banner ad

Frankfurt nad Odrą i Słubice: Czyli gdzie diabeł nie mówi nawet dobranoc

| 18 marca 2013 | 0 Komentarzy

Kleiststadt_Frankfurt_(Oder)Mój pierwszy rok w podwójnym mieście, złożonym z lewobrzeżnej macierzy i prawobrzeżnego anszlusu, dostarczył mi więcej socjologicznej wiedzy niż moje mądre książki. Ponoć jest nawet taka metodologia „obserwacji”, zatem chciałem swoją monografię zacząć od „obserwacji terenowo-kontekstowej”. I być może na nim skończę, bo jeszcze dorwą mnie tutejsze bojówki – antifa ma z Berlina niedaleko, a demo-nacjonaliści są na miejscu i mają nawet własną knajpę, koło której przechodziłem „multum razy”.

Tak w ogóle to nieprawda, że w "gorszym" Frankfurcie są tylko „Lutrowskie” zbory straszące pustką, Odra i bloki z wielkiej płyty. Np. liczba parków i skwerów przekracza liczbę mieszkańców. Dosłownie: Każdy we Frankfurcie Lubuskim (hehe) ma hektar kwadratowy zieleni tylko dla siebie.

Po godzinie 19 nie ma żywej duszy na ulicy, nie licząc studenckich spędów. A propos: Niemieccy studenci dostają tutaj regularnie łomot, przez co odkryłem pierwszy powód, dla którego warto tutaj żyć. Powód medialny (och, jak oni się żalą): społeczna zawiść. Powód realny: bezczelny lans hołoty z wielkiej wiochy zwanej dalej Berlinem, pod którą robi się absolutnie wszystko. Tramwaje zaplanowane są tak, by prowadziły pod akademiki (które wolnością i brakiem zasieków czy „administratorów” kompletnie nie przypominają tych po prawej stronie Odry), działają z 4 student-only kluby dyskotekowe, nieźle rozbudowany studencki klub sportowy, 90% życia kulturalnego obraca się wokoło studentów. Miejscowi mają tymczasem wieczny problem z komunikacją drogową. Przebudowa jednego mostu kolejowego trwa już rok. O innych perspektywach nie warto wspominać. Całość niech dopełni anegdota: Szukając hali sportowej (jakieś dwa tygodnie po rozpoczęciu nauki na tutejszym uniwerku) zbłądziłem tak, że nawet dzisiaj nie wiem, gdzie polazłem. Po 20 minutach (to nie żart) spotkałem miejscowych, którzy z radością nie tylko chcieli wskazać mi miejsce, ale nawet mnie zaprowadzić. Była to chyba para świeżo zauroczonych, widać, że lubili spędzać ze sobą czas, widać było też na ich twarzach wszystko to, co mogłem później zaobserwować. Ale wracając: Pytając z grzeczności, jak im się żyje (głupi ignorant ze mnie był, przyznaję), odpowiedzieli mniej więcej tak, jak odpowiada się w polskim miasteczku (nic tu nie ma, wyjechać, najlepiej do Berlina, bo blisko i pociągi co pół godziny odchodzą). Wychodząc na jeszcze większego kretyna (z czego zdałem sobie sprawę rok później) odparłem z głupia frant: „Ale macie tutaj uniwersytet”. Odpowiedź była następująca: „No, tak… uniwersytet”. Czując, że za sekundę atmosfera może się zgęstnieć, a ja zostanę w ciemnym „żużlowisku”, zmieniłem temat, podając analogię do polskich miasteczek. Niesamowite: Na wschód od Łaby ta sama mizeria. W zasadzie ta anegdota mogłaby wyczerpać cały temat tego artykułu.

Jak sprawy stoją z ekonomią? Ceny są tutaj najniższe w całych Niemczech, indeksy konsumenckie super. Szczerze, to nie chce mi się nawet chodzić „przez most”, ponieważ ¾ produktów jest na lewym brzegu… tańsza. Może dlatego, że nie kupuję papierosów, leków i wódki i nie muszę tankować auta (bo mam sehr tani bilet studencki). Na prawym brzegu ceny są jedne z wyższych w Polsce (bo lewy brzeg pompuje popyt), a najwyższe na targowiskach słubickich – tylko dla Niemców nieumiejących mówić po polsku (i bez żydowskiej smykałki do negocjacji). Serio: Słysząc niemiecki od razu polski bazarowicz podbija cenę o 200%. Niech się uczą języka… Aha: jest 5 linii tramwajowej, pociąg co pół godziny do Berlina i co 4 godziny do Poznania/Kutna/Warszawy, a ostatnio, z ofiarności studentów (w sumie tej ofiarności 7 euro na rok/sztuka studenta) pociągnięto linię autobusową z dworca frankfurckiego do słubickich akademików.

Makroekonomicznie wygląda to tak, że miasto utrzymuje się z trzech mini-miasteczek: a) studenckiego, b) ekologicznego, c) urzędniczego. O pierwszym nie warto wspominać: Wyposażenie, „obsługa” i architektura na najwyższym poziomie. Drugie składa się z dwóch firm, co się potężnie rozbudowały za subwencje z Berlina (a właściwie: z „zachodu”) i położone jest na obrzeżach-obrzeży. Trzecie jest na obrzeżach i o nim za chwilę.

Ponadto mieszkali tu Gauß (ponoć, bo twardych dowodów nie ma) i Kleist, pruski Mickiewicz, który rozpaczy po przeczytaniu Kanta ukrócił swego żywota w Poczdamie (połączonego linią kolejową Posen via Frankfurt nach Magdeburg) – żeby dzisiejsze studenciaki były takie rezolutne! Są spekulacje, że zrobił to z „zimnej krwi”, gdyż kantowska konstatacja o „niemożności dosięgnięcia do prawdy spekulatywnym rozumem” miała tak wstrząsnąć Kleistem, że ten nie widział powodu do dalszego życia.

Podsumowując: Frankfurt Nadodrzański to gites miejsce: Polska bliziutko, ale nie w sensie socjologicznym (urzędnicy milsi), powietrze zdrowe. Miejsce w sam raz dla ludzi socjosceptycznych w rodzaju konserwatywnym! Największym skandalem obyczajowym jest tutaj fakt istnienia pewnego zdolnego korepetytora (udziela korepetycji z 10 przedmiotów) nauk ekonomicznych, który doprowadza profesorów do szewskiej pasji. Jeden ponoć jak tylko widzi „tok myślenia” na egzaminach, wskazujący na usługi „korepetytora”, skreśla całą pracę jako „nieważną”, choćby wyniki były tak dobre, że lepsze być nie mogą. Nie wspomnę z nazwy ani korepetytora, ani profesora, bo chcę trochę tu pożyć, a po co do bojówek dokładać sobie kolejnych wrogów. Uniwersytet chwali się tym, ze ma studentów z 1872187781 krajów, część wożących się na erasmusach i tym podobnych (jeśli istnieje coś niżej w drabinie społecznej od studentów, to jest to „erasmus”).

Ludzie, a właściwie ludność, to sam cymes państwa opiekuńczego, sen Sierakowskiego i postpostmodernizm w pełnej krasie: 40% bezrobotnych, 80% alkoholików, 10% mieszkańców to studenci –oni też chleją, ale z umiarem i w swoich bananowych „klubikach”, zresztą jeden klubik nazywa się „Bananas”. Miasto swój żywot opiera, jak już wspomniałem, na uniwersytecie, fajkach z Polski i branży ekologicznej (której połowa już zawinęła kiece, bo faszystka Merkel obcięła subwencje), pełno imigrantów (ale teofaszystów z krajów arabskich jest naprawdę mało). Jest także teatr grający taką modernę, że Lessing przewraca się w grobie ruchem obrotowym.

Jest fakultet kulturoznawstwa pełen bohemy, którego członkowie padają ofiarą żartów i dyskryminacji wykluczającej. A propos sprzedawanego studentom „łomotu” – przedstawiając swoje oryginalne racje (czyli wyjaśniającym powody „społecznej zawiści” – Sozialneid – jak to się naukowo nazywa), jeden z meksykańskich studentów zapytał się mnie, czy studiuje kulturoznawstwo. Wtopiłem, cholera jasna, przegrałem życie po prostu. Odpowiedziałem, że studiuję ekonomię, a rozmowę ucięła właścicielka fejsbukowego profilu (najwyraźniej „tolerancjonistka” nietolerancyjna wobec „stereotypów”) pisząc: „A jakie to ma w ogóle znaczenie?” i zwalniając mnie z dalszej rozmowy (uff!). Najwyraźniej student ekonomii nie posiada serca, a student prawa (ostatni z kierunków na uniwersytecie) nie posiada duszy, więc pełen empatii może być tylko kulturoznawca. Notka bez znaczenia: Honoris causa uczelni posiadają Geremek, Michnik i Balcerowicz. Piękne trio, zespolenie polskiej polityki, dziennikarstwa i ekonomii!

W mieście znajduje się także muzeum młodej sztuki postpost-wszystkiego (reklamowane na plakatach „dzieła” tak mnie zniechęciły, że nigdy tego czegoś nie odwiedziłem), jest instytut ekumenizmu, organizowana jest tęczowa droga lolo-baptystów nad jednym z licznym jezior i całe nawet nie „dni” czy „tygodnie”, a miesiące tolerancji. Galerii handlowych od groma (jeszcze więcej niż parków) – tylko ludzie jacyś zdemotywowani, apatyczni, obdarci z godności i elementarnego człowieczeństwa – ale to nic, rewolucja musi mieć swoją cenę. Najpierw ta realnego socjalizmu, potem konsumpcyjnego państwa opiekuńczego. Choć liczba ośrodków kultu jest zdumiewająca (gminy protestanckie słabo, ale katolików już całkiem sporo na mszach), to wręcz prosi się, by powiedzieć: „To miasto Bóg opuścił dawno temu”.

Ludność tego miasta to taki „neo-proletariat”, tyle, że tym razem bez pracy (w przeciwieństwie do pierwotnego proletariatu) i (o dziwo jak na Niemcy), ale za to w rodzinach (ponoć zazwyczaj dysfunkcyjnej), które karmią i pilnują jak oka w głowie urzędy. Tak jak zresztą ten „lepszy” Frankfurt, tak i ten „gorszy” ma swoje „CITY”. Tylko, że to „CITY” to położone na obrzeżu (pewnie dlatego, bo autostrada blisko i można się szybko zmyć – smutne) i jest złożone z samych urzędów (zaraz obok mini miasta „ekologicznego”), zdumiewające swoim rozmachem jak na rozmiary takiego miasta (niemal równe 60 tysięcy mieszkańców). Dobrze im tam płacą (zgaduję)  i wespół z dotowaną „ekologią” i uniwersytetem „międzynarodówki” utrzymują główne miasto na chodzie, toteż są mili i czują się ważni. Chociaż nie zawsze i nie wszędzie, nie polecam wycieczek do ratusza nadto niż to potrzebne – no ale ma to swoje wytłumaczenie, że ratusz akurat jest w „centrum”, a nie w „miasteczku”. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że miasto i jego ludność to wielka mizeria. Może. Nie wiem, kto jest temu winny. Podejrzenia: socjologicznie zapewne odpowiedzialność ponosi realny socjalizm, ekonomicznie implementacja państwa opiekuńczego bez kapitalizmu, ale mogę się mylić i zapewne to robię. Kiedyś zostałem zaczepiony przez dziecko uczące się i zapytane „co studiuje?” odpowiedziałem, że „ekonomię”. Ono, że nie rozumie, co to jest „ekonomia”. Ja, szukając prostego wyjaśnienia, odparłem, że to jak rodzice pracują, a z rodziną wydaje się pieniądze. „Moi rodzice nie pracują” zabrzmiało żałośnie – i znowu wyszedłem na jakiegoś nieczułego palanta. W końcu jestem studentem i chyba powinienem z przekonaniem zacząć się tego wstydzić.

Zatem na pierwszy rzut oka: społeczny marazm+ekonomiczna ruina podtrzymywana na sztucznych (bo państwowych) filarach, apatia, mizeria, brak perspektyw poza nową komórką, ciuchami i piątkowym piciem – wtedy dopiero smutno patrzeć na tutejszą młodzież i w dłuższej perspektywie wyjazdem do Berlina.

A jednak! Jest coś czarującego, tajemniczego i przyciągającego moją konserwatywną socjopatię, coś, co każe mi tutaj zostać (w przeciwieństwie do moich 99,99% współstudentów, którzy chcą tylko „zrobić dyplom i pójść w świat) – niedefiniowalna atmosfera pietyzmu, ciepłości serca tylko z pozoru zepsutego i wysuszonego. Każdy, kto nie uległ spłaszczeniu uczuciowym godnym leminga i kto zna uroki małych polskich miasteczek, nie poczuje tu zbytniej różnicy poza wyregulowanym jeszcze mocniej kontrastem. Jest to miejsce powolnego trybu życia, sprzyjającego refleksji, filozofii, poezji i… zajęciom sportowym, czemu sprzyjają liczne, poukrywane, urocze zakątki. Ja żyję aktualnie w samym rdzeniu „starego miasta” z ryneczkiem, zazwyczaj opuszczonym. Ale pewnego dnia miasto zorganizowało tam doroczny festyn miejski. Każdy to zna z małego miasteczka: parę atrakcji „wesołego miasteczka” w wersji mini, budki z piwem i kiełbaską, scena z „chałturnikami” i wesoły nastrój. Co się okazało: To miasto żyje! I całe zwaliło mi się na głowę skomasowane w tym miejscu! Byłem zbyt zmarnowany po 5 godzinnej podróży z Polski, żeby się „zakręcić”, więc pobyłem tylko parę minut i udałem się na spoczynek (i hałas mi wobec mojego zmęczenia w ogóle nie przeszkadzał), ale przedtem dokonałem refleksji: Ja wiem, że miasto wydało pieniądze z podatków (np. zdzierczych zdaniem całego świata opłat parkingowych) na ten festyn, ale dobrze zrobiło. Lepsza taka integracja niż żadna. A ja mam mnóstwo obserwacji do moich ordoliberalnych rozważań i rewizji pewnych „twardogłowych” dogmatów.

Może Bóg jednak nie opuścił tego miasta?

Kamil Kisiel

PS Mam nadzieję, że lokalna prasa nie „nie odkryje” tego tekstu, gdyż łatwo tutaj zostać medialną „gwiazdą”, na czym mi w ogóle nie zależy. Powody zostały wymienione w tekście.

Kategoria: Inni autorzy, Kamil Kisiel, Kultura, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *