Buchanan: W jaki sposób Ameryka wykończy się sama?

| 17 września 2016 | 1 Komentarz

unnamed30 września, w ostatnim dniu tegorocznego roku fiskalnego, amerykański dług publiczny wyniesie ok. 19,3 biliona dolarów. Nie ulega wątpliwości, że czterema największymi budżetowymi „pożeraczami” są: Medicare, Medicaid, ubezpieczenia społeczne i zbrojenie. Wydatki te wciąż rosną, co przy jednoprocentowym wzroście PKB oznacza, że tegoroczny deficyt państwowy przekroczy przewidywane 600 mld dolarów.

Bankructwo Stanów Zjednoczonych należy do realnych zagrożeń, a perspektywa, że w niezbyt odległej przyszłości podzielimy los Grecji, Puerto Rico czy Illinois, jest zatem całkiem prawdziwa. Jednak najgroźniejszym w tym wszystkim jest fakt, iż w czasie dryfowania w stronę tego wodospadu nikt o zbliżaniu się do niego nie dyskutuje.

Ernest Hemingway przypomniał nam swego czasu o dwóch sposobach wybrnięcia z tzw. trzęsawiska zadłużeniowego: „Pierwszym panaceum na niewłaściwe zarządzany budżet jest inflacja waluty; drugim – wojna. Obydwa potrafią przynieść chwilowy dobrobyt; jak również trwałą ruinę. Jedno jest jednak pewne – oba są schronieniem dla politycznych i gospodarczych oportunistów.” „Deprawacja waluty” – jak to określił Lenin, będzię najprawdopodobniej sposobem którego użyjemy w zniszczeniu nękajacego nas potwora zadłużeniowego. Druga opcja Hemingway’a – wojna –  wydaje się być korzystnym rozwiązaniem dla „wojennych wodzów” think-tanku Beltway, którzy widzą casus belli w każdym nadbałtyckim lub czarnomorskim ruchu prezydenta Putina.

Tym, o czym nasi przywódcy z okresu zimnej wojny pamiętali, a czego nasi teraźniejsi wojenni bazgracze nigdy się nie nauczyli, to obserwacja, jaką zostawił nam po sobie brytyjski historyk AJP Taylor, który studiując wojny z lat 1914-1945 wywnioskował że: "Jakkolwiek celem bycia wielkim mocarstwem jest możność prowadzenia wielkiej wojny, jedynym sposobem na przetrwanie jako wielkie mocartswo jest nie branie w niej udziału".

Innym zagrożeniem egzystencjalnym jest – zakładając, że człowiek Zachodu wciąż postrzega siebie jako kustosza największej światowej cywilizacji, która jest jeszcze warta zachowania – degradacja tegoż Zachodu. Jest ono  konsekwencją dwóch czynników: „śmierci” demograficznej wszystkich krajów zachodnich pod koniec ostaniego stulecia, tj. niskich wskaźników płodności i niekończących się inwazji z Ameryki Łacińskiej, Afryki, Azji i Bliskiego Wschodu. Kwestie spadku demograficzego i wypierania człowieka Zachodu przez ludy innych wyznań, kultur, krajów, kontynentów i cywilizacji zrodziły ideologiczny konflikt na Zachodzie. Niektórzy z przedstawicieli naszych elit są wręcz entuzjastyczni wobec owych zmian. Czczą je na ołtarzach różnorodności i równości, co więcej – widzą w swoim zachowaniu, w swojej zgodzie na te zmiany, oznakę wyższości moralnej. Angela Merkel jest ich rzecznikiem, przynajmniej była nim do niedawna. Ci, którzy wierzą, że zróżnicowanie rasowe, etniczne, religijne i kulturowe ma być hołubione i pielęgnowane, postrzegają sprzeciw wobec ich postawy jako formę niedorozwoju moralnego.

Przeciwnicy imigracji są zatem przedmiotem nadużyć i nacisków – również werbalnych: nazywa się ich „rasistami”, „ksenofobami”, „faszystami”, „nazistami” i innymi terminami z bogatego odium słownictwa postępowej nienawiści. Mimo tego, sprzeciw wobec tej inwazji, od basenu Morza Śródziemnego poczynając, a na Rio Grande kończąc, nie tylko napędza ruch Donalda Trumpa, ale generuje i scala partie i ruchy prawicowe całego Starego Kontynentu.

Prawdę mówiąc, rozwiązanie tego kryzysu drogą pokojową widzę w czarnych barwach.

Dla setek milionów żyjących w krajach Trzeciego Świata beznadzieja i bezradność wciąż narastają, wraz z nimi rośnie również chęć podjęcia ryzyka, a nawet utraty życia, aby dotrzeć do Europy w celu polepszenia swojego codziennego bytu. Z drugiej strony – pomimo  wzrostu liczby nielegalnych imigrantów i uchodźców napływających w sferę Okcydentu, europejski instynkt samozachowawczy nie zanika. To, co europejscy opozycjoniści postrzegają jako zagrożone tą sytuacją, jest tym, co cenią sobie najbardziej: swoje ojczyzny, kulturę, sposób życia i przyszłość, jaką pragną zagwarantować swoim dzieciom. To rzeczy, dla których mężczyźni zawsze walczyli i dla których umierali.

Co zatem z Ameryką? Czy różnorodność prowadzi do większej jedności, czy przeciwnie -niechęci, separatyzmu i dezintegracji? Czy ktokolwiek był w stanie sobie wyobrazić, że pięćdziesiąt lat po narodzinach Ruchu na Rzecz Praw Obywatelskich, nadal będziemy świadkami długich i gorących letnich nocy w Ferguson, Baltimore i Milwaukee?

Kryzys, który już pośmiertnie przewidział John C. Calhoun w swoim eseju „Disquisition on Government„ również się sprawdził. Nasz kraj faktycznie podzielił się na dwa obozy. W jednym z nich są ci którzy płacą podatki, w drugim, ci którzy z nich korzystają. Partia podatników płacących będzie w ciągłym konflikcie z partią tych którzy z nich korzystają. W 2013 roku, jeden procent najbogatszych Amerykanów zapłacił trzydzieści osiem procent wszystkich podatków dochodowych. Dolne pięćdziesiąt procent, tj. połowa narodu amerykańskiego, zapłaciło tylko trzy procent wszystkich podatków dochodowych. Logiczne pytanie nasuwa się tu samo: jak ktoś zaliczający się do tej części narodu, która nie płaci podatku dochodowego, lecz ciągnie z niego obfite korzyści, miałby głosować na partię, która będzie dążyła do zmniejszenia podatków – tym samym uszczuplając korzyści które dzięki nim otrzymuje?

Wniosek jest prosty: polityczne platformy republikańskie prosić będą pół kraju o głosowanie wbrew jego własnym interesom gospodarczym. W długoterminowej strategii, takowa perspektywa nie jest zbyt obiecująca. W okresie „New Deal” doradca prezydenta Roosevelta – Harold Ickes, oświadczył to, co w przyszłości stało się partyjnym dogmatem: „Będziemy opodatkowywać i opodatkowywać, wydawać i wydawać i (będą nas) wybierać i wybierać”.  Tak też zrobili, i tak robią. Ale jest to gra, która nie może trwać wiecznie.

Bo, jak powiedział kiedyś John Adams: „Nigdy nie było demokracji, która nie popełniłaby samobójstwa”

 

Patrick J. Buchanan

Spolszczył: Arkadiusz Jakubczyk 

Kategoria: Arkadiusz Jakubczyk, Myśl, Polityka, Publicystyka

Komentarze (1)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Khneefer pisze:

    W Polsce sektor prywatny wynosi około ~12 mln ludzi czyli tylko tylu utrzymuje państwo, jest 10 mln urzędników rencistów i emerytówczyli tylu ludzi żyja z państwa, natomiast uprawnionych do głosowania jest 30,5 mln ludzi czyli 40% uprawnionych do głosowania utrzymuje państwo, 33% żyje z niego, 27% żyje bezpośrednio z pracy tych 40%(niepracujący małżonkowie, bezrobotni, studenci). I kogoś dziwi dlaczego socjaliści (pobożni i bezbożni) zajmują prawie wszystkie miejsca w sejmie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *