banner ad

Danek: Dlaczego konserwatyzm tradycjonalistyczny

| 7 grudnia 2018 | 0 Komentarzy

         Historycy myśli konserwatywnej opisują dwa zasadniczo różne jej rodzaje: konserwatyzm ewolucyjny i konserwatyzm tradycjonalistyczny. Niektórzy wybitni historycy idei (np. Jerzy Szacki, Marcin Król, Bogdan Szlachta) nazywają ten drugi po prostu tradycjonalizmem (politycznym) i nie traktują go jako odmianę konserwatyzmu, lecz jako nurt od konserwatyzmu całkowicie odmienny i odrębny. W przekonaniu piszącego te słowa bliżsi prawdy są ci autorzy, którzy klasyfikują tradycjonalizm jako radykalną postać konserwatyzmu, choć szczegółowe uzasadnienie tego sądu trzeba odłożyć na kiedy indziej, bo nie mieściłoby się ono w tematyce niniejszego artykułu.

          W Polsce myśl konserwatywna swój złoty wiek przeżywała, paradoksalnie, w okresie zaborów. Dotyczy to zarówno konserwatyzmu ewolucyjnego, jak i tradycjonalistycznego. Na polskim gruncie konserwatyzm tradycjonalistyczny reprezentowali Józef Kalasanty Szaniawski (1764-1843), Henryk Rzewuski (1791-1866), Eugeniusz Breza (1802-1860), Aleksander Wielopolski (1803-1877) czy Michał Grabowski (1804-1863), a w latach 1834-1848 również hrabia Adam Gurowski (1805-1866). Za założyciela kierunku uznać możemy Dyzmę Bończę Tomaszewskiego (1749-1825), przeciwnika Konstytucji 3 Maja, działającego jeszcze w czasach stanisławowskich.

          Konserwatyzm ewolucyjny i tradycjonalistyczny różniły się poglądami zwłaszcza w trzech kwestiach. Po pierwsze, pod zaborami wszelka rodzima myśl polityczna musiała określić swój stosunek do niepodległości Polski. Konserwatyzm ewolucyjny, wbrew temu, co nieraz o nim sądzono, generalnie przyjmował orientację niepodległościową. Wszystkie zalecane przez niego zabiegi: ugoda z zaborcami, praca organiczna, dyplomatyka, odkładanie źle przygotowanych powstań, czekanie na właściwy moment historyczny – miały ostatecznie posłużyć odzyskaniu niepodległości. Dla konserwatystów tradycjonalistycznych niepodległość nie była najważniejsza. Na pierwszym miejscu stawiali bowiem konserwatywny ład polityczny: jeżeli państwa zaborcze wcielają go w życie i bronią go, to ich władza jest lepsza od hipotetycznej niepodległej Polski, w której mogłyby zapanować nie wiadomo jakie porządki.

          Po drugie, oba konserwatyzmy dzieliło podejście do zagadnienia ustrojowego. Konserwatyści ewolucyjni uważali ustrój polityczny za drugorzędny w stosunku do innych, ważniejszych spraw, jak zachowanie narodowej kultury czy narodowych obyczajów. Konserwatyzm tradycjonalistyczny był monarchizmem; jego reprezentanci uznawali monarchię za jedyną słuszną i właściwie jedyną dopuszczalną formę rządu.

          Po trzecie, konserwatyzm ewolucyjny zakładał, że trzeba liczyć się ze stanem opinii panującym w kraju i traktować go jako daną, której nie można pomijać w planach politycznych. W przeciwieństwie do niego konserwatyzm tradycjonalistyczny bez wahania szedł na konfrontację z opinią publiczną, nie ukrywał, że nie zamierza się do niej dostosowywać i nie przejmował się tym, czy nie ma przeciwko sobie większości narodu. Ta ostatnia cecha jest dobrze widoczna na przykład u Aleksandra Wielopolskiego – nie tylko w krótkim okresie jego rządów w Królestwie Polskim, które sprawował żelazną ręką, nie licząc się z tym, co o nim powiedzą, nie tylko w roku 1846, kiedy po rzezi galicyjskiej wzywał do oddania narodu pod opiekę cesarza Mikołaja, ale już w młodości, kiedy z jego pism przebijała pogarda dla tyranii opinii współrodaków.

          Nie są to bynajmniej zagadnienia czysto historyczne. Można dziś usłyszeć, że podstawowym problemem, przed jakim stoi obecnie konserwatyzm w Polsce, jest obrona państwa polskiego przed rozpuszczeniem go w Unii Europejskiej lub w szerzej rozumianym projekcie globalistycznym. Otóż konserwatyzm tradycjonalistyczny lepiej zaimpregnuje Polskę na to zagrożenie, niż konserwatyzm ewolucyjny.

          My, konserwatyści tradycjonalistyczni – to prawda – nie uznajemy niepodległości ani istnienia odrębnego państwa polskiego za wartość samą w sobie. Jeżeli dziwnym zrządzeniem losu Unia Europejska przekształci się pewnego dnia w chrześcijańskie cesarstwo – prawdziwe cesarstwo i prawdziwie chrześcijańskie – staniemy się największymi zwolennikami przynależności Polski do tego imperium. Jeżeli na stygnącym cielsku Europy Zachodniej, z jej demografią i polityką migracyjną, wyrośnie w końcu kalifat, a kalif odnowi „pakt Omara” w stosunku do Kościoła i zarazem zrobi porządek z różnymi „tęczowymi” degeneratami, z chęcią położymy Polskę u stóp kalifa. Jeżeli na Białorusi władza rodziny Łukaszenków wyewoluuje w dziedziczną monarchię (zapewne nawiązującą, zgodnie z białoruską polityką historyczną, do wielkich książąt litewskich) albo też w Rosji powróci carat, będziemy nawoływać do połączenia Polski z tym państwem.

          Globalistycznemu projektowi sprzeciwiamy się jednak znacznie mocniej, niż konserwatyści ewolucyjni – ponieważ ma on charakter liberalny. Konserwatyzm tradycjonalistyczny odrzuca liberalizm w całości, podczas gdy konserwatyzm ewolucyjny szuka z nim kompromisów (i wierzy w ich możliwość), dzieli jego skutki na złe i dobre (czyli włos na czworo), chce go łagodzić, racjonalizować, poprawiać, kierunkować, równoważyć, spowalniać, ale nie zniszczyć. I na tym polega jego błąd. Konserwatyzm ewolucyjny mówi sam o sobie, że zawsze trzeba kierować się tym, co możliwe. Chyba nikt nie rozszyfrował tej formuły lepiej, niż liberalny historyk idei Marcin Król: „»To, co możliwe« nie równało się wszystkiemu, zaś postulat odnoszenia idei czy też czynienia tego tylko, »co możliwe« oznaczał akceptację zasadniczych elementów rzeczywistości i świadome ograniczenie się do wpływania na zmianę jedynie drugorzędnych fragmentów.”* Dzisiaj do zasadniczych elementów rzeczywistości należy członkostwo Polski w NATO i Unii Europejskiej, w związku z czym konserwatysta ewolucyjny będzie często narzekał na te organizacje międzynarodowe, ale zakończy konkluzją, iż państwo polskie nie może się z nich wyłamać, bo wówczas runęłyby fundamenty rzeczywistości i owionąłby nas mroźny powiew nieznanego. Niestety wygląda na to, że logika ewolucji konserwatyzmu ewolucyjnego prędzej czy później musi doprowadzić go do postaci, którą we współczesnych dyskusjach politycznych w Ameryce nazywa się „cuckserwatyzmem”. Pouczającego przykładu dostarczają tu losy pokolenia polskich monarchistów lat dziewięćdziesiątych XX wieku, którzy wkroczyli na drogę konserwatyzmu ewolucyjnego. Do chwili obecnej część z tych dawnych przeciwników demokracji zdążyła zostać pomniejszymi politykami bądź działaczami PiS lub PO, inni stali się ostentacyjnymi „antyfaszystami” czy zgoła „feministami” wojującymi z tzw. patriarchatem.

          Powinniśmy zatem dążyć do tego, by w dzisiejszej Polsce konserwatyzm ewolucyjny został stopniowo wyparty przez konserwatyzm tradycjonalistyczny. W latach dziewięćdziesiątych w naszym kraju działały między innymi: Klub Zachowawczo-Monarchistyczny, Organizacja Monarchistów Polskich, Klub Konserwatywny w Łodzi, Klub Konserwatystów i Monarchistów „Graal”, Akademicka Liga Konserwatywna „Kameloci”, Tradycjonalistyczno-Konserwatywne Stowarzyszenie „Prawica Narodowa”. Wszystkie one albo przestały istnieć, albo – jeśli nawet formalnie nadal istnieją – zarzuciły jakąkolwiek działalność. Dla polskiej prawicy najpilniejszą potrzebą jest odtworzenie nad Wisłą ośrodków konserwatyzmu tradycjonalistycznego.

 

Adam Danek

 

* Marcin Król, Konserwatyści a niepodległość. Studia nad polską myślą konserwatywną XIX wieku, Warszawa 1985, s. 24.    

Kategoria: Adam Danek, Myśl, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *