banner ad

Fiedler – do trzech razy sztuka

| 10 sierpnia 2018 | 0 Komentarzy

Wielką ozdobą starych wydań Arkadego Fiedlera jest oryginalna grafika niemająca nic wspólnego z fotoszopem. Znalazłam je na najwyższej półce. Pierwsze z brzegu stały "Dzikie banany" (niestety, bez obwoluty), dalej "Kanada pachnąca żywicą" i "Wyspa Robinsona". Pochłonęłam je w ciągu czterech upalnych dni. Na półce "Fiedlerów" stało o wiele więcej, ale przy trzeciej lekturze stwierdziłam, że mam dość.

Może zaczęłam w niewłaściwej kolejności, bo od "Dzikich bananów" (wyd. 1960). To zapis podróży Fiedlera do Wietnamu, który okazał się jednym wielkim hymnem na cześć władzy komunistycznej i nowego porządku świata. Co prawda miejscami nawet Fiedler – przy jego akceptacji i zachwycie dla polityki Hồ Chí Mina – nie jest w stanie pojąć geniuszu marksistów. Ochoczo cytuje pieśni sławiące komunizm i wyzwolenie kobiet, żeby następnie dziwić się temu, jak wyglądają w kobiecych drobnych rączkach młoty do tłuczenia kamieni na szosie. Paradny jest fragment, w którym Fiedler dopytuje  kobiet, czy w związku z nowym, wspaniałym ustrojem mężczyźni mają więcej pracy. – O nie… – odpowiada Wietnamka. – Oni muszą teraz często zbierać się, by debatować o przyszłości. – Oj filuty, filuty! – komentuje Fiedler, i tylko tyle. Coś tam wspomina w jednym zdaniu o losie katolików, przewija się dyskretna aluzja, że książka musi być tak napisana, aby w Warszawie nikt się nie przyczepił, ale zdecydowane przesłanie dzieła to wielka pochwała komunizmu. "Dzikie banany", jakkolwiek tytuł brzmi nadzwyczaj smakowicie, stają się pod koniec lekturą niestrawną.  

Podobno kiedyś książką modną i cenioną była "Kanada, pachnąca żywicą" (wyd. 1935). Rzeczywiście, jest o wiele lepsza od wietnamskich relacji. Fiedler maluje słowem. To, co najbardziej lubię, to konstrukcja szkatułkowa narracji: w toku relacji pojawia się nagle szczegółowo podana legenda, opowieść  o jakimś zapomnianym bohaterze, na przykład tragicznej postaci wodza indiańskiego Logana albo Polaków, którzy zasłużyli się dla społeczeństwa amerykańskiego. Jest i Stanisław, samotny mieszkaniec lasów, tajemnicza postać z drewnianej chatki, samotnik, który za dnia ciężko pracuje, a wieczorem klęka przed obrazem Częstochowskiej i długo odmawia modlitwę. Wątek religijny jest niestety dla Fiedlera pretekstem dla ironii, kpin i podważania wartości ludzkiej wiary. Oczywiście, gdy chodzi o wiarę katolicką i katolickich duchownych. Doszłam do wniosku, że najlepsze fragmenty jego książek to te, gdzie nie mówi sam Fiedler, tylko mówią tutejsze podania i legendy.

"Wyspa Robinsona" (wyd. 1954) jest to powieść przygodowa, oparta na tajemniczej historii. W XVIII wieku, w grocie na wyspie Coche na Morzu Karaibskim, mieszkańcy odkryli dużą łódź. Na burcie wyryte były słowa: John Bober Polonus 1726. Łódź musiała tam leżać kilkadziesiąt lat. Kto ją zostawił i skąd się znalazł Polak na egzotycznej wyspie? Fiedler proponuje odtworzyć historię na podstawie zapisków kronikarskich i zapisków samego bohatera powieści. Czy faktycznie zachowały się dokumenty Johna vel Jana? Podobno sprawa nigdy nie została wyjaśniona i Fiedlerowa "rekonstrukcja" to tylko licentia poetica. Ale warto ją poznać. Powieść jest ciekawa, trzyma w napięciu. Nie jest wtórnikiem "Robinsona Crusoe", ale się do niej odwołuje w konkretnych momentach, bo polski bohater, uwięziony na wyspie, korzysta z doświadczeń Robinsona. Oczywiście, warstwa przygodowa to jedno, a ideologiczna drugie: bogaci i władza to same łajdaki, biedni zawsze są ofiarami bogatych. Jednak "Wyspa" nie jest już tak nieznośnie propagandowa jak reportaż z Wietnamu.

Sądziłam, że idąc za ciosem, pochłonę jeszcze "Odkrywamy Amazonkę", ale przeczytawszy kilka zdań, miałam dziwne wrażenie, że już to kiedyś czytałam. – Dziecko – powiedziała kiedyś moja babcia – przedwojenna dziennikarka Radia Lwów – a czy ty myślisz, że całe życie można pisać genialne rzeczy?

Nie twierdzę, że odrzuciłam Fiedlera na amen, ale w międzyczasie rzucę okiem na reportaże podróżnicze innych autorów.

Aleksandra Solarewicz

 

Tags: ,

Kategoria: Aleksandra Solarewicz, Recenzje, Uncategorized

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *