Irydion – czyli o muzyce, polityce i tożsamości. Wywiad tylko na MyslKonserwatywna.pl!

| 10 czerwca 2016 | 0 Komentarzy

I44 akustik-2Z Krzysztofem Kubikiem z Irydiona rozmawia Mariusz Matuszewski

 

Jak wygląda wasza kariera muzyczna po "44!"? Jakieś przyspieszenie?

Oczywiście. Wszystko ruszyło jak z kopyta: zapełniamy stadiony, zamiast śniadania wciągamy koks, a dziewczęta chcą nam oddawać swe wiano na każdym kroku – normalna rockandrollowa ścieżka rozwoju. A poważniej: trzeba przyznać, że z roku na rok zmniejsza się liczba spelunek w których jeszcze nie graliśmy i mam nadzieję, że zanim całkiem wypadną nam włosy od darcia dziapy – ogramy je wszystkie. I jest nam z tym bardzo dobrze!

Album "44!" jest niewątpliwie jednym z najlepszych krążków tożsamościowych ostatniej dekady. Dużo na nim było nowego w waszym graniu. Czy planujecie dalsze eksperymenty? Czy może wasz styl okrzepł już na tyle, że w przypadku wydania kolejnej płyty rewolucji nie przewidziano?

Nowy album, który powstaje już od kilku lat, będzie nosił nazwę „Heterofonia“. Oczywiście nazwa ta daje dość szerokie możliwości interpretacyjne, ale jedną z nich może być hasło: „różna muzyka – różnych ludzi – z lat różnych“. Nasz styl okrzepł już na tyle, że zupełnie nie mamy problemu z tym, żeby nie ustawać w kolejnych poszukiwaniach, dlatego „Heterofonia“, która z natury jest daleko od „homo“, będzie zawierała materiał stylistycznie różnorodny i rozciągający się od bluesa, przez prawie-szanty(!), aż po death / thrash metal. Tak po prostu lubimy. Nowy album na pewno nie będzie tak epicki jak sławetna „44!“. W zamierzeniu ma być bardziej ludzki, bardziej koncertowy, bardziej do potupania na sobotnim dansingu. Może nawet będzie mniej mroczny, gdyż po wydaniu „44!“ Rodzice Moi zapytali mnie, czy nie mam czasem depresji… A ja nie chciałbym, żeby Moja Mama się o mnie martwiła więcej niż potrzeba.

Wiele razy wspominaliście, że "44!" powstał kosztem masy wyrzeczeń i ukazał się m. in. dzięki wsparciu waszych rodzin… 

Mówiąc wprost: gdyby nie poświęcenie i wyrzeczenia naszych Rodzin, nie byłoby Irydiona. Nie jest łatwo być żoną / dziewczyną / rodzicem grajka z Irydiona. Musisz wiedzieć, że co najmniej raz w tygodniu Twój chłopak / mąż musi poświęcić wieczór na kapelę. Że nie ma go w weekendy, które mógłby spędzić z dziećmi. Że musi wydać rodzinną kasę na opłacenie sali, sprzętu muzycznego, studia nagrań i wyjazdów zamiast wyremontować łazienkę czy kupić nowe auto. Że cały czas coś nagrywa, rzępoli, ćwiczy albo reperuje to, co się zepsuło i tylko czasami przywiezie żonie jakąś patriotyczną koszulkę (zwykle nawet nie w rozmiarze). Będąc żoną / dziewczyną takich grajków, jak my, naprawdę trudno mieć z tego jakąś satysfakcję. Bo jaka może być satysfakcja z tego, że mąż siedzi cały czas w studiu i nagrywa, a nic z tego nie ma? Do licha! My sami jej nie mamy. Ale jak już ją osiągniemy – to właśnie wtedy ukaże się „Heterofonia“.

5856f8fd-21aa-4709-adfb-5b89d0af0c3bOdkąd tylko natknąłem się na waszą muzykę i zacząłem śledzić wasze losy jako zespołu, mam nieodparte wrażenie, że nie ma Irydiona bez przyjaciół z GW i Nigdy Więcej. Nie ma chyba koncertu, który nie chcieli by wam odwołać… jak dajecie sobie z tym radę? Jak to wyglądało w trakcie ostatnich kilku lat?

Muszę powiedzieć, że jest nam przykro. Po prostu, po ludzku przykro. Bo jeszcze kilka lat temu ta „trudna miłość“ z Gazetą Zaborczą była na jakimś poziomie, który powodował, że czasami rzeczywiście burzyła nam się krew, czego emanacją jest np. „Agorafobia“ i było to na swój sposób inspirujące, podobnie jak cenzura PRLu wymuszała na artystach pewien poziom. Teraz, kiedy Agfora i całe to postokrągłostołowe towarzystwo nie jest już opiniotwórczym monopolistą, a raczej tonącym, który brzydko się chwyta, Gazeta coraz bardziej przypomina krzyżówkę urbanowskiego „Nie“ i „Pudelka“ i to intelektualne skundlenie ewidentnie widać. Nam się podobał, a nawet trochę imponował, ten wcześniejszy ton Mędrców Okrągłego Stołu, który w tym całym swoim zadufaniu i pogardzie dla rzeczywistości wskazywał nam drogę prawdy, popartej kasą z rządowych reklam, z lewego uwłaszczenia i magdalenkowego układu. A teraz, po zwolnieniach, redukcjach i restrukturyzacjach poziom dziennikarstwa wyznaczają stażyści, którzy na tym tonącym, a niegdyś dość markowym, okręcie, chcą sobie jeszcze cynicznie zrobić punkt do portfolio. I nie panuje już nad tym nikt. Wystarczy spojrzeć na internetowe wydanie Zaborczej – od Pudelka i Teletygodnia już tylko krok. Czujemy się jakby ktoś nam zabrał sparring-partnera i zamiast niego do ringu włożył nam Krzysztofa Bęgowskiego w szpilkach. Ani to palnąć, ani zignorować… Nie wiadomo, co myśleć. 

Mieliście przez nich problemy prawne? Czy to tylko narzekanie i naciski na urzędników?

Problemów prawnych to raczej Gazeta Zaborcza unikała jak ognia, starannie oddzielając dwie kwestie: pierwsza to artykuły będące mistrzostwem socjotechniki, które były starannie obliczone na idiotyzm swoich czytelników, którzy nigdy nie docierają do ostatniego wersu artykułu. Natomiast drugą sprawą był szantaż, który Gazeta stosowała wobec organizatorów naszych koncertów. Jeśli to nie działało – dzwonili do właścicieli lokali, do właścicieli kamienic, do władz miast, etc. Ale te czasy już się chyba skończyły odkąd zagraliśmy koncerty w Multikinie na Ursynowie, przed Stadionem Narodowym, na krakowskim Kazimierzu czy w centrum Lublina. Gazeta się kurczy, a jej wpływy rozmywają gdzieś w powodzi internetowych mediów. Nie twierdzę, że teraz jest lepiej. Trochę tęsknię za czasami, kiedy można było posłuchać redaktorskich jęków, marszczących swą brew na palącymi problemami, ale przynajmniej formułowanych pełnymi zdaniami. Ileż radości było w czytaniu „listów od czytelników“, które były pisane tą samą, redaktorską ręką. Teraz czytanie komentarzy „internautów“ pod artykułami Zaborczej, które muszą pisać dziennikarze Gazety, już nie jest takie ciekawe, bo tam nie trzeba się wysilać. Jednym słowem: łezka się w nosie kręci za pewnym poziomem Wyborczej. Oczywiście, nie mówię tu o poziomie sku*wienia, bo ten wciąż jest taki sam, ale o umiejętności poprawnego formułowania nawet najbardziej plugawych myśli.

i44_08Jak oceniacie obecną patriotyczną / tożsamościową scenę muzyczną? Mam wrażenie, że zaczyna się dziać sporo dobrego. Zwiększa się zarówno ilość ludzi, którzy chcą to grać, tematów, o których mówią, jak również zakres gatunków muzycznych, które dołączają. Kiedyś głównie rock – dziś widać sporo hip hopu, jest folk….

Patriotyzm jest na fali. Widać to i na ulicy, i w mediach. Widać, że mainstream też wyczuł już koniunkturę i jęczenie o tym, że sztuka nie powinna być ideologiczna, prezentują już tylko ci, którzy do tej pory żyli sobie z państwowych dotacji, prezentując nam jakieś wydumane, głównie genderowe bzdety i wmawiając, że szukanie własnej tożsamości odbywa się tylko na polu dewiacyjnej seksualności lub ataku na wartości chrześcijańskie. Dodajmy do tego feminizm, biegunkę rozliczeń Polaków za rzekomy udział w Holocauście, marksistowską narrację i bezmyślny import zachodniego chłamu i mamy już obraz polskiej „kultury wysokiej“ ostatniego ćwierćwiecza. Tylko, że w czasie gdy wrocławski „Teatr Polski“ jęczy nad tym, że minister twierdzi, że Polacy nie chcą się zrzucać w podatkach na oglądanie aktorów porno w teatrze, większość ze znanych muzyków już zdążyła palnąć jakiś mniej czy bardziej patriotyczny utwór. Bo oni nie żyją z dotacji – oni muszą na siebie zarobić i wiedzą, że dla nas „w końcu“, a dla nich „po prostu“ nadszedł czas, kiedy dobrze jest śpiewać o Polsce i Polakach. Czy mi się to podoba? Nie wiem. Ale artyści muszą z czegoś żyć i chyba dobrze, że Polacy, chcący posłuchać muzyki patriotycznej, nie są już skazani na te kilka kapel, które od lat tak jak my, usiłują w dobrej wierze coś wyrzeźbić, jednak z powodu notorycznego braku środków – z mocno różnym skutkiem. Najbardziej mi się podoba, kiedy widzę w necie kapele folkowe, raperów, rockmanów, których zupełnie nie znam, a którzy sami z siebie podejmują tematy patriotyczne. Fajnie, że ta tematyka wychodzi ze skansenu subkulturowości, sportu i uroczystości państwowych. Że nie tylko szkolne apele i nie tylko rocznice. Że widzę ludzi na ulicach w koszulkach patriotycznych. I jak słyszę, zarzuty, że przecież napis na koszulce nie czyni patriotą, to mam od razu skojarzenie, że dla Gazety Zaborczej napis na koszulce potrafił czynić faszystą. Więc wolę napisy patriotyczne, niż: Adidas, Nike, Gucci czy losowe nazwy amerykańskich uniwersytetów. Niech będą jakiekolwiek, byle Polskie i patriotyczne!

Czy waszym zdaniem tego rodzaju muzyka ma szanse się w końcu przebić?

Oczywiście, że mamy szanse. Tak jak szanse są… w Totolotku, w trzy kubki czy też jak wyślesz list matrymonialny do Angeliny Jolie. Nas po prostu nie interesuje bycie Kamilem Bednarkiem, trzy „X na tak“ i smsowe głosowanie. Ta muzyka już się przebija, ale dzieje się to w bardzo tradycyjny, bezpieczny i skuteczny sposób. Producenci muzyczni widzą, że patriotyzm jest na fali. Jest koniunktura i są do zarobienia konkretne pieniądze. Dlatego bierze się wykwalifikowanego, bezpiecznego artystę. On stworzy poprawne, bezpieczne i grzeczne dzieło. Znajdzie się kasa na marketing i młotkowanie ludzi, że to „przełom“, „coś, czego jeszcze nie było“, „nowa nadzieja czegoś tam“ i ludzie będą mogli pląsać do Donatana, Sabatona czy innych, niczym w chocholim tańcu Wyspiańskiego. I owca zostanie smacznie zjedzona i wilk zarobi kasę. I nikomu się krzywda nie stanie, bo dobre cycki zawsze przykryją wątek patriotyczno – tożsamościowy, a artysta zagraniczny zawsze jest lepszy niż polski. Zwłaszcza jak śpiewa, że jesteśmy fajni. Podobnie jak angielski bzdet bywa mniejszym bzdetem niż polski. Tak już po prostu jest i spokojnie sobie z tym żyjemy robiąc swoje.

Kto przychodzi na wasze koncerty? Macie czasem wrażenie, że zwiększa się też grono odbiorców?

Gdy kiedyś słuchałem starszych artystów, nie wiedziałem o czym mówią, kiedy zachwycali się zmianą pokoleniową swoich słuchaczy. Podobnie jak nie wiedziałem w czym tkwi fenomen bycia rodzicem czy nauczania młodzieży. Teraz sami widzimy, że jakby nie patrzeć jesteśmy już pod czterdziestkę. Sami mamy dzieci (niektórzy już prawie dorosłe) i wzruszamy się, kiedy widzimy na koncertach dwa pokolenia. I że młodzi mając do wyboru miliardy wirtualnych rozpraszaczy w postaci gier, śmiesznych filmików i komunikatorów internetowych chce jeszcze brać udział w całkowicie analogowych koncertach, by posłuchać czegoś o własnej tożsamości. Z drugiej strony, kiedy poznaję na koncertach tych, którzy pamiętają nasze grania sprzed 15 lat – to też czuję się zbudowany, że są jeszcze tacy jak my, dla których wartością jest stałość i wierność idei narodowej. Wyrażanej oczywiście inaczej niż kilkanaście lat temu, ale wciąż żywej. Kiedy usłyszałem w Lublinie z jaką energią  dzieciaki zaśpiewały Wyklętym wszystkie zwrotki Hymnu Polskiego, kiedy razem z nami śpiewają „Rozkwitały pąki“ czy „Bagnet na broń“ to naprawdę serce rośnie. Jest o co walczyć!

Ostatnio na narodowym Dolnym Śląsku sporo się działo: w pierwszej kolejności dzięki zamieszaniu wokół osoby naszego redakcyjnego Kolegi, ks. Jacka Międlara. Nota bene także dzięki rewolucyjnej czujności GW. Jak oceniacie te wypadki? A może byliście w nie jakoś zaangażowani?

Podoba mi się fenomen x. Jacka, który jest papierkiem lakmusowym zabarwienia polskiego duchowieństwa wyższego. Dzięki niemu widzimy to, co do tej pory tylko wyczuwaliśmy: że im bardziej kto purpurowy, temu bliżej do czerwonego. Wynika to z lat i układów, które się przez te lata wytworzyły. Dziwny jest ten daleko idący oportunizm, w organizacji, która nie raz dawała dowody tego, że zachowanie państw narodowych Europy jest jej bliskie tak samo, jak nam. Wiemy, że x. Jacek ma wsparcie od swoich kolegów po fachu, rozstawionych gdzieś na dalekich placówkach, wiem o słowach wsparcia od zwykłych proboszczów, od młodzieży klerykalnej. A że kuria jeszcze mocno tkwi w poprzednim systemie… Cóż rzec. Taka chyba jest natura rzeczy, że pewne nawyki, pewne powiązania i pewni ludzie się nie zmienią – oni muszą po prostu przeminąć.

Czy Grzegorz Braun ma rację, że Wrocław, a może i cały Dolny Śląsk, jest siedliskiem swoistego układu politycznego?

Grzegorz Braun ma rację. Pytanie tylko czy Dolny Śląsk jest jakimś wyjątkiem na mapie Polski. Polska nie jest korumpowana przez kilka nazwisk, które pojawiają się w mediach. To silna i liczna grupa nie tylko uczestników i popleczników układu Okrągłego Stołu. Sznurki pociągają szare eminencje (w tym: WSI), a zadania wykonują liczni cyniczni manipulanci i rzesze pożytecznych idiotów. W każdym razie – wszyscy z tego czerpią. W tym sensie można mieć naprawdę powód do dumy: nasi rodacy z pomocą służb i unijnych cwaniaków skonstruowali naprawdę świetnie funkcjonujący system, w którym bezkarnie można wyprzedawać resztki majątku narodowego i kręcić wały w oparciu o unijne przepisy. I nie bać się niczego, wiedząc, że ma się całkowite krycie polskojęzycznych mediów czy sądownictwa. Jeśli reklama jest dźwignią handlu, to odpowiedni PR jest lewarem każdego szwindlu. Ale czy Dolny Śląsk jest tu jakkolwiek wyróżniający się na tle Polski – tego nie wiem.

Nieco ogólniej: jak oceniacie polską narodową scenę polityczną, a zwłaszcza Ruch Narodowy?  

Od lat wyznajemy zasadę: wspieramy każdą ideę narodową. Znamy i szanujemy tych, którzy mają energię i odwagę, by próbować coś zmienić. Znamy wielu takich ludzi, którzy są skupieni w różnych organizacjach, ale nie angażujemy się w sprawy personalno – polityczne. Jesteśmy w tym wszystkim od zbyt wielu lat, by nie widzieć, że chcąc zachować przyjaciół nie możemy się bawić w politykowanie. Jesteśmy grajkami od grania polskiej muzyki, krzewienia patriotyzmu i przypominania ludziom o tożsamości. Swoją drogą: wiesz kim był i co robił Twój pradziadek? Tak się właśnie zastanawiamy, dlaczego Polacy zwykle nie znają swoich korzeni? Dlaczego tak niewielu zna swoich pradziadków? Te rzeczy nas interesują. Nie jesteśmy od wikłania się w relacje polityczne. Nie chcę tu prorokować, że RN będzie zbawieniem Polski, równoważnikiem KODu czy tylko odskocznią dla kilku osób, które chcą wskoczyć / wskoczyły do politycznej ekstraklasy. Patrząc ludzkim okiem: fajnie, że co roku udaje się zebrać tyle ludzi na Marsz Niepodległości. Ale dlaczego nigdy jeszcze nie udało się postawić budki z kiełbaską i ciepłą herbatą, żeby ci biedni ludzie w listopadzie mieli jak się zagrzać? Nie wiem czy to chodzi o naszą narodową skłonność do pospolitych ruszeń, ale wciąż chyba brakuje na prawicy ludzi, którzy potrafią nie tylko walczyć, agitować i nauczać, ale potrafią organizować,  jednoczyć i zarabiać, bo na każde działanie potrzebne są środki. Wiem jak wielu ludzi daje swoje serca, żeby coś zorganizować. Jak do tych „sercowców“ dołączą jeszcze finansiści RN będzie mógł zawalczyć na nieco wyższym poziomie. Dlatego cieszymy się, że jest. Każdy kolejny patriotyczny głos w dyskusji o Polsce może pomóc.

Kilka słów o najbliższych planach zespołu?

Jak to w życiu artysty: nagrania płyt, koncerty i problemy z wydawaniem zarobionych milionów. Musimy się zastanowić czy inwestować w jachty, dragi i imprezy czy też w złoto, akcje i manipulacje rynkiem walutowym… Ale jedno obiecujemy: jeszcze w tym roku długo oczekiwana „Heterofonia“ wyjdzie na światło dzienne i znowu będzie mały wstrząs. Będą oburzeni i zakochani. Będą zarzuty i zachwyty. Będzie… tak po naszemu. Po irydionowemu. Do zobaczenia na koncertach! i44!

 

Rozmawiał: Mariusz Matuszewski

Kategoria: Mariusz Matuszewski, Myśl, Publicystyka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *