banner ad

Jabłoński: Konserwatysta we współczesnym świecie #1 – Czy Gesellschaft może zastąpić Gemeinschaft? Polemika z tekstem „Konserwatysta w klubie fitness”

| 25 kwietnia 2017 | 0 Komentarzy

Od autora: Tekst stanowi polemikę z artykułem Pani Agnieszki Sztajer: http://myslkonserwatywna.pl/sztajer-konserwatysta-w-klubie-fitness-o-stosunku-prawicy-do-wspolczesnych-przejawow-kultu-zdrowego-trybu-zycia/

Dzisiejsza rzeczywistość jest niewątpliwie nieprzyjazna dla konserwatysty. Demokracja liberalna mami społeczeństwo swoim rzekomym pluralizmem, w praktyce jest jednak dokładnie takim samym systemem opresji jak wszystkie ustroje nieoparte na obiektywnym, zewnętrznym i racjonalnym Prawie Bożym, gdzie grupa której uda się przejąć władzę w wyniku walki „wszystkich ze wszystkimi” taktycznie toleruje społeczności o poglądach innych niż własne, oczywiście tak długo, dopóki nie podważają one dogmatów na których opiera się system i które wyznaje aktualna oligarchia. Konserwatyzm, zwłaszcza oparty na religii (a wydaje mi się, że każdy inny konserwatyzm byłby po prostu formalizmem, pozbawionym stałej i realnej treści, lub też pozbawioną racjonalnego uzasadnienia fanaberią estetyczną) wpadł w straszliwą pułapkę – z jednej strony dogmaty „wolności religijnej” czy „wolności światopoglądu” gwarantują mu prawo do bycia jedną z opcji debaty publicznej, co byłoby raczej niemożliwe w na przykład państwie opartym na ortodoksyjnym marksizmie, z drugiej strony, te same dogmaty sprawiają, że może być najwyżej czymś radykalnie sprzecznym ze swoją naturą – to znaczy właśnie jednym z możliwych „prywatnych przekonań”, nie może zaś być tym czym być powinien, czyli centralną ideą sfery społecznej stanowiącą źródło norm na których opierałoby się moralne życie wspólnotowe i która spajałaby tę społeczność.

Nic zatem dziwnego, że znajdując się w tak tragicznym położeniu, z gwarantowanym, przynajmniej teoretycznie, prawem do egzystencji i „własnego sumienia” (byle w sferze prywatnej!), ale bez szansy na cokolwiek więcej, konserwatyści próbują wykorzystać choć tę przestrzeń wolności która jest nam dana przez państwo (bowiem wbrew potocznym skojarzeniom w państwie liberalnym wszelka wolność i wszelkie prawo może pochodzić tylko od państwa), by choć trochę przesunąć dyskurs publiczny w kierunku bardziej zgodnym, lub przynajmniej mniej niezgodnym z Prawem Bożym. Nie to jednak powinno być naszym celem, lecz właśnie całkowite obalenie tego dyskursu i zarazem odbudowanie w jego miejsce dyskursu prawowitego. Narzędziem, które może do tego służyć, jest zawłaszczania narracji i przejmowanie rytuałów należących do wrogiego dyskursu poprzez nadanie im nowego sensu, czy raczej odkrycie ich prawidłowego, to jest zgodnego z telos [celem] wyznaczonym przez Prawo Boże. Dokładnie taka strategia była stosowana przez chociażby pierwszych chrześcijan, którzy w pismach hagiograficznych dokonywali daleko idącej subwersji sensu publicznych egzekucji męczenników, które w zamyśle pogańskiej społeczność miały przywracać jej ład, zaburzony przez „obrazoburstwo” chrześcijan. Niezgoda ofiar na podporządkowanie się takiemu budującemu konsensus scenariuszowi sprawiała jednak, że stawały się one bronią wymierzoną właśnie w ten pogański porządek. Przykładowo, autor „Męczeństwa Polikarpa” opowiada, że gdy przyszły święty został wezwany przez urzędnika do wzniesienia okrzyku „śmierć bezbożnym!”, ów jak najbardziej to uczynił, ale skierował go nie przeciw sobie i swoim współwyznawcom, lecz zwrócił się do „żyjącego bez prawa pogańskiego tłumu” (refleksję powyższą zawdzięczam arcyciekawej pracy Philippe’a Buca „Pułapki Rytuału”, będącej próbą z jednej strony podważenia dominujących, funkcjonalistycznych, to jest akcentujących wyłącznie cele doczesne, interpretacji rytuałów przede wszystkim średniowiecznej Europy, w drugiej zaś części opisującej teologiczne korzenie nauk społecznych właśnie w kontekście tak zwanej teorii rytuału). Zrozumiałe jest tedy, że i dzisiaj warto, a może nawet trzeba przechwytywać narrację odnośnie do otaczającego nas, może i mniej otwarcie wrogiego, ale stokroć bardziej zwodniczego świata. Czy jednak można przeprowadzić taką operację w odniesieniu do „kultury fitness”?

Budzi to poważne zastrzeżenia. Wydaje się, że autorka tekstu z którym polemizuję zbyt łatwo przechodzi do porządku dziennego nad kwestią idolizacji kultu witalności. Uważam, że możemy wyróżnić przynajmniej trzy problemy, jakie wiążą się z kulturą fitness i sprawiają, że jest ona dużo bardziej podatna na niewłaściwe interpretacje niż właściwe. Te trzy kwestie to: po pierwsze, kryzys wspólnotowości w dzisiejszym świecie fałszywie kompensowanej przez „stowarzyszeniowość”, po drugie kwestia ról społecznych, po trzecie generalny problem czerpania własnych tendencji z dorobku rewolucji.

Zaczynając od punktu pierwszego, możemy wyróżnić dwa rodzaje zbiorowości – Gemeinschaft (z niemieckiego – wspólnota) oraz Gesellschaft  (z niem. stowarzyszenie). Naturalnym środowiskiem człowieka jest Gemeinschaft – wspólnota dana mu i zadana, członkostwo w której (co do zasady) nie jest kwestią jego decyzji ni woli oraz z której (również co do zasady) nie można wystąpić. Podstawową wspólnotą tego typu jest rodzina, podstawa społeczeństwa, z której związków powstają wspólnoty wyższego rzędu – parafie, społeczności lokalne, czy wreszcie narody. Gesellschaft jest zaś z kolei zbiorowością dobrowolną, do której można wstąpić i z niej wystąpić, typowym jej przykładem jest po prostu stowarzyszenie. Takie są różnice formalne między oboma typami, najważniejszą jednak różnicą materialną jest to, że Gesellschaft w zasadzie powinno pełnić rolę subsydiarną w życiu człowieka, Gemeinschaft jest zaś osią jego życia, jednym z głównych (może po prostu głównym) elementem jego tożsamości. Truizmem będzie stwierdzenie, że dzisiaj atomizacja społeczeństwa sprawiła, że wspólnoty istnieją tylko w stanie szczątkowym. Rodziny rzadko kiedy utrzymują bliższe relacje dalej niż na 2 pokolenia wstecz, a i w tym gronie są one coraz mniej spójne. Młodym ludziom proponuje się jak najdalsze „usamodzielnianie się” i zrywanie więzów z rodzicami, z drugiej strony nawet gdy pozostają oni na wychowaniu swoich ojców i matek, podkreślane są ich indywidualne prawa i wszelki przejaw interwencji w ich tak zwane życie prywatne jest stygmatyzowany przez kulturę, a ostatnimi czasy coraz częściej również ściąga na siebie zainteresowanie organów państwa. Zresztą sam fakt, że zamiast o życiu rodzinnym tak ochoczo mówi się o życiu prywatnym potwierdza ten problem. Ze zdziwieniem przeczytałem swego czasu felieton w jednym z czasopism prawicowych, gdzie autor wspomina, że nie wyobraża sobie brać dziś udziału w takich „zjazdach rodzinnych” jakie miały miejsce w jego młodości przy okazji świąt. Dla mnie zawsze oczywistym było, że rodzina powinna trzymać się razem. Dopóki żyły prababcie zwyczajem było, że wszyscy ich potomkowie muszą się stawić na uroczystość czy to z okazji imienin, urodzin czy  1. listopada. Obecnie, po ich śmierci, rolę tę na siebie wzięli dziadkowie. Jakie są jednak przyczyny takiej erozji więzi rodzinnych? Widziałbym tu dwa źródła. Po pierwsze PRL, z jego intensywną industrializacją i urbanizacją Polski, ale przede wszystkim jego etatystyczną ideologią, zgodnie z którą człowiek miał stać się całkowicie wolną jednostką, w tym wolną od zniewalających więzi rodzinnych, której wszystko załatwi państwo – mieszkanie, pracę, opiekę nad dziećmi, wczasy. Na tę ostatecznie niezrealizowaną, bo i niemożliwą do realizacji utopię, która wyrządziła naszemu narodowi jednak realne szkody, nałożył się drugi negatywny wzorzec – liberalny indywidualizm, oparty na kulcie niezależnego od nikogo „self-made mana”, człowieka znikąd, stawiającego na pierwszym miejscu osobisty sukces. Zgodnie z takim wzorcem rodzina może być najwyżej środkiem do własnego spełnienia, całkowicie dobrowolnym, a nie wyrazem obowiązku jaki ciąży na każdym wobec wspólnoty. Dzieci są najczęściej więc traktowane jako ciężar, który odkłada się w nieskończoność, aż jest już za późno (i  wtedy na scenę wkracza przemysł in vitro… ale o tym niżej). Najsmutniejsze jest to, że rodzina i tak jest chyba już ostatnią realnie istniejąca Gemeinschaft, pozostałe nie posiadają nawet tak szczątkowej formy.

Co to jednak ma wspólnego z kulturą fitness? Otóż zważywszy na fakt, że człowiek jest istotą z natury społeczna, nie byłby w stanie on wytrzymać w tak zatomizowanym środowisku. Dlatego też powstają różnego rodzaju „stowarzyszenia”, czyli dobrowolne, „sztuczne” grupy które mają mu kompensować tego typu braki. Kult fitness jest jednym z filarów tak zwanej „korpokultury”. Jej najważniejszą cechą w kontekście powyższych rozważań jest to, że próbuje ona uczynić z miejsca pracy drugi, a nawet pierwszy dom – podstawową wspólnotę w ramach której człowiek żyje i realizuje swoje człowieczeństwo. Taka korporacja, zupełnie niczym państwo w czasach PRLu, oferuje swojemu pracownikowi ofertę obejmująca wszystkie sfery życia – wspólne wyjazdy, pakiety opieki zdrowotnej czy właśnie karnety na siłownię, co służyć ma integracji tego środowiska do stopnia, w którym zacznie ono udawać Gemeinschaft. Nawet jednak gdy ktoś nie należy do korporacji, to niewątpliwie chodząc na siłownię przystępuje do pewnego Gesellschaft, rządzącego się swoimi rytuałami. Rodzi się pytanie, czy jeśli faktycznie celem jest zdrowie i sprawność, konieczna jest ta cała otoczka? Czy nie lepiej będzie pójść sobie pobiegać, pojeździć na rowerze, najlepiej jeszcze z rodziną, albo kupić ławeczkę do ćwiczeń do domu, w ten sposób integrując swoją podstawową Gemeinschaft? Pomijając zresztą ten kluczowy aspekt społeczny, warto dodać, że prawdopodobnie będzie to po prostu tańsze. Autorka twierdzi w swoim tekście, że obserwujemy odwrót od kultury konsumpcjonizmu. Czy aby na pewno? Przecież cały ten „ruch fitness” jest właśnie jednym wielkim biznesem: karnety, gadżety, książki, spotkania z „couchami” etc.. Dodatkowo wszystko to obudowane pewnymi świeckimi rytuałami, mającymi dawać namiastkę sacrum. Czy warto wspierać to finansowo? Warto może w tym miejscu dodać, że generalnie współczesny konsumpcjonizm lubi ubierać się w szaty „dobra dla człowieka” i pod tym płaszczykiem sprzedawać rzeczy drogie, a niekoniecznie skuteczne i często również niezbyt godziwe, czy wręcz niegodziwe. Dlaczego tak głośno promuje się in vitro, a prawie wcale nie mówi o naprotechnologii? Bo na tym drugim można dużo mniej zarobić. W tym kontekście trudno uznać „ruch fitness” za jakąś kontrę do konsumpcjonizmu, a raczej za kolejny jego przejaw.

Istotnym problemem, który całkowicie jednak umyka autorce tekstu, jest również kwestia wzorców, jakie płyną z „kultury fitness”. Zbyt łatwo przechodzi ona do porządku dziennego nad kwestią, że ruch ten sam w sobie nie jest umieszczony w kontekście właściwego telos życia człowieka, ba, często proponuje błędne tegoż wizje. Przecież to sprawa kluczowa! Tradycyjnie aktywności fizyczne służyły właśnie rozwojowi człowieka w kontekście jego ról społecznych. Wobec mężczyzn podkreślały obowiązek służby słabszym, w tym zwłaszcza niewiastom oraz kształciły gotowość i wolę obrony bliskich i wspólnoty w razie zagrożeń – innymi słowy rozwijały męstwo.  Wydaje mi się, że fitness, traktowane raczej jako „sposób na dobre życie” i źródło „funu” w niewielkim stopniu może spełniać te role. Osobiście zdecydowanie bardziej polecałbym mające jednoznaczną symbolikę bardziej tradycyjne aktywności takie jak choćby szermierka czy strzelectwo. Co do Pań, tu trudno mi powiedzieć, bowiem nie wiem jak wyglądało to tradycyjnie (jeśli któraś z moich czytelniczek zechce rozwinąć ten watek w komentarzu będę zobowiązany!). Warto jednak w tym miejscu dodać, że ruch fitness wydaje się być zdecydowanie obojętny jeśli chodzi o kwestię podziału tradycyjnych ról płciowych. Z tego co mi wiadomo, siłownie i oferowane przez nie aktywności są raczej koedukacyjne. W konsekwencji coraz bardziej, być może nieświadomie, promowany jest wzorzec babochłopa, silnie jednak zseksualizowanego, co wcale nie jest może takie dziwne, zważywszy na fakt, że promocja ogólnego permisywizmu idzie w parze z walką z tak zwaną heteronormatywnością. Dochodzi do sytuacji, gdzie atrakcyjność zaczyna być utożsamiana z biologicznością, a ideałem (jeśli chodzi o sferę zewnętrzną) kobiety staje się nie piękno twarzy, spojrzenia, obycia i stroju lecz „zgrabna pupa w obcisłych dżinsach” (cytat dosłowny z reklamy radiowej środka na odchudzanie). Żeńskie stroje ćwiczebne niewątpliwie są dużo bardziej skąpe i zarazem „uwydatniające kształty” niż męskie, a obrona (tak jak w wypadku niesławnej sesji zdjęciowej Agnieszki Radwańskiej), że przecież chodzi o pokazywanie „zdrowego ciała”, a nie o „pornografię” nie brzmi zbyt przekonująco. Tak czy inaczej jest to niewątpliwie kolejny przejaw procesu, który ciągle nasila się od czasów niesławniej rewolty 68 r., to jest przejmowania negowania poskramiającej i kierunkującej roli kultury wobec biologii (zarówno w odniesieniu do mężczyzn, jak i kobiet).

Zarysowawszy wyżej pewne problemy jakie wiążą się z „ruchem fitness” warto teraz zastanowić się nad samym procesem adaptowania jego narracji do prawicowego dyskursu. Wydaje się, że pod tym względem autorka popełniła kluczowy błąd. Co sprawiło, że wcześni chrześcijanie odnieśli taki sukces w zawłaszczaniu rytuałów pogańskiego Rzymu? To, że w pierwszej kolejności dokonali całkowitej negacji ich pierwotnego znaczenia! Dokonywali oni transgresji bezbożnego konsensusu jaki miały one budować, ale nie dla samej destrukcji, lecz by zbudować na na nich nowy, Boży ład. Byli oni w stanie odkryć prawdziwy sens tych rytuałów, ukryty przed ślepymi poganami. Innymi słowy, wykorzystali je w pierwszej kolejności po to, by pokazać kluczową różnicę, która oddzielała ich od Rzymian, a dopiero w drugiej kolejności w świetle tej różnicy próbować przekonać do siebie innych poprzez wykazanie błędności sensu, przy którym tamci trwali. Tak jak pisałem wyżej, nasza sytuacja wydaje się być pod pewnymi względami podobna, więc i strategia powinna być zbliżona. Owszem, jak na razie nie doświadczamy zbytnio krwawych prześladowań, niemniej grozi nam to samo co groziłoby pierwszym chrześcijanom, gdyby nie ich ewangeliczny radykalizm, czyli wszechogarniający synkretyzm, w którym jak najbardziej jest miejsce dla chrześcijaństwa, ale jako kwestii czysto osobistej, z której zresztą można sobie wybierać co komu odpowiada i łączyć z czym tylko dusza zapragnie. W czasach, gdy kultura popularna jak chyba nigdy promuje „indywidualną duchowość”, w której można równie jednocześnie wyznawać i praktykować modlitwy tak zwanych kościołów zielonoświątkowych, pseudopsychologiczną papkę udającą buddyzm  i jakieś tradycyjne wierzenia ludów afrykańskich, katolicyzm musi przede wszystkim być w stanie odróżnić się od tych wszystkich ruchów i pokazać na czym polega jego wyjątkowość. Nie widzę tego elementu w tekście autorki. „Ruch fitness” zdaje się pod wieloma względami być takim postmodernistycznym, New Age’owym substytutem religii – ma własne dogmaty, własnych świętych, własną wizję antropologiczną i etyczną oraz przede wszystkim własne rytuały. Wychodzi z zupełnie innych przesłanek niż katolicyzm (z wizji człowieka jako jednostki, mimo pewnych pozorów przede wszystkim materialnej – nawet gdy mówi o „duchowości”, chodzi raczej o samopoczucie niż rozumne życie moralne) i proponuje inne cele (w zasadzie niewykraczające poza doczesność i własną osobę, mocno hedonistyczne). To, że przy okazji krytykuje pewne zjawiska, jakie każdy katolik uzna za niewłaściwe (lenistwo czy obżarstwo) to za mało żeby wieścić triumfalny z nim sojusz. Plinio Correa de Oliveira, brazylijski myśliciel katolicki, w swojej książce „Nieoczekiwana zmiana w idelologii i dialog”, przywołuje przykład XIX-wiecznego francuskiego ruchu „Stowarzyszenia Kół Robotników Katolickich”, któremu przewodniczył Albert hrabia de Mun. Ruch ten początkowo głosił radykalne hasła kontrrewolucji i powrotu do organicznego społeczeństwa średniowiecza opartego na wielości wspólnot. Zabrakło w nim jednak głębszej refleksji doktrynalnej. Jego przywódcy więcej uwagi poświęcali swojemu programowi negatywnemu, to jest całkowitej wrogości wobec kapitalizmu i liberalizmu, toteż gdy tylko socjaliści, którzy również deklarowali chęć walki z tymi zjawiskami (acz z zupełnie innych powodów, co jest warte osobnego wpisu), wyciągnęli do nich rękę z propozycją sojuszu, ci ją przyjęli. Ostatecznie ruch, mimo w pewnym momencie dość dużej popularności, nie odniósł żadnego sukcesu i wtopił się w partię socjalistyczną, od której w zasadzie przestał być odróżnialny. Warto więc pamiętać, że jakkolwiek wszelka próba zmiany dyskursu wymaga pewnej zręczności i szukania potencjalnych sojuszników, nie może ona polegać na prostym, synkretycznym przyswajaniu różnych narracji posiadających częściowo podobne cele lub podobnych wrogów. Należy zawsze pamiętać o tym, by nadać im odpowiedni kontekst i zawsze być w stanie odpowiedzieć, czemu dane zjawisko jest dobre. Inaczej, jeśli będziemy przyswajać wszystko jak leci, bo ma podobnych wrogów, być może i w nas samych pojawi się konfuzja, co do tego co i dlaczego popieramy, ku czemu dążą nasze pragnienia. Być może lepszym posunięciem byłaby katolicka odpowiedź na ruchy fitness, podobna w przejawach, ale inna w założeniach. Warto pomyśleć nad założeniem stowarzyszeń, których celem byłby rozwój fizyczny, lecz również (a może nawet bardziej) duchowy (i optymalnie również intelektualny) ich członków. Sam należę do takiego ciała adresowanego dla młodych mężczyzn – „Bractwa Przedmurza” i bardzo je sobie cenię. Jeśli mogę coś sugerować autorce (lub moim czytelniczkom), to może rozważenie stworzenia podobnej inicjatywy kierowanej dla kobiet? Być może warto również pomyśleć o organizacji wydarzeń fizycznych przeznaczanych dla całych rodzin, lub choć na przykład dla ojców i synów albo po prostu samemu takowe urządzać w swoim środowisku domowym.

Podsumowując, jakkolwiek troska o zdrowie i kondycję fizyczną niewątpliwie powinna być bliska każdemu konserwatyście, wydaje się, że wobec „kultury fitness” warto zachować pewien zdrowy sceptycyzm. Wydaje się, że celem tego ruchu jest raczej substytucja godnego życia niż jego prawdziwa realizacja. Po pierwsze, stawia on na pierwszym miejscu rozwój fizyczny zamiast moralnego i duchowego. Po drugie, zawiera tendencje wyraźnie indywidualistyczne, fałszywie kompensowane przez propozycję należenia do pewnego Gesellschaft (dobrowolnego stowarzyszenia) kosztem Gemeinschaft (organicznej wspólnoty). Po trzecie, generalnie brakuje mu odniesienia do właściwych celów życia człowieka, abstrahuje od ról społecznych (w tym płciowych) i wydaje się być uwikłany we wszechpanujący materialistyczny synkretyzm. W zasadzie żeby uznać go za przejaw konserwatyzmu trzeba by całkowicie zmienić jego kontekst, pytanie jednak czy wtedy będzie to jeszcze w ogóle „ruch fitness”? Czy aby na pewno potrzebujemy aż subkultury, a zwłaszcza takiej subkultury by walczyć z acedią? Właśnie – na sam koniec, warto pochylić się nad punktem wyjścia autorki. Czy faktycznie zrytualizowana aktywność fizyczna może być lekarstwem na „demona południa”? Wydaje się, że nie. Moim zdaniem głównym źródłem acedii jest przede wszystkim zagubienie współczesnego człowieka, wynikające po pierwsze właśnie z braku poczucia przynależności do Gemeinschaft, która by wyznaczała cele dla moralnego życia i była przestrzenią jego realizacji. Po drugie, nierozerwalnie związane z pierwszym, ogarniający chaos i synkretyzm symboliczno-moralny, niestety dotykający również Kościół  sprawia, że brakuje jasnych wzorców i jednoznacznych narracji, w które można by się włączyć. Powyższego nie zastąpi jednak żadne Gesellschaft, nawet katolickie w duchu, a co dopiero oparte na całkowicie świeckich rytuałach.

 

Jędrzej Zdzisław Stefan Jabłoński

 

za:  ratioetdignitashumanae.wordpress.com

Kategoria: Inni autorzy, Kultura, Myśl, Publicystyka, Społeczeństwo, Uncategorized

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *