banner ad

Jean des Cars: Historia powinna być ludzka

| 2 marca 2016 | 0 Komentarzy

koronaMonarchowie to postacie o wiele ciekawsze niż republikanie, bo ucieleśniają ciągłość i stałość w kontekście rodzinnym. Monarchia daje widok na przyszłość. Nawet mając mało uprawnień, są oni najwyżej postawionymi ludźmi, od których się oczekuje, że będą ucieleśniać Państwo. Z historykiem francuskim Jeanem des Cars rozmawia Alain Anders.

 

Alain Sanders: Wraz z nową książką „Berło we krwi”, wielkim freskiem losów królów i królowych w wirze obu wojen światowych, uświetnia Pan swoją nową, mistrzowską sagę europejskich rodów panujących. Skąd u Pana taka pasja „dynastyczna”?

Jean des Cars: Prawdziwa Europa została stworzona na całe wieki przed Unią Europejską, w czasie, gdy europejski sentyment, aby uczestniczyć w świecie, uosabiały dynastie, często rywalizujące ze sobą. To był świat chrześcijański, nie ten, który z którym sympatyzują Jacques Chirac i jego obecny następca, i nie ten, z którym sympatyzują ci wszyscy, którzy gardzą wartościami, z jakich wyrośliśmy, czego już doświadczamy, tragicznie, w centrum Paryża. I korzenie chrześcijańskie Francji, zwanej pierwszą córą Kościoła, nieprzypadkowo zostały zapomniane, nie mówiąc już – usunięte, jak gdyby wieki wiary nie istniały nigdy i jak gdyby zimna technokracja, anonimowa, bezduszna, pozbawiona ducha cywilizacji, wyłącznie zajęta przymusem ekonomicznym i pieniężnym, mogła być pasjonująca i wywołać entuzjazm ludu.

Można zrozumieć, dlaczego bieżące brukselskie dyrektywy nie ożywiają marzeń. One są kaftanem, a nie ideą. To znużenie, niestety! ma odbicie w edukacji, zwanej narodową. [Dzieje się to] poprzez program nauczania w gimnazjach i liceach, gdzie nauczyciele mają wielki kłopot z zainteresowaniem uczniów, którym powinni wkładać do głów historię teoretyczną, niemal polityczną, a przede wszystkim – co dla mnie jest najbardziej poważnym sygnałem – kompletnie odcieleśnioną.

To jest wielka wada?

To pierwszy poważny błąd, dlatego że dzieci mają potrzebę rozmawiać o osobowościach, które żyły, o bohaterach, bohaterkach przeszłości. Kim byli? Jak żyli? To są ludzie, mężczyźni i kobiety, na których spoczywała przede wszystkim wielka odpowiedzialność, symboliczna lub faktyczna, którzy stoją u początku wydarzeń, oczywiście, z wyjątkiem katastrof naturalnych. A efekt negacji tego ludzkiego wymiaru [historii]? Uczniowie nie lubią historii takiej, jaka jest im wykładana. W moim Lycée Condorcet nauczyciel, pan Désiré Brelingard, był takim pasjonatem, że my, wrzaskuny, po kilku chwilach milkliśmy. Myśmy byli zafascynowani! Drugi przymus, jaki dotyka programy szkolne, to usuwanie – lub, tak czy owak, traktowanie po macoszemu – chronologii. To jest przestępstwo! I głupota. Historia, tak jak współczesność, jest uporządkowanym następstwem w czasie, to jest chronos, a nie bałagan. Żaden uczeń nie potrafi się w tym odnaleźć.

W nie tak odległym czasie uczono, że „1515 to Marignan”. Niezachowywanie chronologii, to popieranie nieporządku, manipulacji, braku zainteresowania, a więc fałszu, i w tym miejscu można zadać sobie pytanie: czy celowym byłoby, aby zbrutalizować masy i uczyć ludzi wiary w obojętnie co? Czy nie jest to zaskakujące, że audycje radiowe i telewizyjne (kiedy są one atrakcyjne, ale i rzetelne) odnoszą szeroki sukces, kiedy nie mówią o ścisłych biografiach, ale są kierowane do szerokiej publiki? Poprzez wielkie media i poprzez swoją zaletę wynikającą z jakości, zastępują słaby de facto system edukacji.

Pańska książka także służy uzupełnieniu tego braku?

Historia nie jest ani „wielka”, ani „mała”, jest po prostu ciekawa lub nudna. Kiedy, a było to więcej niż rok temu, zapoznałem się z programem obchodów wybuchu I Wojny Światowej, dotarło do mnie, że się koncentrują wyłącznie na ruchach społecznych, klimatach politycznych, operacjach militarnych. Nic nie zostało przewidziane w celu przywołania mężczyzn i kobiet, stojących na czele państw, które wstąpiły w ten konflikt, czasem niechętnie i wbrew sobie (oczywiście, z pewnymi niuansami), adekwatnie do swoich charakterów, swoich osobowości i możliwości, więcej lub mniej realnymi zgodnie z konstytucjami, systemami władzy i wpływem osobistym tych cesarzy, królów, książąt, wielkich książąt, których [uprawnienia], okoliczność niezbędna, prawie wszystkie były iluzoryczne.

W mojej książce proponuję więc spojrzenie ludzkie, intymne, prywatne – skoncentrowane na rodzinach uosabiających władzę. Latem 1914, Europa jest w zdecydowanym stopniu monarchiczna: na 22 państwa, 18 symbolizuje dynastia. Francja jest niemalże wyjątkiem, będąc Republiką zaangażowaną w konflikt poprzez swoje sojusze, a Szwajcaria zachowuje, ostrożnie, swoją tradycyjną neutralność, przez co wcale nie deklaruje, że nie odegra żadnej roli… Chciałem więc wynagrodzić gigantyczne „zapomnienie”, zrekonstruować miejsce i rolę głów koronowanych. Wojna 1914-1918 jest przede wszystkim serialem dynastycznym, bezlitosnym porachunkiem z rodami panującymi, pod względem skali i ciężaru – bez precedensu, czego konsekwencje obejmą międzywojnie (Wielka Iluzja) i tłumaczą, w dużym stopniu, początki następnego konfliktu, w którym można znaleźć niektóre osobistości znane z okresu I wojny, jak król Wiktor Emanuel, który rządził od 1900 do 1944.

Zachowując wielki respekt, i tak samo uczucie, dla suwerenów, z których większość straciła tron, nie wspomina Pan nic o ich błędach. Byli oni zabawkami w rękach losu czy, częściej, kowalami własnego losu?

Ponieważ ta książka opowiada o głowach państw z osobistego punktu widzenia, poza ich życiem publicznym, można stwierdzić, że niewielu z nich miało jasną świadomość ryzyka konfliktu, chyba że się uczyni wyjątek dla starego cesarza i króla Franciszka Józefa, latem 1914 mającego 84 lata, a już dotkniętego kłopotami osobistymi, który rzekł: „Moje wojny zaczynały się często od zwycięstw, a kończyły je porażki”. Miał jasną świadomość, ponieważ, jeśli Bałkany są tylko przykrywką [dla przyczyn konfliktu], to dlatego, że te terytoria, które stanowią ostatnie strzępy imperium otomańskiego, budziły apetyt wielkich sił, zrozumiały poprzez aspekt religijny: np. Serbia jest prawosławna, więc w jedności duchowej z Rosją.

Większość monarchów i ich ministrów była ślepa i przytłoczona [ciężarem problemu]. Ten, kogo brakowało wśród suwerenów po zamachu w Sarajewie, to wielki koronowany wędrowiec pokoju, król Edward VII, syn Wiktorii, który niestety zniknął w 1910. Jestem pewien, że ten bardzo wielki dyplomata, bliski krewny Wilhelma II i Mikołaja II, który nie powstrzymywał się, by odwiedzić tych i tamtych (pod tym względem przekraczając często prerogatywy konstytucyjne) i znający ich dzieci, nie byłby ustał w studzeniu królewskiej agitacji. On byłby zjednoczył od nowa wszystkich monarchów, których widziano razem po raz ostatni w maju 1913, w Berlinie.

Pozostali nie przyjęli postawy Edwarda VII?

Kajzer, wnuk Wiktorii, był osobowością bardziej teatralną niż bojową i jego dowództwo szybko przyjmie bieg rzeczy z wielkim zadowoleniem. Mikołaj II, sobowtór Jerzego V (ich matki były siostrami), jest carem małomieszczańskim, odizolowanym w kokonie familijnym z powodu hemofilii swojego syna Aleksandra. Oderwany od rzeczywistości, suweren Romanow bierze na siebie straszną odpowiedzialność dowodzenia wojskami imperialnymi. Jedyna prawdziwa wspólnota między nimi wszystkimi polega na tym, że nikt nigdy nie był w stanie wyobrazić sobie prawdziwej długości wojny ani jej konsekwencji. Niektórzy republikanie francuscy, jak patriota Clemenceau, wyrazili nieugiętą wolę, odrzucając możliwość osobnego zawarcia pokoju z Austro-Węgrami, by niczego nie zawdzięczać katolickim władcom. Wojna trwała miesiąc dłużej i kosztowała tysiące dodatkowych ofiar.

Z przedmiotów dociekań naukowych, reprezentatywnych dla Pana – tak, wiem, królowie nie są przedmiotami… – są oni bardziej przyciągający dla historyka, którym Pan jest, niż nasi reprezentatywni politycy republikańscy?

Monarchowie są wspaniałymi… przedmiotami badań historycznych! Oni są ciekawsi niż politycy republikańscy dlatego, że oni ucieleśniają ciągłość i stałość w kontekście rodzinnym. Nawet ich błędy (i czasami przede wszystkim ich błędy!) czynią ich ludzkimi, a ja bym powiedział – bliskimi ludzi, przy całym ewidentnym dystansie, który narzuca (lub powinno narzucać) reprezentowanie przez nich władzy. Bonaparte zrozumiał, że zamordowanie Ludwika XVI przerwało linię między Ojcem a Ludem, i jego wola stworzenia nowej „monarchii imperialnej” tłumaczy się przez chęć wypełnienia tej tragicznej pustki. Jego bratanek przyznał mu rację, przywracając Imperium. Długość kadencji prezydenckiej, zredukowana do 5 lat we Francji, jest odwrotnością tego, co mogłoby głęboko przywiązać stronników do osoby prezydenta. Ledwie wybrany, nie oczekuje nic innego jak swojej reelekcji, by próbować, nieświadomie, wypełnić pustkę i niepewność, jaką dają republikańskie wybory. Monarchia daje widok na przyszłość z tego powodu, że ci, którzy żyją w Europie, są zabezpieczeni, otoczeni opieką i szanowani przez swoich władców. Nawet mając mało możliwości, uprawnień (niektórzy mają ich więcej, niż byśmy sądzili, i mają autorytet symboliczny), są oni tymi, najwyżej postawionymi, od których się wyczekuje, by ucieleśniali Państwo. Bez ograniczenia czasowego, bez abdykacji. I jeszcze, w tym to wypadku, sukcesja jest zapewniona już od długiego czasu. Ma ona także twarz kobiecą lub męską. Na tej zasadzie, w systemach koronnych, najwyższe stanowisko w państwie nigdy nie zostaje opuszczone, porzucone. Dnia 21 stycznia 1793, gdy tylko głowa Ludwika XVI została ścięta, pierwszy raz od wieków, nikt nie zakrzyczał: „Umarł Król! Niech żyje Król!”. Francja jakoś nigdy nie została całkowicie „odzyskana”. Jej przyszłość jest cały czas niejasna.

Pan wie, że regułą jest zapytać pisarza, gdy tylko wyszła jego ostatnia książka, o zapowiedź jego następnego dzieła. Po Habsburgach, Romanowach, Windsorach, Grimaldich, Matyldy, Eugenii, Rudolfa i innych, nad kim, lub nad czym Pan pracuje?

Proszę mi wybaczyć, ale ja nie zdradzam nigdy tematu mojej przyszłej książki, z powodu przykrych doświadczeń. Lecz mogę zagwarantować, że będzie traktować o żywej historii, z pewną refleksją nad aktualnością.

 

http://www.delitdimages.org / tłum. Aleksandra Solarewicz

 

Jean des Cars (ur. 1943) – francuski dziennikarz i pisarz specjalizujący się w tematach historycznych. Autor licznych książek. Ich tytuły w polskim brzmieniu to np.: „Saga Windsorów”, „Saga Romanowów”, „Saga Grimaldich”, „Sissi, cesarzowa Austrii”, „Saga Habsburgów”, „Kronika Paryża”, „Saga miasta Wiednia”, „Na tropach Mozarta”, „Na tropach carów”, „Ludwik Bawarski” (przetłumaczona), „Prawdziwa historia zamków w Dolinie Loary”, „Kobiety, które zawładnęły Europą” (w oryginale: „La saga des reines” – przetłumaczona na język polski).

 

Kategoria: Aleksandra Solarewicz, Kultura, Myśl, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *