Dr Fred Hamburg: problem imigrancki – spojrzenie z Holandii

| 5 grudnia 2015 | 0 Komentarzy

imigranciProblem „imigrancki” jest wielostronny. Po pierwsze jest to problem liczb, to kwestia możliwości. Naród nie może przecież przyjmować nieograniczonych liczb uchodźców. Ale żadna z [holenderskich] partii politycznych – poza antyislamską partią Wildersa – nie ma odwagi podać wartości granicznych. Także premier Rutte odmawia zabrania głosu w tej sprawie. Zrozumiałe, gdyż premier przewodzi koalicji, która nie może się dogadać w kwestii „uchodźców”.

Tymczasem „uchodźcy” napływają do Holandii, co sprawia, że kwestia możliwości (i ograniczenia napływu) staje się coraz bardziej nagląca. Jest tak ponieważ nieograniczony napływ ludności z zewnątrz zagraża systemowi socjalnemu. Większość uciekinierów nie znajduje się dla rynku pracy i – tak jak w Szwecji – ląduje na zasiłku. Ale nie tylko zasiłki, ale także system emerytalny stanie się niewypłacalny, jeśli Holandia przyjmie dziesiątki tysięcy osób, które będą się ubiegały o kolejne świadczenia. Poza tym tysiące tych, którzy podejmą pracę, spowodują skurczenie się rynku pracy i spadek wynagrodzeń. [To dlatego korporacje międzynarodowe nie mają nic przeciwko imigracji.]

Przyjmowanie imigrantów i ich integracja kosztuje. Niemcy stracą na skutek dzisiejszego kryzysu co najmniej 10 miliardów euro. Biuro badawcze Nyfer oszacowało, że straty Holandii mają wynieść 7,5 miliarda w przypadku napływu spoza Europy 25 tysięcy osób rocznie. Różni politycy i doradcy (m. in. Hans-Werner Sinn, jeden z najważniejszych doradców kanclerz Merkel) już ostrzegali o wyżej naszkicowanym scenariuszu.

Jest nie do pojęcia to, że lewicowcy, jak np. Jeremy Cobyn, nowy lider Labour Party, dokonują zdrady swoich własnych zwolenników, aby tym poszukiwaczom szczęścia – czyli większości z uciekinierów – dać stały i nieograniczony dostęp do naszego rynku pracy i zabezpieczeń socjalnych.

Równocześnie jest też drugi aspekt, o wiele ważniejszy od pierwszego. Dotyczy on problemu jakości, mianowicie tego, że dopuszczenie masy „uchodźców” nieuchronnie doprowadzi nas do poważnych problemów. Masowe wpuszczanie „uchodźców” ma zły wpływ na bezpieczeństwo publiczne i harmonię społeczną narodu.

W Szwecji, która od dziesięcioleci prowadzi najbardziej gościnną, na tle innych krajów, politykę, migranci stanowią zastraszającą nadreprezentację wśród kryminalistów, szczególnie w kategorii gwałtów. Takie same doświadczenia ma Holandia. Oczywiście to już jest wystarczająco złe. Ale największe niebezpieczeństwo kryje się w definitywnym załamaniu kulturowo-etnicznej homogeniczności. [Wystarczy sobie przypomnieć, że wojna domowa w Libanie wybuchła przez problem imigrancki po wojnie sześciodniowej i wojnie Yom Kippur.]

O jakie kategorie „uchodźców” właściwie chodzi? Nikt nie wie kim są ci „uchodźcy”. Czy są to poszukiwacze szczęścia, terroryści, prawdziwi uchodźcy czy jeszcze ktoś inny? I czy na pewno pochodzą z terenów objętych wojną? Pewne jest, że to prawie wyłącznie muzułmanie. W związku z tym należy stwierdzić, że napływ muzułmanów będzie dawał silny impuls do dalszej islamizacji Holandii. Islamiści się nie integrują, mało tego, trzecie pokolenie zdaje się być bardziej radykalne w swoim salafityzmie niż pierwsze.

W tym momencie w Holandii nie jest możliwa normalna dyskusja o wyżej wymienionych problemach liczbowych i jakościowych. Jest tak, ponieważ każde odchylenie od przepisanej w medialnym matrixie solidarności karane jest oskarżeniem o „ksenofobię”, „nienawiść”, „rasizm” i „niemoralność”. Dla osiągnięcia pożądanego stopnia islamofilii opinia publiczna jest bez przerwy bombardowana dogmatyczną wiarą w tolerancję i ideologię równości, którym konsekwentnie towarzyszą tendencyjne wpisy na Twitterze i pełne emocji zdjęcia płaczących dzieci i rodzin podczas ucieczki (tymczasem większość imigrantów to zorganizowani, zdrowi i pełni sił młodzi muzułmańscy mężczyźni).

W tym wszystkim znajduje się jeszcze pewien zdumiewający problem. Otóż pewnym jest, że 44% Holendrów jest przeciwnych masowej imigracji (według Wildersa liczba ta wynosi od 50 do 70%), ale tylko 28% jest za zamknięciem granic. To prowadzi oczywiście do pewnego rodzaju antagonizmu, który nie pozwala na podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Jak to możliwe, że przede wszystkim Niemcy, Holandia i Szwecja są przepełnione „uchodźcami” (między innymi z Pakistanu i Erytrei), a kraje muzułmańskie – jak Arabia Saudyjska i Katar – pozostają nietknięte tym problemem?

Aby odpowiedzieć na to pytanie trzeba sobie najpierw uświadomić, że masowa imigracja muzułmanów jest świadomym planem europejskiej elity lewicowo-liberalnej. Bat Ye‘ Or udokumentował to boleśnie, dokładnie i niezaprzeczalnie w swoim dossier dotyczącym Eurabii. Antychrześcijańska Eurokracja chce stworzyć nową cywilizację, odciętą od korzeni Europy i woli jej rdzennych mieszkańców. To wyjaśnia według Bat Ye’ Or’a nie tylko to, dlaczego napływ muzułmanów ma miejsce, ale także to dlaczego przez dziesięciolecia muzułmanie nie musieli się integrować; to idealnie wpisuje się w charakter islamu, który zabrania integracji. Więcej jeszcze, imigranci zamiast się integrować, będą łączyli się w sieci centrów kulturowych, sterowanych z krajów arabskich. Społeczeństwo multi-kulti z muzułmanami może istnieć tylko w formie „dhimmitudy”, czyli z okazaniem przynajmniej szacunku i uniżoności wobec islamu. Wysoka Przedstawiciel Komisji Europejskiej do Spraw Zagranicznych i Bezpieczeństwa jest na to przygotowana: islam polityczny, jak mówiła ta euro-arabska polityk, to przyszłość Europy. W jej wizji islam pasuje do Europy: „[Islam] ma miejsce w europejskiej historii, w naszej kulturze, w naszym jedzeniu i – co jest najważniejsze – w dzisiejszej i przyszłej Europie.”

Tymczasem Europa w skutek dialogu euro-arabskiego pokryła się w ostatnich dziesięcioleciach, potencjalnie terrorystycznymi, sieciami. Według Bata Ye’ Or Zachód ześlizguje się w wojny domowe podobne do tych w Libanie i Iraku, proces, który przejawia się obecnie w importowaniu gigantycznych ilości ludzi ze Środkowego Wschodu i Afryki; ludzi o kulturze diametralnie różniącej się od kultury europejskiej. Na wyższym poziomie mamy też do czynienia z kwestią geopolityczną.

Powstaje pytanie: czy to wszystko nie zostało z góry uknute?

Ponieważ amerykańscy projektanci arabskiej wiosny – włączając w to powstanie przeciwko Assadowi – wiedzieli bardzo dobrze, że destabilizacja całego regionu nieuchronnie doprowadzi do fali emigracji. Powstaje także cyniczne pytanie o to, czy ten cały kryzys imigracyjny nie został sprowokowany – i czy w ogóle takie ryzyko jest do zaakceptowania – aby dzisiaj ze szczególnym naciskiem argumentować, że potrzebne są interwencje militarne, aby zakończyć wojnę w Syrii, czytaj: aby w związku z dostawami ropy stać się panem Syrii i innych kluczowych terenów Środkowego Wschodu.

 

Dr Fred Hamburg

Tłumaczył : Karol Kilijanek 

 

Kategoria: Karol Kilijanek, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *