banner ad

Dla Amerykanów świat jest blokiem marmuru, który mogą dowolnie kształtować – mówi w wywiadzie dla naszego portalu dr Tadeusz Matuszkiewicz

| 23 listopada 2015 | 0 Komentarzy

american exceptionalismNiestety w zmiennej rzeczywistości międzynarodowej idealne sojusze nie istnieją. Państwo takie jak Polska, czyli państwo zbyt słabe aby samo się obronić, nie ma innej możliwości, jak tylko sytuować się w przestrzeni międzynarodowej w taki sposób, aby agresja przeciwko niemu była politycznie i ekonomicznie nieopłacalna. Nie ma dzisiaj realnej alternatywy dla obecnych sojuszy państwa polskiego. Sojusze te odzwierciedlają po prostu obecny układ sił i wpływów w regionie Europy Środkowej – mówi w wywiadzie dla portalu MyslKonserwatywna.pl dr Tadeusz Matuszkiewicz. Zapraszamy do lektury.

 

American exceptionalism, to poczucie wyższości bazujące na przeświadczeniu, iż Stanom Zjednoczonym udało się uciec od tradycyjnych procesów formowania się państw i narodów. W związku z tym, dziejową misja Amerykanów jest przekazanie demoliberalnego "światła" innym narodom. Nawet za cenę ich podpalenia, zniszczenia i kompletnego cywilizacyjnego zdewastowania?

Amerykański demoliberalny mesjanizm ma swoje źródła w paradygmatycznej dla myślenia amerykańskich elit narodowej filozofii pragmatyzmu. Jakkolwiek korzenie tej filozofii tkwią w brytyjskim empiryzmie, to jednak dokonuje się w niej radykalna zmiana w postrzeganiu rzeczywistości i wynikających z tego praktycznych implikacji. Brytyjski empiryzm osadzony był w dostępnej rozumowi empirycznej rzeczywistości, stąd stał się podstawą dla konserwatyzmu apologizującego rolę tradycyjnych instytucji w społeczeństwie oraz dla realizmu w stosunkach międzynarodowych odwołującego się do istniejących w przestrzeni międzynarodowej realnych faktów. W pragmatyzmie dochodzi w tym zakresie do zasadniczego przeorientowania. Rzeczywistość postrzegana jest jako plastyczna i mogąca być w sposób dowolny kształtowana według kryteriów utylitarnych i subiektywnych. Rzeczywistość ta nie jest niezależna od nas i trwale ukonstytuowana, to my ją konstytuujemy w taki sposób, aby przynosiła nam pożytki praktyczne. William James, który w największym stopniu przyczynił się do tryumfu tej filozofii na gruncie amerykańskim, widział właśnie rzeczywistość jako blok marmuru, który co prawda może stawić opór, ale który możemy kształtować według własnych potrzeb. Jakkolwiek na gruncie amerykańskim istnieje konserwatyzm odwołujący się do tradycyjnego brytyjskiego empiryzmu, czego przykładem jest choćby myśl Russella Kirka, to jednak dla dominującej części amerykańskich elit liberalnych i neokonserwatywnych charakterystyczne jest postrzeganie świata właśnie w sposób wyrastający z pragmatyzmu. Świat jest dla nich takim właśnie blokiem marmuru, który oni mogą dowolnie kształtować według własnej wizji, wierząc, iż wizja wyrastająca z ich subiektywnego doświadczenia, jest rzeczywistością najlepszą.

A możne, zgodnie z realistyczną teorią stosunków międzynarodowych Kennetha Waltza, to nic innego jak dorabianie ideologii do pragmatycznej polityki Stanów Zjednoczonych? W końcu postmodernistyczny demos musi sobie to jakoś w głowie poukładać i znaleźć logiczne wytłumaczenie.

Doskonałą ilustracją tezy, iż ideologia stanowi wygodne narzędzie i zasłonę niezwykle efektywnej i pragmatycznej polityki Stanów Zjednoczonych jest działalność prezydenta Franklina Delano Roosevelta, który będą wręcz archetypicznym politykiem demoliberalnym prowadził zarazem – opartą na żelaznej logice geopolitycznej mocarstwa morskiego – najbardziej imperialną politykę w historii państwa, której owocem było przejęcie kontroli na przeciwległymi brzegami Oceanu Atlantyckiego i Oceanu Spokojnego oraz uzależnienie od Waszyngtonu Wielkiej Brytanii, w dalszej zaś kolejności stworzenie istniejącego do dzisiaj globalnego systemu ekonomicznego opartego na dominującej roli Stanów Zjednoczonych i dolara.

Należy pamiętać o tym, iż sama ideologia jest nie tylko wygodną zasłoną dla interesów narodowych, a tym samym bardzo istotnym narzędziem polityki zagranicznej, ale też kluczowym elementem systemu hegemonii. Fundamentem amerykańskiej dominacji w Europie Środkowej nie jest przecież głównie potęga militarna czy gospodarcza (nie ma tu przecież wielkich baz wojskowych, a wymiana handlowa USA z tutejszymi krajami jest niewielka), ale przyswojenie sobie przez tutejsze społeczeństwa demoliberalnego światopoglądu. Społeczeństwa te chcą demokracji, nie są zainteresowane wprowadzeniem chrześcijańskiego ładu państwowo-społecznego i czują się częścią laickiej zachodniej kultury. Alternatywne modele, np. rosyjski, są dla nich zupełnie nieatrakcyjne. Walka ideologiczna odgrywa także kluczową rolę w rywalizacji o wpływy w przestrzeni postsowieckiej, czego doskonałym przykładem jest Ukraina. Zwycięstwo Majdanu byłoby mimo całego zachodniego politycznego, finansowego i logistycznego wsparcia niemożliwe, gdyby nie upowszechnienie się w ukraińskim społeczeństwie demoliberalnego, zachodniego postrzegania świata, który to wzorzec uznano tam za bardziej atrakcyjny od rosyjskiej alternatywy. Trzeba też pamiętać, iż porządkowanie świata przez hegemona na modłę demoliberalną oznacza strukturalizację tego świata według własnych zasad, norm i reguł, przynoszącą hegemonowi premię polityczną, gospodarczą i kulturową. Wewnątrz tak skonstruowanego porządku międzynarodowego w rezultacie redukcji stopnia anarchii wewnątrz systemu zmniejszają się koszty kontroli politycznej, zaś narzucenie systemowi własnych norm i reguł przynosi bardzo wymierne korzyści ekonomiczne.

Stany Zjednoczone w dalszym ciągu chcą być policjantem światowego porządku. Czy mają jeszcze po temu jakiekolwiek argumenty? Zwłaszcza po tym, jak podpaliły Bliski Wschód?

Model demoliberalny nadal postrzegany jest na świecie jako najbardziej atrakcyjny. Atrakcyjność w niektórych regionach świata alternatyw chińskiej czy rosyjskiej bierze się nie z ich uniwersalności umożliwiającej implementację tych modeli w innych państwach, ale jest rezultatem czegoś dokładnie przeciwnego – realistycznej rezygnacji przez dyplomacje tych państw z pretendowania do uniwersalizmu własnych rozwiązań i akceptacji u swoich partnerów wszelkich form reżimów państwowych. Jak dotychczas podjęto dwie współczesne próby stworzenia jakiejś uniwersalnej alternatywy dla amerykańskiego demoliberalizmu. Pierwsza wykuwana np. w Europie Zachodniej polega na próbie obejścia tego modelu z lewej strony. W myśl tej wizji UE miałaby pełnić rolę bardziej humanitarnej, prawno-człowieczej, pacyfistycznej i zielonej alternatywy dla USA. Druga uniwersalna alternatywa wykuwana jest zaś w radykalnych ośrodkach islamskich. Trudno ją jednak uznać za specjalnie atrakcyjną w wymiarze globalnym. Chrześcijaństwo jest zaś zbyt sparaliżowane obejmującymi go liberalnymi obcęgami, aby przedstawić jakąś poważną alternatywę dla demoliberalizmu. W najlepszym wypadku może generować jakieś protestancko-demoliberalne hybrydy, jak to ma miejsce właśnie w Stanach Zjednoczonych.

Czy nie jest trochę tak, że Ameryka musi znajdować sobie coraz to nowych wrogów, aby arbitralnie decydować przez jakie stolice przebiegają kolejne „osie zła” i dzięki temu akcentować swoją mocarstwową pozycję militarną?

Wskazywanie wrogów jest nieodłącznym elementem każdej polityki. Jak wskazywał Carl Schmitt dychotomia podziału wróg-przyjaciel leży u podstawy wszelkiej praktycznej polityczności, zaś w warunkach totalnych wojen demokratycznych – rzeczywistych i ideologicznych – kategoria demonizowanego wroga znajduje się w samym centrum kontentu propagandowego. Ponieważ czynnik mobilizacji społecznej odgrywa podstawową rolę we wszystkich współczesnych mocarstwach (także tych quasi-autorytarnych), stąd desygnowanie kolejnych wrogów przez politykę i propagandę amerykańską nie jest niczym nadzwyczajnym.

W ostatnich latach Chiny dokonały gigantycznego skoku ekonomicznego, politycznego a przede wszystkim militarnego. Czy w związku z tym potęga USA to nadal fakt, czy może w coraz większym stopniu mit?

Początek XXI wieku wykazał, iż każda potęga ma swoje granice i nie jest możliwy w świecie ład oparty o unilateralizm. Nie zmienia to jednak faktu, iż globalna dominacja Stanów Zjednoczonych ujmowana w kategoriach realnych jest nadal przytłaczająca. Według wyliczeń SIPRI Stany Zjednoczone wydały w 2014 r. na cele militarne 610 mld dolarów, podczas gdy Chiny 216 mld dolarów, a Rosja 84,5 mld dolarów. Co prawda wydatki wojskowe Stanów Zjednoczonych w ostatnich latach zmniejszyły się, zaś wydatki Chin i Rosji rosły, ale wydaje się, że trend polegający na zmniejszaniu się przepaści pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i innymi graczami może się nie utrzymać. Rosja wydawała na cele wojskowe w relacji do PKB o wiele więcej niż inne kraje BRICS i na dłuższą metę będzie musiała w tym zakresie wyhamować. Z kolei Chiny utrzymywały co prawda dotąd niski poziom wydatków na cele wojskowe w relacji do PKB, nie wydaje się jednak, aby w ich obecnej sytuacji gospodarczej radykalny wzrost tych wydatków był dla Pekinu pożądany.

Generalnie rzecz ujmując nadal wszystkie kluczowe atuty potrzebne do hegemonii globalnej znajdują się rękach Waszyngtonu. Stany Zjednoczone mają ogromną przewagę w zakresie potencjału militarnego (wydatki USA na cele militarne są większe od kolejnych siedmiu państw razem wziętych) i nowoczesności technologii militarnych. Są one jedynym globalnym mocarstwem morskim kontrolującym za pomocą swej marynarki wojennej akweny wszystkich trzech oceanów. Stany Zjednoczone są jedynym państwem mającym rozbudowany w skali globalnej system sojuszy. Amerykańskie banki i koncerny (oraz banki i koncerny z sojuszniczych krajów Europy Zachodniej z Japonii) odgrywają zdecydowanie najistotniejszą rolę w światowej gospodarce, zdecydowanie dominują one w światowej strukturze źródeł BIZ, zaś dolar pozostaje główną walutą światową. Do tego dochodzi jeszcze olbrzymia światowa dominacja amerykańskiej popkultury.

Chiny natomiast pozostają de facto nadal mocarstwem jedynie regionalnym, zamieszkałym przez w większości ubogie masy ludności i stojącym w obliczu destabilizacji społecznej spowodowanej słabnącą dynamiką wzrostu gospodarczego. Wyraźnie widać, iż obecny model rozwoju gospodarczego oparty o proste rezerwy wyczerpuje się. Chińską gospodarkę cechują olbrzymie problemy strukturalne, labilny system finansowy, uzależnienie od eksportu, którego rentowność maleje na skutek rosnącej konkurencji międzynarodowej oraz szybkiego wzrostu płac w sektorze przemysłowym. W krótkim okresie Waszyngton będzie raczej stabilizował sytuację w Chinach, obawiając się skutków zaistnienia tam jakiegoś poważnego kryzysu. W dalszej zaś perspektywie Stany Zjednoczone zaczną postrzegać Chiny jako poważnego konkurenta dopiero w momencie, kiedy Pekin zdecyduje się na realizację bardzo ambitnego programu rozbudowy marynarki wojennej, która mogłaby zagrozić amerykańskiej hegemonii w regionie Oceanu Spokojnego i Indyjskiego. Taki program to jednak kwestia dekad.

Należy też pamiętać, że Stany Zjednoczone mają względem Chin niezwykle istotną premię geopolityczną. O ile bowiem sąsiedzi Stanów Zjednoczonych to państwa przyjazne i słabe, o tyle Chiny otaczają liczne państwa silne i tradycyjnie z Chinami skonfliktowane, a w dodatku bardzo poważnie obawiające się wzrostu potęgi Pekinu. Stany Zjednoczone mają tu zbudowany ze swoich tradycyjnych sojuszników, takich jak Japonia, Korea Południowa, Tajwan, Filipiny czy Australia system równoważący potęgę Chin. Ostatnio coraz bardziej widoczne staje się zbliżenie Waszyngtonu z władzami w Wietnamie. Jeśli dodamy do tego nieufność panującą pomiędzy Indiami i Rosją a Chinami, widzimy iż geopolityczna konstelacja w Azji Wschodniej jest wybitnie dla Chin niesprzyjająca.

Prezydent Obama ogłosił słynny pivot na Pacyfik. Centrum grawitacyjne światowej geopolityki przenosi się zatem na Ocean Spokojny oraz do Azji. Jak widzi Pan rolę USA w najbliższej przyszłości? Czy kraj ten będzie dążył do bezpośredniego starcia z Chinami czy może konflikt odbędzie się na zasadzie prowadzenia tzw. wojen zastępczych (ang. proxy wars)?

Zwrot w kierunku Pacyfiku ma w przypadku polityki Stanów Zjednoczonych dwa wymiary. Pierwszy wymiar ma charakter po prostu marketingowy. Należy pamiętać, iż w ostatnich latach zmniejszeniu uległ budżet wydatków na cele zbrojeniowe w samych Stanach Zjednoczonych. Tymczasem Amerykanie posiadają najpotężniejszy przemysł zbrojeniowy na świecie (np. siedem z dziesięciu największych korporacji zbrojeniowych na świecie to firmy Amerykańskie), który musi znaleźć sobie nowe rynki. Stąd zwrot kierunku Pacyfiku jest doskonałym hasłem pod którym możliwe stanie się zwiększenie sprzedaży amerykańskiego uzbrojenia dla sąsiadów Chin. Podobną rolę w Europie Środkowej odegra hasło wzmacniania wschodniej flanki NATO. Oczywiście jednak nie należy lekceważyć geopolitycznego wymiaru tego zwrotu. Stany Zjednoczone jak każde realistycznie działające mocarstwo musi zabezpieczyć się przed przyszłym niebezpieczeństwem budując zawczasu system równoważący chińską potęgę. Jakkolwiek w interesie Waszyngtonu stanie się prędzej czy później realizacja polityki na zasadzie „dziel i rządź”, polegającej na podsycaniu regionalnych konfliktów i kryzysów, to jednak w najbliższej przyszłości otwarty konflikt pomiędzy Stanami Zjednoczonymi oraz Chinami nie leży interesie żadnego z tych krajów. Chiny potrzebują jeszcze dekad na akumulację zasobów budujących własną potęgę, zaś Stany Zjednoczone mają możliwość stosowania bardziej wyrafinowanych metod równoważenia siły Chin niż otwarta konfrontacja. W dodatku oba państwa są od siebie silnie uzależnione gospodarczo, więc konflikt byłby dla obu stron ekonomicznie niekorzystny.

Czy zgodzi się Pan ze stwierdzeniem, że w związku ze wspomnianym pivotem polsko-amerykański sojusz nabiera jeszcze większych cech „egzotyczności”?

Oczywiście zgodnie z ujęciem Cata Mackiewicza sojusz polsko-amerykański ma charakter egzotyczny, bowiem upadek Polski nie pociąga za sobą upadku Stanów Zjednoczonych, ale przecież upadek Izraela również nie pociąga za sobą upadku USA, a jednak nikt nie bagatelizuje znaczenia tego sojuszu. W rzeczywistości sojusze, które nie byłyby egzotycznymi według definicji Cata zdarzają się na świecie stosunkowo rzadko. Niestety w zmiennej rzeczywistości międzynarodowej idealne sojusze nie istnieją. Państwo takie jak Polska, czyli państwo zbyt słabe aby samo się obronić, nie ma innej możliwości, jak tylko sytuować się w przestrzeni międzynarodowej w taki sposób, aby agresja przeciwko niemu była politycznie i ekonomicznie nieopłacalna. Nie ma dzisiaj realnej alternatywy dla obecnych sojuszy państwa polskiego. Sojusze te odzwierciedlają po prostu obecny układ sił i wpływów w regionie Europy Środkowej. Trudno rozpatrywać dziś jako poważną alternatywę sojusz z Rosją, w sytuacji kiedy Rosja znajduje się w głębokiej defensywie, traci wpływy na obszarze postsowieckim i desperacko próbuje powstrzymać ekspansję zachodnich struktur militarno-ekonomicznych na Ukrainie i w regionie Kaukazu. Również ekonomicznie Rosja nie stanowi alternatywy dla Zachodu, traktowana być może ona przez małe kraje, takie jak Węgry czy Grecja jako element gry służącej poprawie własnej pozycji negocjacyjnej z Zachodem, ale nawet dla tych małych państw siła gospodarcza Rosji jest zbyt słaba, aby stać się ona mogła gospodarczą alternatywą. Zerwanie obecnych sojuszy byłoby dla Polski politycznie i gospodarczo niebywale kosztowne, a korzyści polityczne i ekonomiczne z tego byłyby praktycznie żadne.

Równie irracjonalne są mrzonki o budowaniu przez Polskę własnego bloku w Europie Środków-Wschodniej. Polska nie dysponuje żadnymi instrumentami, aby podjąć rywalizację z mocarstwami o dominację w regionie. Nie mamy kapitału, silnych przedsiębiorstw i banków, nowoczesnych technologii, znaczącego rynku, kluczowych surowców, potężnego wojska, a nawet atrakcyjnej międzynarodowo popkultury. W jaki więc niby sposób, nie mając żadnych argumentów, mielibyśmy się stać biegunem alternatywnym wobec mocarstw, które tymi zasobami dysponują?

Oczywiście realna polityka wymaga także od Polski unikania awanturnictwa za wschodnią granicą (czy tym bardziej na Kaukazie), w interesie Polski leży bowiem stabilizowanie regionu. Polska nie może dać się sprowadzić do odgrywania roli antyrosyjskiego harcownika, koszty takiej polityki ponosimy bowiem my, zaś korzyści odnosić mogą jedynie czynniki zewnętrzne. Z drugiej jednak strony Polska dyplomacja musi bronić ładu terytorialnego w Europie Środkowej niezależnie od tego, kto sprawuje aktualnie rządy w poszczególnych krajach. Ład ten jest bowiem podstawowym elementem stabilizacji regionu. Doskonale rozumieją to np. w Mińsku, gdzie kwestionuje się zmiany granic i dezintegrację wewnętrzną Ukrainy.

Zwiększenie bezpieczeństwa Polski wymaga zatem nie zmiany sojuszów, ale reorientacji myślenia polskich elit politycznych i gospodarczych o naszym państwie i polityce zagranicznej. Nie mamy dzisiaj instrumentów, które pozwalałyby nam w sposób istotny wpływać na kształt politycznej i ekonomicznej architektury regionalnej, ale możemy wykorzystywać rywalizację mocarstw o wpływy w regionie, ustawiając się w taki sposób, aby uzyskiwać realne korzyści i zawierać zyskowne transakcje. Pewnym wzorcem może być tu mutatis mutandis polityka realizowana przez Viktora Orbána oraz Recepa Tayyipa Erdoğana. Polityka taka musi być oparta na zręcznym lawirowaniu w warunkach zmiennych konfiguracji międzynarodowych, pragmatycznej elastyczności oraz zdolności do kreowania płaszczyzn korzystnych interesów. Skuteczność takiej polityki wyraża się maksymalizacją akumulacji własnych zasobów ekonomicznych, technologicznych i militarnych. Im większą siłę ekonomiczną zakumulujemy, tym bardziej samodzielną politykę będziemy mogli prowadzić i tym większe będziemy mieli możliwości takiego sytuowania się w przestrzeni międzynarodowej, które oddalać będzie od nas potencjalne militarne zagrożenia, będące wszak efektem rywalizacji mocarstw o dominację w kluczowym dla Euroazji regionie.

A może Amerykanom opłaca się „wspierać” Polskę tylko po to, aby zdestabilizować region, który znajduje się na trasie strategicznego projektu Państwa Środka, czyli tzw. Nowego Jedwabnego Szlaku?

Nie sądzę aby amerykańska polityka względem Europy Środkowej była w jakimś istotnym stopniu determinowana uwzględnianiem czynnika chińskiego. W tym regionie istotne znaczenie ma wiele innych determinant związanych z czynnikami: rosyjskim i zachodnioeuropejskim. W tym kontekście czynnik chiński może być uwzględniany jedynie jako pochodna tych istotnych determinant.

Mec. Jacek Bartosiak twierdzi, że poprzez konflikt na Ukrainie Rosjanie prowadzą twarde negocjacje o uczestnictwo w tworzącej się nowej architekturze bezpieczeństwa. Czy nie jest tak, że destabilizując Europę Wschodnią, to Stany Zjednoczone negocjują z Rosją, aby ta dokonała wolty przeciwko Chinom i razem ze Stanami Zjednoczonymi znalazła się w tym samym anty-Chińskim obozie?

Całkowicie zgadzam się z tezą, iż celem rosyjskiego zaangażowania na Ukrainie jest wymuszenie na Stanach Zjednoczonych przystąpienia do negocjacji dotyczących konstrukcji nowej architektury bezpieczeństwa zabezpieczającej geopolityczne interesy Rosji. Analizując sekwencję działań, jakie miały dotąd miejsce wokół Ukrainy, wydaje się jednak, iż Rosja wpadła tutaj w pułapkę bardzo umiejętnie zastawioną przez Waszyngton prowadzący bardzo wyrafinowaną grę międzynarodową. Przewrót dokonany w wyniku wydarzeń na Majdanie i zainstalowanie w Kijowie prozachodnich władz odebrano w Moskwie jako kolejny krok w ramach amerykańskie polityki okrążania Rosji i ekspansji zachodnich sojuszów w kierunku wschodnim. Włączenie Ukrainy do NATO byłoby dla Rosji geostrategicznym koszmarem, dlatego Rosja nie bacząc na polityczne i ekonomiczne skutki uboczne podjęła zdecydowane działania zabezpieczające interesy rosyjskie w basenie Morza Czarnego oraz – poprzez destabilizację wschodniej Ukrainy – blokujące potencjalną akcesję Ukrainy do NATO. Dzisiaj wydaje się jednak, że akcesja ta wobec niechętnej wobec niej polityki Berlina i innych krajów zachodniej Europy wcale nie była celem Waszyngtonu. Głównym celem Stanów Zjednoczonych było zrujnowanie dobrych relacji pomiędzy Moskwą oraz Berlinem i innymi stolicami zachodniej Europy. Mimo iż interesy gospodarcze Niemiec i Rosji są kompatybilne (Rosja potrzebuje niemieckiego kapitału i technologii, zaś Niemcy potrzebują rosyjskich surowców) obecne stosunki polityczne są fatalne, nawet jeśli koła gospodarcze starają się ratować projekty gospodarcze i surowcowe. Także inne kraje Europy Zachodniej muszą mimo ogromnej niechęci podporządkować się wspólnej unijnej polityce sankcji względem Rosji. Tym samym Rosja znalazła się w niekorzystnej sytuacji ekonomicznej i polityczno-wizerunkowej, z której próbuje się wydostać. Rosja nie może wyplątać się z sankcji i odbudować dobrych relacji z Europą Zachodnią dopóki trwa konflikt w Donbasie. Nie może jednak porzucić separatystów z Donbasu bez uzyskania konkretnych rezultatów politycznych w postaci gwarancji neutralności Ukrainy. Te gwarancje mogą jednak dać jedynie Stany Zjednoczone uzgadniając wraz z Rosją nową architekturę bezpieczeństwa w regionie. Tyle że Stany Zjednoczone są zadowolone z obecnej sytuacji i do podjęcia rozmów z Rosją w sprawie Ukrainy wcale się nie kwapią. Z tej perspektywy widoczne staje się, iż ingerencja Rosji w sprawy syryjskie jest raczej desperacką próbą podbicia stawki i wymuszenia na Waszyngtonie podjęcia rozmów z Moskwą.

Wracając teraz do postawionego pytania wydaje się, iż, niezależnie od przyjmowanej przez Waszyngton retoryki, aktualnie z punktu widzenia globalnej dominacji USA ważniejsza jest sytuacja na osi Eurazji, która przebiega pomiędzy Niemcami i Rosją. Ewentualne partnerstwo strategiczne Berlina i Moskwy zagrażałoby globalnym interesom amerykańskim, a osi takiej Amerykanie nie mają czym zrównoważyć, podczas gdy Chiny na razie są dobrze zbalansowane regionalnie i zagrożenie dla interesów amerykańskich ma w ich przypadku również charakter regionalny. Choć oczywiście w dalszej perspektywie, jeśli Rosja osłabnie, a Chiny będą konsekwentnie się wzmacniać, Waszyngton może zainteresować się włączeniem Rosji do systemu równoważącego potęgę Chin.

I już ostatnie pytanie; Amerykański neokonserwatyzm, to zgoła coś innego niż konserwatyzm – szczególnie ten polski, mocno związany z kościołem i chrześcijaństwem. Czym jest neokonserwatyzm i czy należy się go obawiać?

Neokonserwatyzm amerykański reprezentuje oczywiście typowy demoliberalny mesjanizm w stopniu skondensowanym, ale jego mesjanistyczny światopogląd nie różni się jakoś znacząco od analogicznego mesjanizmu reprezentowanego choćby przez amerykańskich liberałów z Partii Demokratycznej. Różnica polega tu jedynie na reprezentowanej przez neokonserwatystów bardziej zdecydowanej imperialnej woli kształtowania świata według jednolitego demoliberalnego modelu za pomocą siły. Amerykańska polityka zagraniczna zdeterminowana jest jednak określonymi czynnikami geopolitycznymi, geostrategicznymi i ekonomicznymi, więc niezależnie od tego kto będzie sprawował władzę w Waszyngtonie podstawowe kierunki działań będą tak czy inaczej realizowane. Również wszelkie ograniczenia w zakresie realizacji tych działań będą dla wszystkich takie same. Intelektualny wpływ neokonserwatystów na środowiska polityczne w Polsce jest marginalny. Z uwagi jednak na rolę tego środowiska w Partii Republikańskiej oraz bliskie relacje części polskich kręgów politycznych z tą formacją, możemy obawiać się pojawienia się także z tamtej strony (obok nacisków ze strony ośrodków unijnych) nacisków w kierunku przyjęcia w polskim ustawodawstwie liberalnych rozwiązań w kwestiach moralnych.

Najwięcej sympatii w stosunku do amerykańskiego neokonserwatyzmu wykazują w Polsce środowiska radykalnego centrum, choć wynika to nie z inspiracji intelektualnych, ale z postrzegania neokonserwatystów jako najbardziej antyrosyjskiego nurtu w amerykańskiej polityce. Stanowić on może zagrożenie dla Polski o tyle, o ile poprzez kanały polityczne inspirować on będzie polskie kręgi decyzyjne do prowadzenia polityki antyrosyjskiej bądź antyunijnej, której koszty ponosić będziemy my, zaś korzyści z niej odnosić będą inni. Najłatwiej jest manipulować tymi, którzy postrzegają wyjątkowo złożoną i pełną niuansów rzeczywistość międzynarodową w sposób czarno-biały. Głównym zaś problemem polskiego myślenia o polityce zagranicznej jest to, iż mamy środowiska antyrosyjskie, antyatlantyckie, antyunijne lub antyukraińskie gotowe do prowadzenia wielkich międzynarodowych krucjat zazwyczaj zupełnie bez związku z polską racją stanu.

 

Rozmawiał Cezary Snochowski

 

Dr Tadeusz Matuszkiewicz – doktor nauk ekonomicznych, nauczyciel akademicki, sekretarz Klubu Inteligencji Katolickiej w Mielcu.

 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Kategoria: Cezary Snochowski, Historia, Polityka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *