Hiszpański monarchizm i polski narodowiec: o „Hiszpanii bohaterskiej” Jędrzeja Giertycha

| 25 czerwca 2016 | 0 Komentarzy

hiszpania-bohaterskaW drugiej odsłonie zapisu trajektorii moich przygód (intelektualnych, przeważnie) z polską myślą narodową, postanowiłem sięgnąć po dzieło jednego z najsympatyczniejszych chyba i najbardziej wyważonych przedstawicieli owej myśli: Jędrzeja Giertycha. Powodów tego stanu rzeczy jest bardzo wiele; najważniejszy wszakże wydaje się stanowić fakt, że wobec niekoniecznie najprzyjemniejszego przebiegu spotkania z pisarstwem Jana Mosdorfa, zmaterializowanego poniekąd w poprzedniej recenzji, czymś potrzebnym wydaje mi się zaprezentowanie innego oblicza polskiego nacjonalizmu, o rysach znacznie łagodniejszych i bardziej ludzkich. I istotnie, Hiszpanię bohaterską pod wieloma względami można uważać za swoistą psychologiczną odtrutkę na najcudaczniejsze pomysły jednego z założycieli ONR.

            Książka ta to zasadniczo zbiór esejów, będących rezultatem podróży, którą Jędrzej Giertych, jako korespondent Kuriera poznańskiego, odbył po kontrolowanych przez siły generała Franco częściach Hiszpanii w dniach od 8 do 24 kwietnia 1937 roku. Część z nich została uprzednio opublikowana w prasie (głównie w wyżej wymienionym Kurierze poznańskim), część to twórczość zupełnie osobna. Wszystkie z nich dotyczą tematu hiszpańskiej wojny domowej z lat 1936-39.

            Jak łatwo zauważyć, Giertych nie spędził w Hiszpanii szczególnie dużo czasu – dlatego też jego dzieło nie może być uważane za wyczerpujące świadectwo tamtych wydarzeń. To opis powierzchowny – ale niekoniecznie w negatywnym tego słowa znaczeniu. Giertych zasadniczo po prostu odnotowuje to, co widział czy usłyszał, nie dociekając za bardzo przyczyn i nie sprawdzając wiarygodności swoich źródeł. Trudno się temu, oczywiście, dziwić; jednakże ze względu na to książce pod względem historycznej ścisłości i głębi obserwacji może poniekąd trochę brakować. Giertych zupełnie, na przykład, nie zorientował się w kwestii napięcia, istniejącego na linii Manuel Fal Conde – Francisco Franco, co zafałszowuje przesadnym optymizmem prognozy co do przyszłości ruchu karlistowskiego w, jak to określa, przyszłym rządzie Hiszpanii narodowej. Również w opisie historii bohaterskiej obrony Alkazaru i straszliwej ofiary poniesionej przez jej dowódcę, pułkownika Muscardo, nie ustrzegł się autor pewnego przesadnego dramatyzmu. Można domniemywać, że podobne niedociągnięcia, przeoczenia czy wyolbrzymienia (nieobciążające, oczywiście, Giertycha jako autora, tylko wynikające z krótkości czasu, którym dysponował oraz warunków działań wojennych, w których nie rozmawia się przecież głośno o politycznych sporach wyższego dowództwa) pojawiły się także w innych fragmentach tych reportaży.

            Nie oznacza to jednak, że nie znajdzie się w jego książce wartościowych obserwacji; przeciwnie: jest ich tam bardzo wiele, szczególnie (chociaż być może zabrzmi to osobliwie) dotyczących międzynarodowego kontekstu całej sprawy. Dużo czasu poświęca bowiem autor na rozprawianie się z rozpowszechnianą przez socjalizującą prasę reszty kontynentu (w tym i Polski) propagandą, mającą na celu zdyskredytowanie w oczach międzynarodowej opinii publicznej generała Franco i działań sił kontrrewolucyjnych. Bezlitośnie punktuje on rozmaite kłamstwa i fałszerstwa, których dopuszczały się media sprzyjające Frontowi Ludowemu, demaskując sprawców i ujawniając metody działania. Przywołajmy tutaj tylko jeden przykład:

 

„Znany literat komunistyczny, Żyd, Ilia Erenburg, który był w Toledo w jeszcze w okresie oblężenia Alkazaru, napisał artykuł, przedrukowany i przez prasę żydowską w Polsce, w którym opowiadał o szkodach uczynionych w mieście przez… artylerię Alkazaru (Alkazar miał tylko jedną zabytkową armatkę, z kilku ładunkami, które chował na moment ewentualnego, ostatecznego szturmu), twierdził, że kobiety i dzieci w Alkazarze to byli… zakładnicy-proletariusze i nazwał pułkownika Moscardo „tchórzem” i „mordercą kobiet i dzieci”, bo za plecy kobiet i dzieci się chowa!

      A tymczasem wszak jest dobrze wiadomo, że pułkownik Moscardo kilkakrotnie zezwalał znajdującym się w Alkazarze kobietom na opuszczenie twierdzy i oddanie się, jeśli gotowe są to zaryzykować, pod opiekę „czerwonych” (było to wszak korzystniejsze dla twierdzy ze względu na szczupłe zapasy żywności), ale one wolały w twierdzy pozostać, uważając to za mniej niebezpieczne” (ss. 76-77).

 

Inną sprawą, zupełnie szokującą, jest słynne spalenie Irunu. Opierając się na rozmowach z miejscowymi, Giertych stwierdza jednoznacznie, że katastrofa ta nie była dziełem wojsk kontrrewolucyjnych, ale, jak to określali jego rozmówcy, „czerwonych”, którzy, wycofując się przed żołnierzami generała Franco, najpierw oblali je z wozów strażackich naftą i benzyną, a potem podpalili (nie uprzedzając, oczywiście, mieszkających tam ludzi). Jak można się domyślać, w tym wypadku również sprzyjające „republikanom” media kontynuowały walkę z Franco na swoim własnym gruncie. Warto dodać, że podobne obiekcje zgłosił także autor nieśmiało (czy słusznie – nie mnie osądzać) co do kwestii zniszczenia Guerniki.

            Oprócz polemik w sprawach opisywanych w prasie światowej, znajdują się także w esejach Giertycha świadectwa wypadków o mniejszym rozmiarach, stanowiących zapewne przykrą wojenną codzienność, pochodzące od naocznych świadków. Być może właśnie ów brak uwikłania w kwestie stricte polityczne, bliskość z codziennym życiem prostych ludzi, stanowi powód, dla którego są one poniekąd bardziej wstrząsające. Nie wyobrażam sobie, aby przerażająca historia spalenia żywcem przez komunistów 25 zakładników w miasteczku Arahal, czy innych bestialstw, których dopuszczali się członkowie „czerwonych” bojówek, szczególnie na kobietach (o których pisać nie będę, ze względu na drastyczność treści) mogłyby kogokolwiek pozostawić obojętnym i przynajmniej choć trochę nie przekonać, że czyny generała Franco, choć jego samego można bardzo różnie oceniać, były wtedy w Hiszpanii absolutną koniecznością.

            Nadzwyczajnie ciekawym elementem książki jest także rozprawienie się z mitem o „republikańskim” charakterze Frontu Ludowego, za którego sojusz z komunistami odpowiadać miałyby… siły kontrrewolucyjne, które, stawiając go pod ścianą, rzekomo nie pozostawiły mu żadnego wyboru poza sojuszem ze zbrojnym ramieniem rewolucji światowej. Giertych bardzo celnie i na wielu przykładach wykazuje, że jeszcze przed feralnymi wyborami z 1936 roku Front Ludowy, przynajmniej w kołach kierowniczych, był już na przestrzał zinfiltrowany przez agentów radzieckich oraz pozwalał na tworzenie tajnych bojówek komunistycznych. Ten właśnie fakt, zdaniem Giertycha, był również powodem niepowodzenia powstań wojskowych w garnizonach niektórych hiszpańskich miast. Żołnierze szli do walki rozprężeni i często bez wyraźnego planu działania, ponieważ nie spodziewali się natrafić na opór. Utrzymywane w tajemnicy istnienie owych oddziałów, dobrze wyposażonych i zorganizowanych, miało, zdaniem Giertycha (trudno nie przyznać, ze raczej trafnym) świadczyć, iż przeprowadzana podczas wojny domowej na terenach zajętych przez siły rządowe „dekatolicyzacja” Hiszpanii (zarówno, by tak rzec, co do kultury, jak i co do ludzi) była tylko kwestią czasu. Być może, że wybuch powstania przyśpieszył realizację tego planu; nie ma jednak wątpliwości, że bez niego również zostałby on zrealizowany. Omówienie tych konkretnych problemów przeplata się w książce także z bardziej ogólnymi rozważaniami na temat działania sowieckiej agentury i absolutnego mistrzostwa, które osiągnęła ona w wywoływaniu „spontanicznych zrywów zbrojnych ludu”. Obserwacje te, niezwykle ciekawe z perspektywy historycznej, wydają się zachowywać nawet dzisiaj jakiś stopień aktualności, jakkolwiek w innym, niepomiernie mniej tragicznym (Bogu dzięki) kontekście.

            Najbardziej chyba interesującą – i zaskakującą – część książki, stanowią rozważania Giertycha na temat różnych, zaangażowanych w konflikt stronnictw politycznych. Oczywiście, chodzi przede wszystkim o dwa: karlistów i Falangę. Nie chcąc odbierać Czytelnikowi świeżości lektury, nie będę zagłębiał się w szczegóły. Powiem tylko, że Giertych, patrzący z perspektywy działacza Stronnictwa Narodowego, całym sercem staje po stronie karlistów, do falangistów zaś, doceniając wprawdzie ich pracę społeczną i propagandową, odnosi się z wyraźną niechęcią. W Falandze drażni go mechaniczne naśladowanie rozwiązań włoskiego faszyzmu i niemieckiego nazizmu, w których upatruje ciągle produkt mentalnej lewicy XIX wieku i jego materialistycznego światopoglądu: jakoby odwrotną stronę tej rzeczywistości. Karlizm pociąga go swoim osadzeniem w hiszpańskiej tradycji, swoim mocnym oparciem na katolickich wartościach, konsekwencją poglądów, rycerskością w walce. Jakże porywające są owe wszystkie opisy karlistowskich pułków, którym bardzo często za mundur służył jedynie charakterystyczny, czerwony beret, idących do boju z pieśnią religijną na ustach i codziennie uczestniczących we wspólnej Eucharystii świętej. Jak ciekawe i odkrywcze, także co do natury naszej rodzimej myśli narodowej, są te wszystkie momenty, w których Giertych odnosi się do ich poglądów i postawy moralnej. Przywołajmy fragment jednego z nich, który posłuży za lepszą ilustrację sprawy, niż jakiekolwiek moje osobiste wysiłki:

 

„Gdy rozmawiam z hitlerowcem, z faszystą, z członkiem Action Francaise, ba! Nawet z narodowcem portugalskim, mam poczucie, że mówię z człowiekiem obcym mi, o światopoglądzie, który zdradza z moim wiele punktów stycznych, ale który mimo to, jako całość, jest światopoglądem nie moim. Natomiast rozmawiając z karlistą, mam uczucie, że rozmawiam z człowiekiem, z którym się mogę różnić w poglądach na niejedną sprawę (przecie nawet z najbliższym przyjacielem, politycznym i osobistym, nie zawsze się jest zgodnym w poglądach!), ale z którym ogólny układ światopoglądu mam zupełnie identyczny. Ani w nim, ani we mnie uczucia narodowe nie przytłaczają tak, jak u faszystów, nacjonalistów francuskich, czy tym bardziej hitlerowców, uczuć religijnych, lecz są o nie oparte. Ani w nim, ani we mnie, z drugiej strony, nie objawiają się w „chadeckiej” miękkości, tolerancji i wyrozumiałości, lecz mają akcenty twarde, w których dźwięczy raczej zbrojna stal wojen krzyżowych, niż szum tak częstych w ustach niektórych niby katolickich polityków, oportunistycznych frazesów" (s. 145).

 

Całą kwestię, najlepiej streszcza chyba jedno, krótkie stwierdzenie, rzucone przez Giertycha na marginesie innych rozważań: „[B]a! Gdyby Polska miała starą, własną dynastię […] z pewnością i my bylibyśmy monarchistami!” Wszystkie podobne sformułowania świadczą dobitnie, jak różna jest myśl polskich narodowców od zachodnich wynaturzeń ruchu narodowego, oraz o tym, jak blisko z jej tradycjonalistycznych odmian do świadomego monarchizmu – a może bardziej nawet: do monarchistycznego sentymentu, do estetycznej niemal (a przypominam nieśmiało, że „piękno formą jest miłości”) fascynacji koncepcją organicznego, hierarchicznego społeczeństwa, zorganizowanego wokół monarchy według zasad religii katolickiej, która z pewnością udzieli się także wielu czytelnikom Hiszpanii bohaterskiej. Podobnie jak, przyznaję po dobroci, udzieliła się ona i mnie, podczas mojej lektury. Nietrudno dostrzec, jak bardzo różni się takie spojrzenie na sprawę od, choćby, wspomnianego wyżej Wczoraj i jutro Jana Mosdorfa: żyjącego raczej fikcją przyszłości niż konkretem tradycji.

            Nudniejszą stroną zagadnienia pozostają całkiem długie rozważania na temat przyszłości Hiszpanii i w ogóle ruchu narodowego w Europie, w perspektywie czasów dzisiejszych mające znaczenie niemal wyłącznie historyczne. Ciekawą sprawą wydaje mi się jednak to, że nie ma w tekstach Giertycha żadnego śladu przeczucia zbliżającej się wojny; bardzo pouczające.

            Jeszcze jedno słowo wypadałoby poświęcić, jak zawsze w wypadku polskich nacjonalistów, kwestii żydowskiej. Giertych porusza ją rzadko, głównie przy okazji rozważań na temat wysiedlenia Żydów z Hiszpanii przez Izabelę i Ferdynanda. Stosuje przy tym czasami język ostry i przesadnie niekiedy nacechowany agresywnie, mogący, zapewne, wielu razić. Co do tej kwestii, posłużę się cytatem z innego dzieła tego samego autora, Nacjonalizmu chrześcijańskiego, w którym stwierdza on: „[W]alka, jaką polski ruch narodowy z elementem żydowskim prowadził, nie miała w najmniejszym stopniu cech rasistowskich. Była to typowa walka narodowa – taka sama, jaką prowadzą między sobą także i narody chrześcijańskie. Mogła być nieraz walką zaciętą, ale w założeniu swoim nie miała ona ani cienia pierwiastka herezji i […] przeciwko etyce chrześcijańskiej nie wykraczała”. Co do tego konkretnego wypadku, na pewno jestem w stanie się zgodzić. Zwłaszcza, że jeśli trochę rozważania Giertycha uogólnić, to widać aż nadto wyraźnie, że kwestia tak zwanego „międzynarodu”, niekoniecznie tożsamego z jakimś konkretnym ludem, ale raczej znajdującego swoich członków we wszystkich narodach świata, a grającego wyłącznie o własne interesy ekonomiczne, kosztem wartości wyższych, zachowuje ciągle swoją straszną aktualność.

            Inną zupełnie sprawą są kwestie wydawnicze. Przyznam, że one chyba najbardziej mnie z całości zdziwiły. Ot, na przykład, natrafiamy czasem na takie imiona jak Adolf Hitler, Włodzimierz Lenin czy Bolesław Chrobry; do każdego zaś – mamy przypis. I nie są to jedyne tego typu wypadki. Nie ma co ukrywać, że z tych pozatekstowych przyczyn momentami lektura zaczyna przynosić także niezamierzone efekty komiczne. To, rzecz jasna, refleksja czysto uboczna, niemniej mówiąca chyba coś-niecoś o obecnym stanie polskiej kultury.

            Ostatecznie zatem, Hiszpania bohaterska to książka, którą – jak sądzę – naprawdę warto przeczytać. Oczywiście, jak zasugerowałem już wcześniej, jest to publicystka; nie spełni zatem oczekiwań tych, którzy domagać się będą od niej zaspokojenia ich pasji naukowych. Z pewnością jednak lektura tego dzieła może wiele wnieść, nie tylko w kwestiach historycznych, ale także bieżących, do konserwatywnie zorientowanego spojrzenia na cywilizację (nie wspominając tutaj o walorach czysto literackich, które również stoją na bardzo wysokim poziomie; język jest giętki i plastyczny, Giertych dba o szczegóły i urozmaica swoją relację mnóstwem ciekawostek historycznych). Zresztą, skądinąd sięgnięcie po podobne, pozanaukowe omówienie różnych spraw, może być, wydaje mi się, pożyteczne również z punktu widzenia samej nauki. „Zabawka w życiu w sam raz – i to rozumna” – napisał Platon w Timajosie. Jednym słowem: rozrywka ludzi inteligentnych. Osobiście tak w każdym razie lubię się pocieszać. I powiem jedno: czasem nawet działa.

            Reszta jest milczeniem.

Maciej Wąs

J. Giertych, "Hiszpania bohaterska", oprac. M. Andrzejczak, "Ostoja", Krzeszowice 2013

Tags: , ,

Kategoria: Inni autorzy, Recenzje

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *