banner ad

Goetel: Lata pod okupacją (cz. 1)

WOJNA I WARSZAWA

…”Silni, zwarci, gotowi”, hasło artykułu ogłoszonego w „Polsce Zbrojnej” na krótko przed wojną a przejęte nie tylko przez głośniki urzędowej propagandy lecz i przez najszersze masy polskiego społeczeństwa, odpowiadało rzeczywiście duchowi chwili. Nie zdarzyło się bowiem nigdy w dziejach Polski, a może i w dziejach całego zachodniego świata, by wola narodu tak solidarnie i tak gorąco zdecydowana była na przyjęcie wojny. Skoro Marszałek Śmigły-Rydz używa niewybrednego zwrotu: „Nie damy ani guzika”, wyjmuje go z ust ludu. Wiadomości o zbrojeniach niemieckich nie straszą nikogo. Ultymatywny sposób stawiania żądań przez Hitlera, złowrogi ryk tłumu niemieckiego, słuchającego jego przemówień, rozgrzewa tylko atmosferę. Polacy, wiadomo, nie znoszą pogróżek i ultimatów. Duma jest integralną częścią ich patriotyzmu.

Zapał narodu utwierdził kierowników państwa w mniemaniu, iż przyjmując wojnę postępują słusznie, nie tylko gdy chodzi o ocenę powszechnej woli, lecz także o przewidywania, co przyniesie Polsce sam przebieg wojny. Wiara w znaczenie entuzjazmu, przyświecająca wielu poczynaniom polskim w ubiegłych dziejach a ukoronowana zmartwychwstaniem państwa polskiego, skłaniała do optymistycznego spojrzenia w przyszłość. Entuzjazm był tym razem powszechny. Obejmował nie tylko elitę, lecz wszystkie warstwy narodu, ziemian i mieszczan, robotników i lud wiejski, nawet masy żydowskie. Na wojnę był gotowy rzeczowy Śląsk, rozważne Poznańskie, przemądrzały Kraków, dzielne Mazowsze, swawolna Warszawa, nieufne Wilno, skłonny do uniesień Lwów.

Można by więc powiedzieć, że wola narodu była główną przyczyną błędu w ocenie sił, popełnionego przez kierownicze czynniki państwowe. Jednak i one uczyniły niejedno, aby wprowadzić w błąd masy. Tryumf turystycznego samolotu Żwirki i Wigury nad zawodnikami niemieckimi stworzył legendę o wyższości lotnictwa polskiego nad niemieckim. Nikt nie zadał sobie wówczas trudu zwrócenia uwagi na istotne, w gruncie rzeczy nikłe wymiary sukcesu i przestrzec w związku z nim przed złudzeniami. Szeroka propaganda dokoła przemysłu zbrojeniowego, kiełkującego dopiero w Centralnym Okręgu Przemysłowym, łudziła gotowością podjęcia walki z każdym przeciwnikiem i z każdym narzędziem nowoczesnej wojny. Sojusze i pakty, zawarte z Zachodem, jednako przeceniane u góry i dołu, dopełniały reszty.

Z dni poprzedzających wojnę, której szanse oceniałem nie mniej optymistycznie od innych, zapamiętałem dwa tylko głosy ostrzegawcze. Jeden z nich, to krótka rozmowa uliczna z ex-szefem lotnictwa, gen. Ludomiłem Rayskim.

– Mistrzu… mistrzu, – kiwał głową stroskany, gdy w sposób, rzecz można: przepisowy, rozprawiałem o zbliżającej się wojnie, – mnie się zimno robi na myśl, co się stanie, gdy Niemcy rozpoczną wojnę lotniczą…

– No dobrze, lecz nasi lotnicy? -odpowiadam standardowo.

– Lotnicy są świetni, ale maszyny… szkoda gadać.

Umilkł. Więcej powiedzieć nie chciał czy nie mógł. Nie był wówczas w łaskach naczelnego dowództwa i obawiał się, by krytyka nie była zrozumiana jako objaw pretensji osobistych.

Drugi, to spotkanie w kawiarni warszawskiej z prof. Władysławem Studnickim. Siwy i, jak powiadano, „postrzelony” profesor, dopadł mnie tu już po złożeniu swego głośnego memoriału. Bardzo podniecony, niemal zrozpaczony, rysował w czarnych barwach przebieg wojny i jej następstwa i usiłował znaleźć we mnie sojusznika w przeciwstawieniu się „obłędowi”, który opanował naród od góry do dołu…

– Tę wojnę wygra Rosja! – przekonywał. – Czy pan naprawdę nie widzi, co nas czeka? Pan przecież umie samodzielnie myśleć.

Nie podzielałem jego zdania. Zrobił na mnie wrażenie maniaka.

Siła i szybkość uderzenia niemieckiego z południa, północy i zachodu przewyższała z pewnością nawet przewidywania Studnickiego. I nikt w Polsce nie spodziewał się, że tylko kilka pierwszych dni września zachowa się w pamięci Polaków jako wspólne przeżycie wojenne. Co potem zaszło, można określić tylko jednym słowem: finis Poloniae. Rozbite zostało wszystko. Armia, maszyna państwowa i samorządowa, sieć komunikacyjna, plany, przypuszczenia, przewidywania. Ogromny zapas wewnętrznych i żywotnych sił pozbawiony został kierownictwa i puszczony samopas. Zdezorientowana i przemieszana masa ludzka miota się, waży i kłębi, oddziały i rzesze uchodźcze rzucają się to tu to tam, aż pada pierwsza instrukcja i kierunkowe słowo: za Bug! Popłynie wówczas za ową zbawczą rzekę, nie zdając sobie sprawy, że poprzez Bug zmierza na Syberię, do Rumunii, Francji, Anglii, za morza i lądy. W posłuszeństwie, wierności, zapale, z jakim rozbita Polska podjęła rzucony na oślep rozkaz, żyje wiara poprzedzająca wybuch wojny.

Z balkonu mieszkania mego na Pradze patrzyłem nieraz godzinami na ów nurt ludzki, przesuwający się miejskim uboczem ku drogom na Siedlce czy Lublin. I słuchałem śpiewów hufców harcerskich z dalekich miast i miasteczek, hufców, które podążały naprzód, karnie i w ordynku, z drużynowymi na czele. Plecak, zwinięty płaszcz był jedynym ich ekwipunkiem podróżnym. Niekiedy nauczyciel wiejski wiódł grupę co większych chłopaków. Bokami zaś gościńca szli w pojedynkę czy przesuwali się na rowerach ludzie dorośli wszelkiego wieku i stanu. Prawda że wczesnym rankiem lub częściej o zmierzchu czmychały też przez miasto samochody objuczone co tchórzliwszymi ludźmi i ich dobytkiem. Tych gnała naprzód trwoga. Może by popędzili za Bug nawet i bez rozkazu!

Ani rozmiarów tej wędrówki Polaków, ani strat, jakie spowodowała, nie sposób wymierzyć. Cios jednak, jaki spadł wówczas na Polskę w postaci poruszenia jej ludności i oderwania od gleby, nie był mniejszy od tego co spotkało ją na polach bitwy.

Nie wszyscy jednak odeszli i nie wszyscy mogli odejść. Część uchodzących dopadł jeszcze i zawrócił wpół drogi rozkaz wstrzymania pochodu i koncentrowania się w Warszawie, gdzie otrząśnięto się z pierwszego odurzenia klęską. Miasto, które nie wchodziło w żadną rachubę strategiczną, jęło gotować się do obrony, aby jak powiadano, odciążyć wojska polskie, koncentrujące się już nie za Bugiem ale na przedpolu karpackim.

Z wszystkich miast polskich dotkniętych wojną. Warszawa widziała i wiedziała o wojnie najwięcej. Położona pośrodku działań wojennych, wciąż przez nie omijana, najlepiej znała przebieg i rozmiar klęski. Burza zawiedzionych uczuć Warszawy zwracała się przede wszystkim przeciw rządowi. Nie jest już tajemnicą dla nikogo, że rząd „uciekł” w komplecie, z dyrektorami gabinetów, sekretarzami i z rodzinami. Stolicę i Kraj zostawił na pastwę Niemcom. O jego ucieczce krążą najprzykrzejsze i najhaniebniejsze opowieści. Przeciwdziałać im nie ma sposobu, gdyż prasa rządowa milknie jedna z pierwszych, ostatni zaś rzecznik rządu, świeżo mianowany minister propagandy Michał Grażyński, przesunie się tylko przez Warszawę, nie umiejąc ani nic wyjaśnić, ani nic zdecydować, ani nawet oznajmić, jaki człowiek czy zespół ludzi będzie dawał teraz dyrektywę.

Dziś, z perspektywy lat, ucieczkę rządu widzimy w innym, nie tak jaskrawym świetle. Być może, że myśl obrony sprawy polskiej, zbrojnie czy dyplomatycznie, poza granicami Kraju była jedyna, która rokowała wówczas nadzieje. Błędem jednak bezspornym i oczywistym było odcięcie się od porzuconego Kraju. Jeśli nie stało czasu w Nałęczowie czy Krzemieńcu, aby wyznaczyć odpowiednich ludzi do zawrócenia, pozostania na miejscu i objęcia kierownictwa w ostatnich gniazdach oporu czy na obszarach już okupowanych, należało to uczynić krótką decyzją wśród drogi czy też choć powziąć ją później, już w Rumunii.

Ale poczucie klęski złamało rząd wewnętrznie. Złożył broń podwójnie, raz wobec napastników, drugi wobec tradycji, którą reprezentował. Przegraną przyjął z fatalistyczną pokorą, niegodną imienia Piłsudskiego.

Tym, który miał samorzutnie przejąć gorzkie dziedzictwo, był burmistrz Warszawy, Stefan Starzyński, jedyny pozostały na placu wysoki urzędnik będący piłsudczykiem. Pełnomocnictw szczególnych od zeszłego z placu rządu nie miał. W przede dniu wojny podwyższono mu tylko rangę wojskową, z kapitana rezerwy na majora. Mjr Starzyński, który zresztą ani w legionach ani później nie był żołnierzem liniowym, miał stać się dowódcą oblężonej Warszawy, przeprowadzić najbardziej heroiczną bitwę wojny wrześniowej i zdobyć sławę przywódcy narodu, równego niewielu postaciom w historii naszych powstań.

Formalnym dowódcą Warszawy Starzyński nie był. Zaważył jednak najsilniej na decyzji wydania bitwy Niemcom, najdłużej i najbardziej stanowczo sprzeciwiał się poddaniu miasta. Osobistość jego, rozkazy, odezwy, przemówienia miały znaczenie rozstrzygające.

Czy nie wziął zbyt wiele na siebie, jeśli chodzi o wojskową szansę bitwy? Warszawa twierdzą nie była. Forty rosyjskie z lat popowstańczych i te sprzed wojny r. 1914 nie miały znaczenia. Droga do miasta stała dla pancernych dywizji niemieckich otworem. Bombowce krążyły nad miastem bezkarnie. Ale wojna nowoczesna, „totalna”, skoro zostanie narzucona przeciwnikowi, czyni z otwartego miasta groźną przeszkodę, domy zamienia w bunkry, piwnice w szańce, z bruków robi zastawy, rzuca na szalę, krótko mówiąc, zapas pracy milionów ludzi zgromadzony w ciągu długich lat. W warunkach bitwy, przyjętej w samym mieście, cywil, uzbrojony w granat ręczny, butelkę z benzyną czy karabin, dotrzymuje placu regularnemu żołnierzowi. Nie można miasta takiego wziąć najazdem czy szturmem. Pierwsze dywizje niemieckie, które z łatwością przepruły front i chciały zająć miasto już 8 września, musiały odskoczyć, przywitane ogniem garstki ludzi zaczajonych na przedmieściach. Później, gdy pod Warszawę podeszły główne siły niemieckie, wlał się równocześnie w miasto potok oddziałów rozbitej armii polskiej. Przyjęty najserdeczniej, stworzył garnizon Warszawy i walczył na nowo, w zmartwychwstałej wierze w konieczność służby ojczyźnie, ścieśnionej teraz do jej stołecznego rdzenia. Nie była to już wtedy armia regularna lecz tylko dowodzona przez oficerów armia ochotnicza. Biła się na marginesie wojny, kończąc niejako jej klęski ostatnim zrywem męstwa i rozpoczynając równocześnie cykl walk dywersyjnych, który miał trwać przez kilka lat okupacji i zakończyć się drugim i ostatnim już zrywem Warszawy.

W tej osobliwej bitwie ochotników z najświetniejszą armią świata, Warszawa nie przegrywała potyczek, nie oddawała pozycji. Ataki frontowe umiała odeprzeć zwycięsko. Dławił ją tylko coraz ciaśniejszy pierścień pożarów. Przygniatały walące się domy. Huragan ognia artyleryjskiego w ostatnich dniach, bębniący bez wyboru po dachach i domach, olbrzymi nalot i pożar, rozniesiony niezmiernie silnym wiatrem, zmusił ją do poddania się.

Kiedy do Warszawy wtłaczała się armia niemiecka każda ulica miasta, każdy plac, każde większe podwórko miało swój cmentarzyk obrońców.

Tyle, najogólniej, o owym historycznym zdarzeniu, zanotowanym w dziejach wojny jako bitwa warszawska. Można by ją nazwać ostatnim patetycznym błyskiem ubiegającej ery, gdyby nie późniejsze dzieje 2-go Korpusu i drugi zryw warszawski, podjęty przez następne z kolei młode pokolenie.

* * * * *

Wojna miała mnie związać z Warszawą przez cały czas okupacji niemieckiej. Zameldowała się w moim mieszkaniu krótko i kategorycznie już w pierwszych dniach września. Bomba lotnicza czy też pocisk z moździerza zniszczył większą część mego dobytku i otworzył na oścież drzwi i okna mego gniazda. Przypadek, czy jeśli kto chce przeczucie, skłoniło mnie, iż w przeddzień opuściłem wraz z rodziną swój dom na Pradze i z paru walizkami w ręku przeniosłem się do pustego lokalu P.E.N. Clubu i Związku Literatów Polskich na ul. Pierackiego. Stara wedeta mego życia publicznego pociągnęła mnie ku sobie w krytycznej chwili. Był czas gdy położyłem wiele trudu by ją stworzyć i zagospodarować kulturalnym dobytkiem. Zastałem ją w zupełnym opuszczeniu. Ludzie tu stale zajęci ruszyli „za Bug”, pozostali w Warszawie „związkowcy” i „penclubiści” machnęli na nią ręką. Żywy do wczoraj lokal zdawał się być już zabytkiem muzealnym.

Bieg wypadków tchnął weń rychło nowy prąd życia. Niedługo po przybyciu na ul. Pierackiego zostałem mianowany kierownikiem sekcji propagandy Obywatelskiego Komitetu Pomocy Ludności Warszawy. Szeroko zakrojona organizacja, zawiązek późniejszego Stołecznego Komitetu Pomocy i Rady Głównej Opiekuńczej, była równie nieświadoma rzeczy gdy chodzi o ścisły program jej działania jak zawalona doraźnymi zadaniami, które dyktował chaos wędrówki ludności, ogień i głód. Główne zadania sekcji, jak redagowanie odezw do ludności i biuletynów wewnętrznych, ustępują też rychło zagadnieniu pomocy dla wszelkiego rodzaju wysiedleńców z inteligencji kulturalnej, którzy, pociągnięci znaną im siedzibą pisarzy, tu właśnie szukali rady i schronienia. Nawiązany kontakt z płk. Wacławem Lipińskim, który gromadził dokumenty chwili, obciążył sekcję opieką nad fotografami, dziennikarzami, filmowcami, miotającymi się od szańców do zawolonych szpitali czy płonącego Zamku, i stworzył dodatkowy łańcuch trosk. Od czasu do czasu zgłaszało się radio warszawskie, żądając materiałów dla podniesienia ducha. To znów wynurzał swe bóle Juliusz Kaden-Bandrowski, który osiadł w gmachu teatru Wielkiego, obciążony niedolą zgromadzonej wokół niego rzeszy aktorskiej i teatralnej.

Kaden rzekł mi raz przez telefon:

– Od dwu dni teatr się pali. Czyś ty był w piekle, gdzie smażą się aktorki i aktorzy?

– Nie, ale mogę to sobie wyobrazić.

– Nie możesz! – zaśmiał się. – To trzeba widzieć!

W lokalu mym było zapewne spokojniej niż w teatrze Wielkim. Wszakże i tu nie brakło sensacji wojennych. Spalił się dom po lewej i prawej, nocami rżnęła bateria ciężka dział, ustawiona opodal nas na szkarpie. Zapłonął wreszcie i samochód, pełen beczek z benzyną, ukryty tuż pod oknami naszego biura.

– Ewakuować dom! – wołał z ulicy oficer.

– O co chodzi? – zbiegłem na dół.

– W składzie kas wertheimowskich, obok samochodu, jest złożony trotyl. Jeśli wybuchnie, cała dzielnica wyleci w powietrze.

Perspektywa wylecenia w powietrze razem z całą dzielnicą skłoniła mnie do pozostania na miejscu. Trotyl nie wybuchł. Skończyło się na fajerwerku benzyny.

Osobliwa była bitwa warszawska. Nie słyszało się jej i nie czuło inaczej, niż w nieustannym rytmie podniecenia, którym tętniło miasto. Pociski świstały i waliły to tu to tam. Na ulicach wybuchał, nieraz spod nóg, krater dymu. Balkon czy gzyms obrywał się i leciał w dół. Czasem ktoś padał na ulicy ni stąd ni zowąd, czasem ktoś wstawał z ognia jak feniks z popiołów. Radio włączało się w ten zgiełk wojowniczą nutą „Warszawianki” czy dzikim rytmem zbójnickiego tańca, który zdawał się grać niepokojem lecącego w górę płomienia.

Krótkie, rozkazujące zdania burmistrza Warszawy przeszywały powietrze jak błyskawice.

O zmierzchu bywało nieco ciszej. Pociski leciały z rzadka, warkot samolotów ustawał. Ludzie wysuwali się wówczas z domów i biegli odwiedzać przyjaciół. Niekiedy ukazywał się na ulicy mały kondukcik pogrzebowy, odprowadzający poległego czy zmarłego na jakiś większy cmentarzyk, założony na skwerze pl. Trzech Krzyży, u wylotu Krakowskiego Przedmieścia czy na pl. Krasińskich. Kiedy zapłonęły na Żeraniu ogromne składy węgla, okrasiły zwrócone ku Pradze budynki śliczną, różową łuną.

Nigdy nie zapomnę widoku kościoła św. Krzyża, Domu Wojskowego i hotelu Europejskiego, gdy o wieczornej godzinie, trzymając się bezpieczniejszej, prawej strony Nowego Światu, chodziłem wzdłuż martwych ulic i domów o czarnych oknach do Simona i Steckiego czy hotelu Bristol, gdzie o tej porze zbiegali się warszawiacy na „krótki” kieliszek, potoczną anegdotę, wymianę wieści i zdań. Ten hotel wraz z sąsiednim lokalem Simona zastępował Warszawie wszystko: prawie że nieczynne już kawiarnie, zamknięte teatry, zanikające gazety. Ogień dział niemieckich, tak celny gdy chodziło o niedaleki Zamek i tak bezwzględny gdy chodziło o tłuczenie po mieście, oszczędzał okolice hoteli Europejskiego i Bristol, z góry przeznaczonych na siedzibę sztabów niemieckich. Strefa szczególnie gorąca zaczynała się wokół ratusza.

Ujrzeć bliskiego sobie człowieka, usiąść z nim bezpiecznie, zaśmiać się i wymienić kilka zdań w knajpie zatłoczonej „swoimi” ludźmi, to nie jest mało jak na czas, gdy nawet spojrzenie w okno jest kradzione tyraństwu walki. Wpadał więc nieraz i do Simona bitewny burmistrz Starzyński. Nie lubił wtedy mówić o wypadkach dnia.

– Dajcie mi spokój, – odpowiadał, uśmiechając się, – ja już od tego ochrypłem.

I nikt za stołem nie słyszał wówczas gniewnej, rozpaczliwej nuty, z jaką nawoływał przez radio świat o pomoc dla druzgotanego miasta.

Pewnego dnia spotkałem w Bristolu Światopełka Karpińskiego, poetę i śpiewaka lekkomyślnej i cynicznej Warszawki. W mundurze porucznika pełnił służbę adiutanta dowódcy komendy placu. Niewyspany i strudzony, zaciągnął mnie do swego pokoju na górnym piętrze hotelu, który zajmował w towarzystwie przygodnej kobiety. Karabin w kącie, kilka granatów ręcznych na parapecie okna, rząd butelek pod ścianą stanowiły ekwipunek tego mieszkania.

– Nie śpię, – otwierał gorączkowo butelkę, – mam masę pracy, jestem podany do odznaczenia – patrzał na mnie przekrwionymi i błyszczącymi oczami.

– Zapędzi się pan w grób.

– Może. Ale to wspaniały czas!

Żył wysoko, ponad stan. Oficerem, jak słyszałem, był dobrym, odważnym, niezmordowanym. Pisywał też wiersze, jak zwykle, na skrawku papieru, w okazji takiej czy siakiej. Kilka z nich, to chyba najpiękniejsze, co napisano o Warszawie z tych dni.

Po poddaniu się Warszawy umknął przed niewolą, znalazł się w Wilnie i zmarł tam na piorunujące zapalenie płuc. Zachowałem go w pamięci jako prawdziwie warszawskie dziecko, zepsute i cyniczne w beztroskie dni a szlachetne i gorące w nieszczęsną chwilę.

Na niedługo przed poddaniem się miasta gromadzi się w westybulu hotelu Bristol korpus dyplomatyczny gotowy do drogi. Godzina jest wieczorna. Panowie z dyplomacji i towarzyszące im osoby siedzące na walizkach, z pledami i paltami na ręku, oczekując wysłanników, którzy mają dać znać, że wyjazd należy rozpocząć. Oczy mają wbite w ziemię. Może rozważają czy to jest naprawdę jedyne co należało uczynić, aby zachować prestige. Nie wiem, czy którykolwiek z nich zdobył się na gest pożegnania się z burmistrzem Warszawy. Kiedy podjeżdżają samochody, wysuwają się cicho z westybulu, unikając zetknięcia z przesuwającymi się mimo warszawiakami.

Wyjazdowi ich towarzyszy, ustalony przez obie strony, kilkogodzinny okres zawieszenia walki. Cisza ta, niezwykła, zapomniana, rzekłbyś już na zawsze, dzwoni niezmiernie przejmująco w uszach i sercach Warszawy. Przerywa ją wreszcie strzał, z polskiej chyba strony.

Huraganowe bombardowanie Warszawy 25 i 26 września uwieńczył nalot na ogromną skalę. Przypadek chciał że właśnie w dzień, upatrzony na powietrzną rozprawę z szalonym miastem, niebo, bezustannie pogodne, zasnuły niespokojne obłoki. Samoloty krążyły nad nimi do południa, aż zrywający się wiatr otworzył okna w chmurach. Na Warszawę padły setki bomb burzących i dziesiątki tysięcy zapalających. Nocą rozpętała się sucha wichura i przewiercała płomieniami całe dzielnice. Była to pierwsza wizja końca świata, jaką przeżyć miała Warszawa.

Nazajutrz, gdy kanonada ścichła, najsprzeczniejsze wieści obiegły miasto. Część tylko ludności uwierzyła, że miasto się poddało. Nadzieje wielu zwróciły się nagle ku wojskom rosyjskim. Podawano sobie z ust do ust, że to ich właśnie marsz na Warszawę zmusił Niemców do zaprzestania ognia i opuszczenia placu.

Jak wszyscy niemal mieszkańcy miasta, wyszedłem na ulice, jeśli można było nazwać ulicami owe fantastyczne wąwozy i rumowiska, owe jamy i zapadnie, pagóry gruzów i piargi, wśród których należało się kręcić, nie spuszczając z oka zarysowanych murów i zwisających pował. Pył wapienny, jeszcze nie osiadły, przenikał do płuc. Miejscami buchał żar z tlących się jeszcze zgliszcz.

Prawda zawarta w obrazie zniszczenia nie wystarczała tłumowi, który krążył po mieście, oczekując ciągle ujawnienia się drugiej, innej prawdy o przebiegu zdarzeń. Zdarzyło się, że w chwili wielkiego zgęszczenia ludzkiego nurtu w al. Jerozolimskich nadleciał szkolnym samolotem obserwator rosyjski. Tłum, rozpoznawszy znaki na skrzydłach, witał go uniesionymi w górę dłońmi i okrzykami.

Dopiero rozlepione na ścianach plakaty z orędziem Starzyńskiego o poddaniu miasta położyły kres złudzeniom.

Ostatnie dni przed wejściem Niemców, którzy nie kwapili się z zajęciem stolicy, zapisały się dość czarno w pamięci. Rozładowywanie składów publicznych, słuszne chyba i nawet konieczne, dało okazję do igrzysk, gdzie bary i pięść miały rozstrzygające znaczenie. Za darmochą, którą zdobywało się „legalnie” z otwartych okien i drzwi składów z tytoniem, spirytusem, cukrem, poszedł amatorski już rabunek sklepów i składów prywatnych. Szturm rabusiów na magazyny Zamku i jego ocalałe jeszcze lokale nie cofnął się przed milicją obywatelską, przełamał jej opór i ogołocił Zamek z reszty dobytku. Nie oszczędzono również i Biblioteki Narodowej, gdzie wydzierano z ksiąg iluminowane karty, a ze starych inkunabułów – oprawy ze skóry. W grabieży brał udział nie tylko motłoch zmieszany z opryszkami wypuszczonymi z aresztów. W śródmieściu paniusie w szykownych futrach wdzierały się do opuszczonych sklepów i wynosiły z nich co popadło pod rękę. Szajki przemyślnych knajaków czyhały na grabicieli obciążonych łupem. Niejeden taszczony na plecach worek został przecięty nożem, a wyciekająca z niego zawartość wpadała w podstawiony kapelusz andrusa. Słabszym nieraz siłą odbierano łup. Był to pierwszy popis chamstwa, które, uprawnione niejako i rozgrzeszone przez brutalność zdarzeń wojennych, zdobywało sobie miejsce w życiu. Próba ta, wówczas jeszcze epizodyczna, miała z czasem ożyć w zdarzeniach i zjawiskach o wiele bardziej haniebnych.

Lecz wtedy rabunki były normalnym rozruchem ulicznym na opuszczonym pobojowisku. Nikt nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że po katastrofie dni wrześniowych ma przyjść z kolei cały łańcuch najmniej spodziewanych wydarzeń, sprzecznych ze wszystkim co można było przewidzieć. Oszołomiona Warszawa sądzi, że ma za sobą już wszystko najgorsze, nieudolny rząd, złą politykę, bestialstwo wojny, bezprzykładne ofiary, zdarzenia, od których „bieleje włos”.

Zgnębiona i podeptana, o przyszłym dniu rokuje nie tak czarno, jak rozpamiętywa wczorajszy. Idealiści głoszą, że cokolwiek się stało, zbawiliśmy oporem naszym świat, który nareszcie zrozumiał czym jesteśmy i co nam zawdzięcza. Prosty człowiek warczy na „sanację”, przeklina nawet Starzyńskiego, ale spogląda przedsiębiorczym okiem na ruiny i zwaliska i snuje plany jak sobie wśród nich na nowo urządzić życie. Starsze pokolenie krzepi ducha wesołymi nieraz opowieściami o okupacji niemieckiej, którą przeżywała Warszawa podczas tamtej wojny.

 

Ferdynand Goetel

 

Wiadomości [19.02.1950] Londyn Rok 5, Nr 8 (203)

 

 

Kategoria: Inni autorzy, klasyki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *