banner ad

Kilijanek: Uderz w stół, a nożyce się odezwą (w odpowiedzi Magdalenie Ziętek – Wielomskiej)

| 2 sierpnia 2015 | 1 Komentarz

a3c552c6-34f5-11e3-8d47-0025b511226eMoże i lepiej by się stało, gdyby pani Magdalena Ziętek-Wielomska jednak nie zwróciła większej uwagi na mój tekst. Oszczędziłoby mi to rozczarowania tym, co przeczytałem w jej polemice. A oto moja odpowiedź na zarzuty pani profesorowej.

Współczuję, że pani profesorowa w czasie swojej dyskusji o kwestii kobiecej znajduje tylko religijne i pseudo-empiryczne argumenty. To z pewnością musiało się już stać nużące. Myślę jednak, że w moich słowach można odszukać chociaż odrobinę argumentacji opartej na obserwacji otoczenia (nazwijmy to argumentacją społeczną) i jeszcze więcej argumentacji opartej na doświadczeniu. Jako mąż i ojciec mogę chyba wnieść w tę dyskusję coś więcej, niż argumenty pseudo-empiryczne, nieprawdaż? A może pani profesorowa uważa każdy argument przeczący jej zdaniu za słaby już z uwagi na sam fakt nie zgodzenia się z nią?

Istotnie – mój tekst był krótki, a jego zadaniem było uproszczone naszkicowanie tematu. Zasygnalizowanie pewnych kwestii, które mogą być przedmiotem dalszej refleksji czytelnika. Aby zadowolić moją oponentkę, postaram się nieco bardziej szczegółowo potraktować jeden z jej argumentów, a mianowicie: „Posiadam w kręgu swoich znajomych wiele bezdzietnych kobiet i żadna z nich ani nie afiszuje się „przesadnym dekoltem”, ani nie charakteryzuje się szczególnie wybujałym materializmem.” Otóż uważam, że moje zarzuty dotyczące materializmu zostały zinterpretowane w sposób „uproszczony, wręcz sprymitywizowany”. Proszę sobie wyobrazić, że materializm nie polega na samym gromadzeniu wielkiej ilości dóbr, posiadaniu i korzystaniu z ich obfitości. Materializm to już samo ich nieuporządkowane pragnienie, dążenie do nich z pominięciem „wyższych potrzeb duszy”. Żeby być materialistą nie trzeba mieć willi, drogich aut i jeszcze droższych kruszców zawieszonych na szyi – ale wystarczy przedkładać ich pragnienie ponad sprawy takie, jak dziecko lub rodzina. Materializm to egocentryczne skupienie się na dobrach doczesnych lub mającej je zapewnić karierze. Wyznacza go m. in. stopień zaangażowana woli i koszt, jaki zgadzamy się ponieść dla osiągnięcia celu. Non serviam – nie mam czasu na dziecko, bo dążę, zdobywam, chcę wygody i świętego spokoju. Można być dalekim od materializmu milionerem, a można też grzeszyć pychą i nieczystością będąc ubranym nader skromnie.

Proszę mi wybaczyć częste cytowanie pani profesorowej, ale nie mogę oprzeć się niezwykłej trafności jej słów, które, odniesione do niej samej, dałyby wspaniałe rezultaty w zakresie zrozumienia, o co właściwie chodzi. Oto cytat: „Przyczyny bezdzietności leżą dużo głębiej – dostrzeżenie ich oraz zrozumienie i przeanalizowanie wymaga jednak kierowania się motywacjami poznawczymi, a te, niestety, są z zasady zbyt słabo rozwinięte u osób posiadających silne motywacje ideologiczne (motywacje ideologiczne w znaczeniu socjocybernetycznym obejmują także motywacje religijne)”. Wierzę Pani profesorowej na słowo, że „motywacje ideologiczne w znaczeniu socjocybernetycznym obejmują także motywacje religijne”, proszę jednak dać sobie powiedzieć, że w nieco innym znaczeniu ”motywacje ideologiczne” oznaczać mogą tworzenie zasad na podstawie własnej woli i własnej życiowej praktyki, a nie na podstawie „motywacji poznawczych”.

Rzekomo nie rozumiem współczesnego świata. Co pani profesorowa ma tu właściwie na myśli? Jeśli krytykując pewne aspekty modernizacji świata jestem krytykowany przez panią Ziętek-Wielomską za niezrozumienie, to może powinienem zacząć akceptować ten indywidualizm i materializm i tym zasłużyłbym sobie na uznanie pani profesorowej i zaliczenie do grona wtajemniczonych i rozumiejących arkana współczesnych zmian społecznych? Cóż, to się nie stanie. Loże oświeconych zostawię dla pani profesorowej. Dobrze, że w swoim niezrozumieniu nie jestem sam. Samotność to też jeden ze skutków modernizacji. Wolałbym być raczej zacofany i nie mieć tego dogłębnego pojęcia o modernizacji, jeśli miałoby mnie to doprowadzić do relatywizacji lub wręcz akceptacji wynikającego z niej zła.

Postęp społeczny nie sprowadza się do hedonizmu, nie napisałem tak i tak nie myślę. Przy hedonizmie nie jest możliwy ani postęp społeczny, ani postęp jednostki. Hedonizm skierowany jest na jednostkę, na jej potrzeby rzeczywiste lub wydumane. Nie ma w nim miejsca na danie czegoś od siebie, a to jest niezbędne do rozwoju społeczeństwa. I tym tropem powoli dochodzimy do używania „energii swobodnej”. Skutkiem wspomnianego hedonizmu, będącego produktem ubocznym rozwoju społeczeństw, energia ta jest wykorzystywana do praktykowania indywidualizmu i materializmu, o którym pisałem. I zgadzam się z moją oponentką, człowiek współczesny (w swej głupocie) „za żadne skarby nie odda” uzyskanej „energii swobodnej”. Będzie ją w różnoraki sposób wykorzystywał, tak jak to się dzieje obecnie, do wszystkiego, na co pozwoli mu rozwój jego „wyższych części duszy”. A że z rozwojem tych rejonów ludzkiego ducha mamy coraz większy problem, mimo „większych możliwości np. studiowania filozofii i teologii”, myślę, że także sposób wykorzystania owej energii nie zachwyci tych, którym leży na sercu rozwój kultury.

Czy napisanie książki to „wyższa aspiracja” niż wychowanie dziecka? Wielkość poświęcenia i trudu oraz możliwych pozytywnych następstw wychowania dziecka jest nieporównywalna do jakiejkolwiek pracy naukowej. Jest to oddanie życia, często niezwiązane z żadną rekompensatą. Jest to przełamanie egoizmu, pychy, lenistwa czasem sięgające heroizmu. To jest pracownia „wyższych części duszy”. Po przejściu tej próby widać na jakim poziomie znajduje się człowiek.

Większa ilość energii swobodnej nie wpływa na „kulturę rozrodczości”, ale na jej usunięcie. To kluczowe dookreślenie, które każe nam spojrzeć raz jeszcze na otoczenie, motywy i cele tych, którzy posiadając energię swobodną, robią z niej użytek. Otóż ci, którym pani Ziętek-Wielomska przypisuje wyższe aspiracji doprowadzają powoli do stanu, w którym Malthus stałby zakłopotany, nie mając nikogo, kogo mógłby objąć swoim programem eugenicznym. A nawet, jeśli przyjąć, że każdy mający swobodną energię angażuje się społecznie, kształci się i zmienia świat, ale kosztem „kultury rozrodczości”, która miałaby wyglądać tak jak dzisiaj, to pytam: dla kogo zmieniają świat ci, którzy aspirują wyżej niż matka poświęcająca swe życie dla dzieciątka, które wydała na świat? Czy dla tych z trzeciego świata bez możliwości studiowania filozofii i teologii, którzy mnożą się w szybkim tempie i być może zajmą nasze miejsce? Jeśli tak, powodzenia, ja zostaję w średniowieczu.

Kiedy był ten czas, gdy ludzie nie rozumieli związku przyczynowo-skutkowego między stosunkiem płciowym, a pojawieniem się dziecka? Pani profesorowej chodzi być może o te czasy, gdy rodziny aspirowały do posiadania większej ilości dzieci? Czy to o te czasy ciemnoty i patriarchalizmu  chodzi? Cóż, tak się składa, że to tamte czasy dały nam do dziś podziwianych poetów, wzniosły budowle, które do dziś nas zachwycają i wspięli się na filozoficzne wyżyny, o których nam współcześni, wysoko aspirujący i mające duże możliwości, nie są w stanie nawet marzyć.  Czy schemat: „stosunek płciowy – narodziny” nie wykazuje większego zrozumienia natury i życia ludzkiego niż: „stosunek płciowy– nic”?

Szczególnie podoba mi się fragment tekstu pani profesorowej, mówiący o chłopie pańszczyźnianym. To porównanie trafnie oddaje sposób wykorzystywania energii swobodnej przez tak wielu nam współczesnych: wyzwolony chłop pańszczyźniany, który nie wie, co ze swoją wolnością zrobić – trochę jak spuszczony z łańcucha pies. Gdzie tu miejsce na wyższe aspiracje? A co z chłopką? Cóż, pani profesorowa daje tu przykład argumentu pseudo-empirycznego. Proszę sobie wyobrazić, że urodzenie i wychowywanie dziecka to coś więcej, niż pieluchy. Ktoś, kto ma dziecko i wie, o czym mówi, nie nazwie tego „tonięciem w pieluchach”, co jest określeniem ohydnym i aż nadto wyraźnie określa pani dyletanctwo w tej kwestii. Powie raczej o nowym życiu, powie o misji i pięknie, którego pani profesorowa, ani jej podobni nie rozumieją i nawet boją się o nim pomyśleć. Ale istotnie – proszę tego nie próbować, proszę aspirować wyżej. Proszę zostawić rodzenie dzieci prostakom, którzy jeszcze nie zerwali się z łańcucha i nie poczuli zewu „wyższych części duszy”.

Z pewnością można by napisać o wiele więcej w każdym z poruszonych tutaj tematów. Mam jednak wątpliwości, czy ilość słów przełoży się na ich zrozumienie u mojej oponentki, która typowo feministycznym podejściem, tyle, że ładniej opakowanym w filozoficzną obwolutę, próbuje po prostu usprawiedliwić swój egocentryzm. Przykłady matek, które nie rezygnują z pracy naukowej lub innych form rozwoju, można liczyć w tysiącach. Problem w tym, że aby dopuścić je do głosu, moja oponentka musi wyrzec się wygodnictwa i spojrzeć poza własne ego. Dictum sapienti sat.

Byłbym zapomniał: aby nie razić pani profesorowej moimi neologizmami, zaopatrzę się w słownik poprawnej wielomszczyzny.

 

Karol Kilijanek

 

Polemika:

1. Kilijanek: Błędne założenia, błędne wnioski: tzw. polityka prorodzinna

2. Fakty i mity kryzysu demograficznego. Polemika z tekstem Karola Kilijanka pt. „Błędne założenia, błędne wnioski: tzw. polityka prorodzinna”

3. Kilijanek: Uderz w stół, a nożyce się odezwą (w odpowiedzi Magdalenie Ziętek – Wielomskiej)

 

 

Kategoria: Karol Kilijanek, Publicystyka, Społeczeństwo

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Ywinel napisał(a):

    Panie Karolu, szkoda czasu i energii. Ta Pani raczej tego nie zrozumie. Lepiej niech Pan pomoże szanownej Małżonce posprzątać w kuchni. A oczywiście dziękuję za pierwszy tekst !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *