmian w dyscyplinie sakramentalnej. Jednak 100% pewność najwyraźniej można mieć dopiero w następnym życiu. Tutaj jednak postaramy się wykazać, że takie stwierdzenie można logicznie wywieść ze słów samej adhortacji i z „atmosfery”, jaka towarzyszy interpretacji jej słów.

Jednakże znowu pada wtedy pytanie o zasadność publikacji takiego dokumentu, trudnego, niejasnego i kontrowersyjnego. Zdaniem kard. Schönborna, zawiera on w sobie „istotne nowelizacje”, jednocześnie będące „ciągłością” w nauczaniu Kościoła.[4]

Zauważmy, że namaszczony przez Papieża kard. Schönborn, sam wychowywany w młodości w „ponownym związku” swojej matki, unika jednoznacznych deklaracji jak ognia. Pytanie, jakie należałoby zadać, jest proste: „Czy nadal potrzeba żyć jak brat i siostrą, aby otrzymywać Sakramenty Kościoła Świętego?” Austriacki kardynał wskazuje na (niestety także w Familiaris Consortio) niedopowiedzianą kwestię, kiedy człowiek przekonany jest o nieważności pierwszego małżeństwa[5]. Chciałoby się pociągnąć Jego Ekscelencję za język i dopytać: Czy taki człowiek ma prawo do łoża z drugą osobą, kiedy jest „subiektywnie przekonany”? Naturalnie byłby to absurd, gdyż nawet będąc przekonany o nieważności węzła, trzeba by zawrzeć z następną osobą legalny węzeł małżeński, aby mieć prawo do ołtarza małżeńskiego. Tutaj trzeba by uznać „naturalne małżeństwo” bez błogosławieństwa kapłana za równoważne ze ślubem „kościelnym”, zawarte w Urzędzie Stanu Cywilnego (ewentualnie przed jakimś wodzem plemiennym) – z przysięgą „aż do śmierci” – co byłoby powrotem do praktyki sprzed wprowadzenia ślubu kościelnego. Nie byłoby to zatem novum, tylko uprawnioną zmianą w obrębie samej dyscypliny sakramentu. Nie naruszałoby to doktrynalnego stwierdzenia o nierozerwalności małżeństwa. Jak jednak zastosować ten ustęp w stosunku do związku „wolnego” (konkubinatu), jest już całkowicie niewytłumaczalne.

293. „Kiedy związek osiąga stabilność (…) zdolność do przezwyciężania prób, to może być przeżywany (…) w rozwoju ku sakramentowi małżeństwa”.

Jest to pozornie nieistotny (bo oczywisty) fragment. Jednak później „próba” zostanie dokładniej zdefiniowana. Ten fragment odnosi się do ponownych związków, które „przezwyciężają próbę”, a konkretnie, gdy chodzi o wychowanie dzieci w nowym związku – także tych, które z tego związku pochodzą. Adhortacja pomija całkowicie, co zawsze w nauczaniu katolickim było największą próbą dla związku „w rozwoju ku małżeństwu”, mianowicie wstrzemięźliwość seksualna jako wyraz wierności (bo wyraz jednoczesnej wyłączności) przyszłemu małżonkowi. Jest to pominięcie absolutnie celowe, o czym przekonamy się później. Kard. Schönborn na wspomnianej wyżej konferencji prasowej zaznacza, że duszpasterz musi towarzyszyć każdemu „związkowi ludzi”, aby „naświetlić ich sytuację” i „wskazać drogę powrotu do Boga”. To oczywiście bardzo piękne słowa, które definiują powinność kierownictwa duchowego, jakie jest praktykowane w Kościele od samego początku. Jednak i tutaj pojawia się pytanie: Czy to naświetlanie sytuacji może doprowadzić do tego, że Kościół kierowany względami miłosierdzia, odpuści „to i owo”? W końcu normy etyczne nie mają być „kamieniami rzucanymi w ludźmi”.

Zauważmy, że takie pytania rozmnażają się wskutek wymijających wypowiedzi hierarchów Kościoła, na czele z Papieżem Franciszkiem, autorem adhortacji i kard. Schönbornem, który zdaniem Papieża odpowiada za jej teologiczną prezentację (czyli: interpretację). Przypomnijmy, że Jan Paweł II przestrzegał w osławionym już 84. punkcie Familiaris Consortio przed zamętem, jakie mogą w nauczaniu Kościoła doprowadzić nieścisłości i niekonsekwencje w tym temacie[6]!

Tekst adhortacji w punkcie 293 nalega, by „nawiązać dialog duszpasterski z osobami, które nie żyją już w tej rzeczywistości”, tj. w rzeczywistości etyki moralnej Kościoła Katolickiego, implicite oczywiście znowu chodzi o wstrzemięźliwość i czystość[7]. „[Należy] poznać elementy ich życia”. Niezrozumiałe jest, dlaczego Papież Franciszek wprost nie powie: „Porozmawiać o ich obiektywnym grzechu i wskazać na ich przyczynę oraz skutki, jakie będą mieć w życiu dalszym – a także i przede wszystkim w życiu wiecznym”. Mówiąc najprościej: Dlaczego nie ma jasnego nawołania do nawrócenia? Jeśli solą w oku takiego związku jest moralność Kościoła, to jedyne, co można zrobić, to w sposób delikatny i życzliwy postarać się wyjaśnić przyczyny takiego, a nie innego stanowiska. Niestety, w wielu przypadkach decyduje zatwardziałość serca i proste non serviam, chęć folgowania sobie i przyjemności. Ludzie bez wrażliwości na to, że nie ma miłości Chrystusowej bez krzyża, tzn. wyrzeczeń (w tym przypadku wyrzeczeń w sferze seksualnej), nie będą chcieli się nawrócić. Naszym głównym problemem jest, jak w obecnym świecie, pełnym wygód, wyjaśnić konieczność Krzyża. To nie jest „rzucanie kamieni”, tylko stwierdzenie odwiecznej trudności człowieka do przyznania się przed Bogiem ze swoich występków. Zamiast tego mamy próbę redefinicji występku, tj. grzechu. Coś, co wcześniej było obiektywnie i jasno grzechem, teraz z uwagi na fałszywie pojmowane miłosierdzie, grzechem być przestaje.

294. „Wybór ślubu cywilnego lub (…) życia razem bez ślubu często jest motywowany sytuacjami kulturowymi lub okolicznościami przypadkowymi”.

Ten punkt jest niezrozumiały w świetle całej adhortacji, pełnej pięknych słów na temat potrzeby bardziej zakrojonego duszpasterstwa. Tutaj zamiast objaśniać ludziom, że ślub sakramentalny jest radosnym spełnieniem miłości dwóch osób w Bogu, po prostu uznaje się, że ludzie protestują przeciwko Kościołowi, a mimo tego i mimo (albo z powodu) długoletniego współżycia w końcu proszą o ślub w Kościele, bo podskórnie czują słuszność, że miłość znajduje spełnienie jako sakrament właśnie w ten sposób. Nie wolno oczywiście osądzać wyborów takich ludzi, jako, że nawrócenie może nastąpić także i po ślubie (jednak spowiedź oraz jakieś proporcjonalne zadośćuczynienie nie mogą być tutaj pominięte!). Jednakże takie „zrównanie” z „odblaskiem miłości Boga” powoduje, że pary narzeczeńskie, które żyją w czystości przed ślubem, starają się w zasadzie na darmo. Ich miłość jest takim samym odblaskiem (bo, co oczywiste, jeszcze nie spełnieniem) jak pary niemające problemu, poza problemem z „przeciwnego instytucjom sposobu myślenia”, z nierządem przedmałżeńskim lub de facto cudzołóstwem.

297. Ten punkt jest ważny, ponieważ wskazuje na główne uzasadnienie – jest to swoiście pojmowane miłosierdzie. Kościół ma znaleźć miejsce w pracy instytucjonalnej nawet dla ludzi afiszujących się z grzechem (!) nie zważając na to, że dawanie „stanowiska” takim osobom jest niejako afirmacją ich sposobu bycia (tj. afiszowania się z grzechem). To nie jest „bezwarunkowe i bezinteresowne” miłosierdzie, tylko brak miłosierdzia wobec tych, co przynajmniej starają się nawrócić. Choć w tym punkcie podkreśla się konieczność nawrócenia, to jednocześnie wprowadza się pojęcie „ideału chrześcijańskiego”. To pojęcie ma w domyśle zastąpić pojęcie „normy” i „zasady”. Pamiętajmy, że „norma” i „zasada” jest obowiązująca dla wszystkich, takie jest leksykalne znaczenie tych słów. Normą jest na przykład mówienie „dzień dobry” na przywitanie, „zasadą” jest zakaz kradzieży cudzego mienia lub przejazdu na czerwonym świetle. Normy i zasady oczywiście można łamać, jednak nie obywa się to bez określonych konsekwencji. „Ideał” ma z kolei znaczenie wartościujące – oznacza implicite coś, co można osiągnąć w wielkim trudzie, lub co nawet jest niemożliwe do osiągnięcia. Niegdyś Chesterton przepowiadał, że zamiast być regułą, „wierność małżeńska” będzie właściwa świętym. Z humorem dodawał, że małżonkom, którzy wytrwają w wierności żonie, będzie się stawiać pomniki. Język adhortacji do tego się sprowadza: Od tej pory wierne sobie aż po grób małżeństwo staje się heroicznym ideałem świętości. Na pierwszy rzut oka jest to dowartościowanie = na drugi i trzeci – relatywizacja. Ideał nie jest zobowiązujący. Ideałem patrioty jest w krytycznej sytuacji umrzeć za Ojczyznę, ale to jego wybór i nie musi tego robić. Może być patriotą, który nie chce się aż tak poświęcić. Przekaz jest jasny: Małżeństwo chrześcijańskie to forma heroiczności cnót, wzniosły ideał, ale nie wiemy, czy osiągalny.

298. Jeden z ważniejszych punktów adhortacji i jeden z jaśniejszych. Najważniejsze wnioski pokrywają się z naszą propozycją jasnego tekstu, który mógłby podsumować cały tekst adhortacji:

1. Osoby rozwiedzione, żyjące w nowym związku, żyją w różnych sytuacjach.

2. Te sytuacje wymagają różnego „rozeznania osobistego i duszpasterskiego”.

3. Drugi związek może się z czasem umocnić, „z nowymi dziećmi i ze sprawdzoną wiernością”.

4. Taki związek nie może się rozejść z uwagi np. na wychowanie dzieci.

5. Istnieje przypadek osób, które „podjęły wielki wysiłek” by uratować pierwsze małżeństwo

6. Należy wobec tego kierować się „odpowiednim rozróżnieniem”.

299. Tutaj mamy ciekawy fragment o tym, że zatwardziali grzesznicy (rozwodnicy cudzołożący w nowym związku cywilnym) mogą mimo to korzystać z darów Ducha Świętego. Jest to niewątpliwie heterodoksyjne stwierdzenie, bo z uwagi na grzech, w chrześcijaninie pozostają tylko cielesne znamiona, podczas gdy życie nadprzyrodzone, niebiańskie, w nich niejako „umarło”. Dary Ducha Świętego odnoszą się do życia nadprzyrodzonego. Jednak interpretację tego bardzo ciekawego pasażu pozostawiam teologom.

Ważny jest fragment:

7. „Oni [osoby, które zawarły ponowny związek cywilny – przyp. ja] nie muszą czuć się ekskomunikowani, ale mogą żyć i rozwijać się jako żywe członki Kościoła”.

Przecież św. Jan Paweł II potwierdził, że nie ma żadnej ekskomuniki, jeśli żyje się „jak brat i siostra”? Po co zatem w adhortacji znajduje się taka oczywistość? Z prostego powodu. Odnosi się ona do „nowych możliwości”, jakich nie było wcześniej!

300.

8. „Zachęta do odpowiedzialnego rozeznania osobistego i duszpasterskiego indywidualnych przypadków”.

9. Nie w każdej sytuacji jest „równy stopień odpowiedzialności”, wobec czego „konsekwencje lub skutki danej normy nie muszą być takie same”

Czego miałaby dotyczyć odpowiedzialność? Jakie są konsekwencje danej normy? Tutaj trafiamy na kluczową trudność w interpretacji Amoris Laetitia. Sam fakt, że jest tutaj olbrzymi teren do spekulacji (a spekulacja to „teren diabła”, jak mawiał jeden ze świętych), jest już skandaliczny.

Można tutaj założyć trzy możliwości.

Pierwsza: odpowiedzialność i konsekwencje odnoszą się do dopuszczania osób rozwiedzionych, „konsumujących” nowy związek cywilny, do działalności Kościoła – mamy tu na myśli posługi lektorskie, w chórze, w kancelariach parafialnych, w dziełach dobroczynności. Zakładam przy tym, że nie odwołujemy się do przypadku odmawiania chrztu dziecku rozwodnika, ani dopuszczaniu go do innych sakramentów, tylko o skutkach dla tej konkretnej osoby (a nie jej krewnych). Zatem ogólnie byłoby to nawołanie, aby poprzez wspólną pracę na rzecz parafii czy np. Caritasu, oraz poprzez nienamolne, ale delikatne i sprytne duszpasterstwo, „naprowadzać” taką osobę na ścieżkę nawrócenia. Jest to mocno optymistyczny wariant i jedyny zakładający absolutnie dobrą wolę jeśli chodzi o nienaruszalność dyscypliny sakramentalnej.

Druga możliwość jest całkowicie inna. Otóż konsekwencje, o których mowa, odnoszą się po prostu do otrzymania absolucji podczas spowiedzi i otrzymania Komunii Świętej. 8 poprzednich punktów, jak i kilka następnych, które wskażemy, wykazywałyby zatem jakie powody mogłyby usprawiedliwić rozwodnika „konsumującego” drugi związek cywilny.

Trzecia możliwość, najbardziej możliwa, odnosi się do tego, że wobec synodalnego pata między zwolennikami „ortodoksji” a „Kościoła otwartego” zdecydowano się celowo uniknąć jasnej odpowiedzi, przynajmniej do czasu, aż zwycięży ta lub inna praktyka. Oznaczałoby to jednak, że sytuacja ortodoksyjnych hierarchów w Kościele jest krytyczna i wybrano taktykę „udawania, że nic się nie zmieniło, bo zmienić się przecież nie może”.

Następne punkty są opatrzone wymownym nagłówkiem „okoliczności łagodzące w rozeznaniu duszpasterskim”. Należałoby się zapytać, co łagodzą? Czy znowu chodzi np. o zmniejszenie pokuty w przypadku nawróceniu grzesznika (czyli dla grzesznika z Koszalina obowiązek pielgrzymki na Jasną Górę, a nie do Fatimy, albo odmawianie różańca przez tydzień, a nie przez rok?)? Czy chodzi o złagodzenie „dostępu” do Komunii Świętej?

Znowu mamy do czynienia z tekstem, który pozostawia absolutną dobrowolność w interpretacji. I tak „ortodoksi” będą uważali, że nie zmieniło się nic, bo nie ma nic explicite verbis, tak „niemieccy” kardynałowie będą uważali, że logika pozwolenia w wyjątkowych przypadkach jest incplicite.

„Dlatego nie można już powiedzieć, że wszyscy, którzy są w sytuacji tak zwanej nieregularnej, żyją w stanie grzechu śmiertelnego”. Tutaj musimy powrócić do punktu 298, gdzie jest przypis do Familiaris Consortio 84: „Kościół wie, że są sytuacje, w której partnerzy – z poważnych powodów – np. wychowywania dzieci – nie mogą spełnić zobowiązania do oddzielenia łoża”. Przypis 329 mówi wyraźnie, że „gdy brakuje pewnych form okazywania intymności […] często wierność jest zagrożona [w nowym związku], a do tego zagrożenia wciągnięte zostają dzieci”.

W punkcie 293 wspomnieliśmy, że „osiąganie stabilności” zostało uznane jako krok związkowi ku sakramentowi małżeństwa. Czy wierność i wspólne wychowanie dzieci są warunkami uznania takiego związku za stabilny? Tak, ponieważ w punkcie 298 dopuszcza się możliwość, że „drugi związek, który umocnił się z czasem, z nowymi dziećmi, ze sprawdzoną wiernością” jest wartościowany pozytywnie, a przypis 329 sugeruje, że bez „pewnych wyrazów intymności” „nierzadko wierność może być wystawiona na próbę”[viii].

Oczywiście, można to uznać za nieszczęśliwą koincydencję w doborze słów i ich umiejscowieniu. Metodyka jest jednak jasna, kiedy czytamy punkt 302 o zmniejszeniu odpowiedzialności za działanie, a nawet jej zmniejszeniu. Wspomina się o „niedojrzałości uczuciowej, nabytych nawykach, stanach lękowych lub innych czynnikach psychicznych czy społecznych”. Dopuszcza się zatem możliwość masowej niedojrzałości psychicznej i zjawiska masowej nieważności małżeństw.

305. „Pośród obiektywnej sytuacji grzechu osoba, które nie jest subiektywnie winna albo nie jest w pełni winna, może żyć w łasce Bożej”.

Przypominajmy, że łaska uświęcająca jest warunkiem do przyjęcia godnego i ważnego Komunii Świętej. Myślę, że logika adhortacji Amoris Laetitia jest już w pełni odsłonięta:

  1. Są różne sytuacje, w jakich znajdują się rozwodnicy w ponownych związkach.
  2. Jasne i bezsporne jest, że wina moralna nie zawsze jest w każdym przypadku taka sama.
  3. Z uwagi na to, zadaniem spowiedników i duszpasterzy jest rozeznać sytuację takich osób.
  4. Jeśli położono „wielki wysiłek” na ratowanie pierwszego małżeństwa, a wskutek „społecznych przyczyn” i niezrozumienia dla „ideału chrześcijańskiego” weszło się w następny związek, który nie można rozwiązać z uwagi na dobro dzieci z tego nowego związku (ewentualnie starego), to konsekwencje (czyt. subiektywna wina) nie będą takie same.
  5. Spornym jest pole „konsekwencji”, jednak stwierdzenie w punkcie 302 wyraźnie sugeruje się coś w rodzaju masowej nieważności małżeństw z powodu nieuznawania nauki Kościoła, a w 305 braku wyłączenia z sakramentów, co logicznie wynika ze stwierdzenia, że niektóre osoby w rzeczonej sytuacji mogą żyć w łasce Bożej mimo obiektywnego grzechu.
  6. Nie ma sensu mówić o „różnych konsekwencjach”, jeśli nie dotyczą one właśnie dostępu do Sakramentów. Jeśli ktoś zatwardziale tkwi w obiektywnym stanie grzechu (por. Familiaris Consortio, punkt 84), będzie „wyłączony” z Komunii Świętej – Kościół nie może nic w tym fakcie jako instytucja zmienić, jednocześnie nie grzebiąc swojego autorytetu. Zatem czego dotyczy rozróżnienie nt. konsekwencji?

Wracamy też do podstawowego konfliktu. Z jednej strony mamy następujące fragmenty pisma:

Rdz 2, 24, 25 – fragment, na który powoła się Jezus Chrystus, jako świadczący o pierwotnym zamyśle Stwórcy (por. także „Teologia Ciała” Jana Pawła II). Dalej Wj, 20,14 „Nie będziesz cudzołożył”, co zostało wzmocnione Wj 20, 17. Potem Łk 16, 16-18: „Lecz niebo i ziemia wpierw przeminą, nim choćby jedna kreska z Prawa przepadnie. Każdy, kto rozchodzi się ze swoją żoną i bierze inną, cudzołoży. I ten, który opuszczoną bierze za żonę, również cudzołoży.” Jezus Chrystus w Ewangelii św. Łukasza uroczyście podkreśla znaczenie wierności Prawu w kwestii małżeństwa. W Ewangelii wg św. Mateusza mamy jakby dalszy ciąg, gdyż faryzeusze, chcąc złapać na nieścisłości Jezusa, przypominają, że Mojżesz pozwolił dawać listy rozwodowe. Jezus Chrystus jednak kategorycznie wskazał powód tego (zatwardziałość serc) i przypomina początkowy zamysł i nakaz Boga. Łącząc zatem Mt 19,3-9 z Łk 16-18 mamy zatem pewność, że pierwszym zamysłem prawa, „z którego ani jedna kreska nie przepadnie” była jedność mężczyzny i kobiety, kiedy udzielą sobie sakramentu małżeństwa, gdyż wtedy złączy ich Bóg – na zawsze. „Co Bóg łączy, tego niech człowiek nie rozdziela”.

Całość rozchodzi się o fakt, czy mamy do czynienia z małżeństwem nieważnym (ponieważ niezawartym w pełni świadomie i nieprzymuszenie), czy nie. Jest to jednak inna sytuacja od tej, w której małżeństwo – z jakichkolwiek przyczyn – rozpadło się. Jezus Chrystus mówi wyraźnie, Mt 19,12: „Są bowiem ludzie od urodzenia nie zdolni do małżeństwa, są też tacy, których ludzie uczynili niezdolnymi…” Pierwszą część najczęściej interpretuje się jako chorobę, impotencję lub przyczynę obiektywną. Jednak przyczyną obiektywną może być też miejsce w Planie Bożym, które nie przewiduje (szczęśliwego) małżeństwa. Druga część zdania już nie pozostawia wątpliwości. Z powodów społecznych lub czynów innego człowieka (innych ludzi) raz zdolny do małżeństwa człowiek staje się nieuzdolnionym.

Nie można zatem polegać na sugestii w adhortacji, jakoby masowo mielibyśmy do czynienia z małżeństwami nieważnymi. Możliwość uczynienia przez ludzi niezdolnym do małżeństwa – przy braku pozwolenia na ponowne małżeństwo – jest wyraźnie uwzględniona przez Jezusa Chrystusa. Masowa, kulturowo-społeczna niepoczytalność ludzi przystępujących do sakramentu małżeństwa nie może być powodem złagodzenia praktyki duszpasterskiej i definicji cudzołóstwa, o ile nie chcemy maksymalnie rozwodnić słów Naszego Pana.

Jednakże nawet idąc tym tropem, pozostaje wielki znak pytania, po co budować tak wielki arsenał miłosierdzia? Jeśli małżeństwo jest nieważne, jeśli „subiektywnie nie ma winy”, to miłosierdzie nie jest potrzebne – tylko stwierdzenie po prostu nieważności małżeństwa. Tak albo tak! Miłosierdzie dotyczy skruszonego grzesznika, który nie dołożył wszelkich starań by obronić się przed grzechem! Miłosierdzie wybacza słabość wolnej i nieprzymuszonej woli, a nie zaślepionej „niechęcią do instytucji” i „społecznymi przyczynami”! Albo zachodzi grzech, albo nie zachodzi. Albo jest cudzołóstwo, czyli uznaje się pierwszy w formie i intencji sakramentalny związek za ważny – i wtedy miłosierdzie nic nie pomoże, bo grzesznik konsumując nowy związek jest w stanie zatwardziałości serca, albo pierwszy związek był tylko w formie (a nie intencji) sakramentalny i przez to jest nieważny – i wtedy nie potrzeba miłosierdzia! Po co wtedy cała ta pisanina o „dokładaniu wszelkich starań” i „trudności w rozumieniu wartości zawartych w normie”? Po co mieszanie „ideału chrześcijańskiego” z „normą”, po co sugestie, że przytaczanie norm przy (notabene obowiązkowym dla chrześcijanina!) napominaniu bliźniego odbywa się jak rzucanie kamieni?

Konflikt o to, jak miłosierdzie Boże zmienia lub całkowicie znosi a) definicję danego grzechu, b) ciężar winy za ten grzech, to kwestia, jaką trzeba natychmiast wyklarować. Inaczej nie upłynie wiele czasu, a znajdziemy się w sytuacji europejskich luteranów, którzy też uznają normy chrześcijańskie za ideały, ale ich „nie narzucają”, wobec czego nastąpiło całkowite wydrążenie ich pastoralnej nauki w praktyce życia osobistego i społecznego. Miłosierdzie to siła Boża, odpuszczająca każdą możliwą przewinę. Tyle, że Jezus Chrystus mawiał „idź i nie grzesz więcej”, a nie „idź, bo to nie był wcale grzech”. Niebo może przeminąć, ale „kreska z prawa nie spadnie”, dlatego nie można usprawiedliwiać zmiany w definicji grzechu tym, że są inne „przyczyny kulturowe i społeczne”.

Zważmy na komentarz do prezentacji adhortacji papieskiej, którego autorem jest kard. Schönborn, a który zreferował portal katholisches.net.

W czasie konferencji prasowej, która miała miejsce 8 kwietnia, zebrani mogli usłyszeć następujące słowa kardynała: "Rozwodnicy w ponownych związkach mogą w >>określonych przypadkach<< otrzymać >>pomoc sakramentów<<. Papież Franciszek wskazuje, że mogą być pojedyncze przypadki, gdzie rozwodnicy w ponownych związkach, którzy nie żyją wstrzemięźliwie seksualnie w drugim związku, mogą otrzymać Komunię; wtedy, kiedy wierność jest zagrożona i kiedy dzieci z pierwszego związku mogą zostać wciągnięte w zagrożenie. Dotychczas według nauki kościelnej rozwodnicy mogli być tylko wtedy dopuszczeni do Komunii, kiedy żyją z nowym partnerem "jak brat i siostra".

Oczywiście, jest to opinia portalu katholisches.net, wywnioskowana ze słów kardynała. Jednak śledząc logikę pastoralną adhortacji, takie wnioski są zupełnie uprawnione. Rozwodnicy „w ponownych związkach” mogą w „określonych przypadkach” otrzymać „pomoc sakramentów”. Papież Franciszek pozostawia niewyjaśnionym ustęp, że mogą być pojedyncze przypadki, gdzie rozwodnicy w ponownych związkach, którzy nie żyją wstrzemięźliwie seksualnie w drugim związku; jest to napisane w kontekście tego, czy mogą otrzymać Komunię. Gdybym czytał to jako osoba domagająca się „zmian” w nauczaniu Kościoła to zrozumiałbym, że wtedy, kiedy wierność jest zagrożona i kiedy dzieci z pierwszego związku mogą zostać wciągnięte w zagrożenie, jest przyzwolenie, niejako na cudzołóstwo. Dotychczas według nauki kościelnej rozwodnicy mogli być tylko wtedy dopuszczeni do Komunii, kiedy żyją z nowym partnerem „jak brat i siostra”.

Pytanie, czy adhortacja jest częścią obowiązującego magisterium, także jest podmiotem sporu. Wg kardynała Edmunda Burke tak nie jest i wskazuje na punkt trzeci adhortacji. Jednak nie mamy tam żadnego takiego stwierdzenia (można powiedzieć, że ten punkt jest taki jak cała adhortacja, unikający jednoznaczności) – otóż, z tekstu wynika, że to praktyka rozstrzygnie o magisterium! „Będzie się tak działo, aż Duch nie doprowadzi nas do całej prawdy” – jako, że „czas jest ważniejszy niż przestrzeń”, zatem to czas nauczy nas „widzieć wszystko spojrzeniem [Chrystusa]”. Należy tutaj także docenić „szarżę” kard. Müllera, który wprost powiedział, że Kościół swojego nauczania po prostu zmienić nie może. Oczywiście, jest to prawda, ale w takim razie słuszne są nawołania biskupa Fellaya z FSSPX, aby w bezzwłocznym trybie uściślić niejasne fragmenty adhortacji. Czy tak nastąpi, jest w obliczu reakcji episkopatów Włoch, Niemiec i Filipin wątpliwe.

Zauważmy, że mimo wszystko, adhortacja jest oficjalnym dokumentem papieskim. Dotyczy ona nauczania moralnego Kościoła. Zawiera także instrukcje wiążące dla wszystkich spowiedników (nakazuje bowiem każdy przypadek rozsądzać z osobna zamiast stosować ogólne normy) i wiernych (każąc nie wyłączać faktycznych i niefaktycznych cudzołożników z życia świeckiego Kościoła) – zatem spełnia wszystkie warunki do bycia magisterium. Jeśli są w niej zawarte nauki sprzeczne z nauczaniem o dyscyplinie sakramentów, pojawia się poważny konflikt sumienia. Nawet jeśli adhortacja nie wprowadza żadnych zmian, to b e z s p o r n y m  faktem pozostaje fakt, że umożliwia interpretacje całkowicie odmienną od „ortodoksyjnej”.

Potwierdzają to koła praktyki już wprawione w ruch: Episkopaty Niemiec[ix] i Filipin[x] potwierdzają zmiany w dyscyplinie sakramentalnej. Episkopat Włoch taką możliwość co najmniej rozważa[xi].

Na temat adhortacji można by pisać jeszcze wiele, np., że sugeruje powrót Kościoła do uznawania „małżeństwa naturalnego” w której sakramentalność i błogosławieństwo mają dużo mniejsze znaczenie, niż sama intencja małżonków. Ale to już temat na trudniejszą rozprawę.

 

Kamil Kisiel

 


[1] Tłum. za zenit.org – będę preferował tłumaczenia niemieckie, angielskie i hiszpańskie z uwagi na to, że Episkopaty krajów posługujących się tym językiem są bardziej skłonne do „progresywnej” interpretacji, jak i – co trzeba przyznać – są bliższe łacinie i językowi włoskiemu, przez co lepiej oddają ukryty sens Amoris Laetitia.

[2] Papież Franciszek o szczegóły kazał pytać kard. Schönborna. (Francis Rocca:

czy są nowe konkretne możliwości, które nie istniały przed ogłoszeniem tej adhortacji czy nie?

Papież Franciszek: Mogę powiedzieć „tak” i kropka. Ale byłaby ta odpowiedź zbyt krótka. Radzę wszystkim wam przeczytać tekst prezentacji dokonanej przez kardynała Schönborna, który jest wielkim teologiem. Jest on członkiem Kongregacji Nauki Wiary i dobrze zna nauczanie Kościoła. W owej prezentacji Pańskie pytanie znajdzie odpowiedź. Dziękuję!

Źródło: http://radioem.pl/doc/3096814.Konferencja-papieza-w-samolocie-pelny-zapis

[3] https://www.youtube.com/watch?v=GNdVBICd-O4
Zdaniem kard. Schönborna, adhortacja przedstawia „kontynuację” nauczania Jana Pawła II z Familiaris Consortio. Wskazuje na odmienną sytuację duszpasterską tych, którzy „subiektywnie pewni, że poprzednie małżeństwo, zniszczone w sposób nieodwracalny, nigdy nie było ważne”. Otóż od stwierdzania nieważności małżeństwa jest sąd biskupi. Jak wiemy jednak, Papież Franciszek zniósł dwuinstancyjny-watykański proces obrony węzła małżeńskiego. Apelacje o obronę węzła można składać teraz w obrębie samego Episkopatu, skierowanie jej do Watykanu nie jest już konieczne.

Nie da się ukryć, że metodyka „wydrążenia” drogi przez dogmatyczną skałę Kościoła papieża Franciszka jest niebywale konsekwentna.

Warto dodać, że w samej Familiaris Consortio (punkt 84, akapit IV) ewidentnie zabrania się Komunii Świętej rozwodnikom, „gdy ich stan i sposób życia obiektywnie zaprzeczają tej więzi miłości między Chrystusem i Kościołem, którą wyraża i urzeczywistnia Eucharystia”. Dalej dodaje „wprowadzałoby [to] w błąd lub powodowałoby zamęt co do nauki Kościoła o nierozerwalności małżeństwa”. Dzięki Tobie, święty Janie Pawle II za tak jasny język! Szkoda, że w Amoris Laetitia nie uświadczymy już tak jednoznacznych stwierdzeń.

[4] https://www.youtube.com/watch?v=pqRnycpjAwk

[5] Ściślejsze określenie to „jedynego węzła małżeńskiego”, ważnego wobec prawa kanonicznego, dopóty nie stwierdzi się nieważności jego zawarcia. Kościół Łaciński postrzega małżeństwo jako umowę zawieraną między małżonkami. Gdy umowa jest zawarta w sposób nieuczciwy, takoż nie zachodzi małżeństwo. Jednak ciężko powiedzieć, że dzisiejsze śluby dotyka plaga ukrytych intencji niedojrzałych ludzi. Śluby w Kościele cieszą się  nieustannym powodzeniem, na wesela wydaje się  bardzo duże kwoty pieniądza, a sam ślub jest wydarzeniem, do którego „świeckie” przygotowania są długie, a ekscytacja wielka. Nie wiem, jak w obliczu tego można mówić o kulturowej nieświadomości powagi sakramentu małżeństwa!

[6] Zamęt jest to tym większy, gdyż od kardynała Schönborna, jako osoby bezpośrednio dotkniętej tematem duszpasterskim, nie można do końca oczekiwać obiektywnego i nie emocjonalnego podejścia. Ofiara przemocy, mimo niesprawiedliwości dokonanego na niej gwałtu, nie jest od tego, by sama sądzić i wymierzać sprawiedliwość.

[7] Jeśli tekst adhortacji ma być odrobinę logiczny, to jasne jest, że nie trzeba nawiązywać dialogu duszpasterskiego z osobami, które i tak stosują się do VI przykazania. Co prawda, ignoruje się, że takie osoby mogą mieć w tym pewne trudności i wymagać większej opieki, ale co tam – najważniejsze, by opiekę duszpasterską miały „osoby w nieregularnych sytuacjach”. Kościół dla osób o zatwardziałych sercach nie tylko opuszcza posłuszne owce, ale i mąci im w głowach tekstami ostatniego synodu i ostatniej adhortacji. Jedyne, co pozostaje, to zaufać słowom kardynałów Burke i Müllera, że nie nastąpiły żadne zmiany w nauczaniu Kościoła. Z tego powodu, że nie nastąpiło to, co nastąpić nie może. Jednak fakt, że adhortacja dopuszcza przeciwną interpretację, jest całkowicie bezsporny. Kluczenie kard. Schönborna jest tego najlepszym dowodem.

[viii] Odsyłam do ciekawego komentarza, który sugeruje drobną manipulację w słowach św. Jana Pawła II, do którego odnosi się osławiony przypis 329.

http://breviarium.blogspot.de/2016/04/z-redakcyjnej-poczty-woko-adhortacji.html

[ix] „Do osądu nie wystarcza po prostu stwierdzenie, że drugi cywilny związek stoi w sprzeczności z pierwszym, sakramentalnym małżeństwem i obiektywną normą. Dużo bardziej konieczne jest prześwietlić każdy przypadek życiowy danej osoby indywidualnie. Mając to na uwadze, Papież konsekwentnie nie daje żadnych ogólnych regulacji dla dopuszczenia ludzi w ponownych związkach małżeńskich (sic, zrównanie cywilnego małżeństwa z sakramentalnym!) do Komunii Świętej. Tylko patrząc na konkretną sytuację życiową i rzeczywistość można z daną osobą razem wyjaśnić, czy w ogóle i jaka jest jej wina w jej sytuacji, która przeszkadza w przyjęciu Eucharystii. Z tego powodu kwestia dopuszczenia do sakramentu pojednania i Komunii musi być rozstrzygnięta zawsze w kontekście biografii człowieka i jego starań o chrześcijańskie życie.” http://l.facebook.com/l.php?u=http%3A%2F%2Fwww.dbk.de%2Fpresse%2Fdetails%2F%3Fpresseid%3D3092%26cHash%3D36831a8cddd0ecb9b5d7348f90e6ff2&h=iAQGwGSHR

[x] http://l.facebook.com/l.php?u=http%3A%2F%2Fwpolityce.pl%2Fkosciol%2F288900-episkopat-filipin-powolujac-sie-na-franciszka-dopuszcza-mozliwosc-komunii-dla-osob-w-zwiazkach-niesakramentalnych&h=iAQGwGSHR

[xi] http://l.facebook.com/l.php?u=http%3A%2F%2Fchiesaepostconcilio.blogspot.de%2F2016%2F04%2Fdon-giorgio-ghio-etsi-non-daretur.html&h=1AQG8eU-Z

Kategoria: Religia, Wiara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *