Ambrożek: Sytuacja prawicy w Polsce

| 27 maja 2016 | 6 komentarzy

polskaWiele mówi się wśród niszowych prawicowych grupek o konieczności zintensyfikowania wpływu na scenę polityczną. Tyczy się to nie tylko monarchistów, ale także różnych grup narodowych. Jedną z kwestii, która nie zdaje się być zauważalna w tej debacie, jest realność owych zamierzeń. Problemem jest nie tylko zwiększenie możliwości artykulacji przekazu do docelowych grup społecznych. O wiele większym wyzwaniem byłoby wówczas zjednoczenie poszczególnych organizacji, skrywających za sobą dawne spory oraz zadzierzgnięte waśnie, ciągnące się długich lat wstecz.

Pierwszym i koniecznym warunkiem jest szeroka instytucjonalizacja poszczególnych ugrupowań w jeden byt polityczny (celowo nie piszę: w partię). Tylko taka forma ułożenia współpracy i jasne ustalenie jej warunków może powodować ekspansję struktur na kolejne etapy procesu politycznego: dotarcie do mediów, tworzenie baz społecznych, działalność społeczna, a także – o zgrozo – populistyczna. Bez tego nie ma co liczyć na zmianę sytuacji. Jeżeli sami nie wykreujemy sobie możliwości dotarcia z naszymi ideami do ludzi, nie zdobędziemy wpływu w państwie demokratycznym. A póki co, to właśnie jest naszym głównym celem.

Proszę o wybaczenie poczynienia mi tak długiego wstępu do opisu sytuacji. Pragnę, by owe akapity stały się podstawą do debaty w środowiskach konserwatywnych na temat ich przyszłości, którą czarno widać… Jednak to, co stanowi sedno moich dywagacji, dotyczy tego, dlaczego nie mamy szans na działanie polityczne w przypadku jego kreowania ad hoc. Wyjaśni nam to bardzo łatwo postępująca nieustannie praktyka polityczna prawicowego mainstreamu.

By uświadomić sobie słabość polskiego konserwatyzmu w III RP, trzeba zrozumieć odmienność jego źródeł od aktualnej prawicy polskiej. Geneza partii rządzącej wywodzi się z pnia solidarnościowego, natomiast nasza była oddolnym ruchem powstającym z kolan pod koniec lat 80. Liczne tarcia pomiędzy oboma środowiskami oraz brak szans na współpracę przy nieustannym wzroście politycznej popularności postsolidarnościowych liderów wpłynął na naszą stopniowo postępującą marginalizację. W konsekwencji przełożyło się to na utratę potencjalnej bazy społecznej, która w prostej linii była zagospodarowywana stopniowo przez prawicowe partyjki. Abstrahuję tu całkowicie od założeń doktrynalnych, ponieważ w praktyce politycznej mają one de facto niewielkie znaczenie.

Po zniknięciu postkomunistów z polskiej sceny politycznej, podziały socjopolityczne zostały zagospodarowane przez byłych solidarnościowców, skutkiem czego oni zaczęli ustalać warunki gry politycznej. Prawica „postsolidarnościowa”, intensyfikując przekaz medialny, stała się de facto prawicą uniwersalną. Na skutek postępującej integracji ich środowisk poprzez stopniowe podporządkowanie pojedynczych partyjek wytworzył się kolos w postaci partii obecnie rządzącej. W jej interesie jest, by nie dopuszczać do odrodzenia się jakichkolwiek bytów na prawicy, nawet efemerycznych. W sytuacji niewykształconego systemu politycznego, każde takie rozbicie może doprowadzić do całkowitej destabilizacji aktualnej układanki politycznej.

Owszem, wskutek rozpadu aktualnego systemu rodzi się miejsce dla poszczególnych partii. Czy wówczas mogłoby znaleźć się dla nas miejsce w politycznym mainstreamie? Biorąc pod uwagę nieznajomość idei przez warstwę decydującą (naród) oraz niewielką zdolność artykulacji interesów, nie jesteśmy w stanie w kilka miesięcy przesądzić o zwycięstwie konserwatystów na prawicy. Brak nam struktur, zasobów, obeznania politycznego. Jedyne, co za nami stoi, to idea, która nie przystaje w jakikolwiek sposób do postmodernistycznej rzeczywistości XXI wieku. Możemy próbować kreować sytuację, w której wracamy do punktu wyjścia w postaci rozbicia prawicy, ale niesie to także za sobą drugi problem – potencjalną konsolidację środowisk postępowych. W przypadku ogromnych wahnięć na scenie partyjnej, konfiguracje, tyle że scaleniowe, mogą pojawić się na drugiej stronie.

W związku z tymi dwoma warunkami – możliwą mobilizacją potencjału lewicowo-liberalnego oraz niewielką znajomość know-how nie wydaje mi się, by konserwatyści byli w stanie dojść do głosu bezpośrednio. Patrzę na to z perspektywy nie tylko interesów organizacyjnych, ale przede wszystkim – jako państwowiec – z perspektywy dobra i rozwoju naszego Państwa. Tego brakuje we współczesnej polityce i to jest nasza ogromna wartość dodana, którą pragniemy zmienić – zastąpić grę partyjną walką o zmianę powszechnego rozumienia Państwa jako biurokratycznego molochu, w którym główną siłą sprawczą jest baza administracyjna wywierająca wpływ na świadomość mas społecznych. Naszym celem jest bowiem przedstawienie Państwa jako emanacji pozytywnych polskich cech charakteru narodowego w połączeniu z autorytetem, katolicyzmem, hierarchią, prawem naturalnym oraz tradycją.

Jakie zadania stoją przed konserwatystami dziś? Przede wszystkim konieczność połączenia się w jeden wspólny organizm. Konieczność zarzucenia bezsensownych sporów poprzez próbę znalezienia kompromisu w naszej idei, która nas łączy. Następnym celem jest wykształcenie zrębów instytucji monarchistycznych, które pozwalałyby nam powoli przedstawiać nasz obraz. Nie należy tego robić tak jak samozwaniec Wierzchowski, który swoim śmiesznym postępowaniem sprowadza na nas tabuny pogardy. Poważni ludzie muszą przedstawić poważną alternatywę dla tego, co się dzieje tu i teraz. Ponadto, istotna będzie konkretna wizja dla społeczeństwa, które będzie w stanie odnaleźć się pośród meandrów polityki. Doskonale wiemy, że stałość instytucji politycznych w XXI wieku odbywa się dzięki poparciu społecznemu w każdej formie. Możemy aprobować to lub nie, lecz naszym obowiązkiem jako osób odpowiedzialnych jest dbanie o naszą przyszłość w zgodzie z faktami, nie aberracjami. I musimy zatroszczyć się o naszych następców, którzy po nas będą dzierżyć odpowiedzialność za Polskę.

Jest jeszcze jedna możliwość, wybitnie doraźna, ale w żaden sposób niekolidująca z naszym działaniem długofalowym. Musimy zaangażować się w mainstream, w te środowiska polityczne najbliższe naszym ideom, tak jak to czynił ś.p. dr Górski. On doskonale rozumiał, że wpisanie się w aktualne spory polityczne pozwala nam nabywać tego niezwykle cennego doświadczenia, które może służyć naszym celom. Ponadto, funkcjonowanie w obrębie pewnej elity politycznej może zostać przez nas wykorzystane dla dobra naszej wspólnoty. Co więcej, możemy wówczas realizować pewne postulaty konserwatywne funkcjonując w obrębie owej struktury poprzez wywieranie na nią wpływu. Jest to niejako zastępowanie organizacji ideowych na szczeblu decyzyjnym oraz stopniowe przygotowywanie gruntu pod naszą świetlaną przyszłość.

Możemy się zżymać na nadmierną ugodowość, nierówność szans w walce politycznej, możliwość utraty kręgosłupa ideowego czy wreszcie pozorność naszego działania. Nie my ustalaliśmy warunki politycznej działalności. Nikt z nami nie przeprowadzał demokratyzacji społeczeństwa, w której ośrodek władzy został de facto przesunięty w stronę ignorancji i głupoty. Nie braliśmy udziału w naszej historii w taki sposób, by móc wywrzeć na nią kolosalny wpływ. Wszystko zrobiła za nas rzeczywistość, posługując się swoimi adwersarzami. Naszym zadaniem jest, by w zgodzie z pryncypiami praktyki politycznej bieg ten odwrócić. Nie ma alternatywy dla takowego działania. W przeciwnym razie skazujemy się na kolejne lata w politycznym niebycie, tworząc idee bez odzewu, bez możliwości wcielenia ich w życie. Na to nie możemy sobie pozwolić. Już za dużo czasu straciliśmy, usiłując bawić się w „politykę”.

 

Mateusz Ambrożek

fot. Dariusz, Flickr.com, Creative Commons

 

Kategoria: Mateusz Ambrożek, Myśl, Polityka, Publicystyka, Społeczeństwo

Komentarze (6)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Bez posiadanych struktur i wchodzenie do mainstreamu oznaczać może rozpłynięcie się. Tak było w przypadku np. Żalka czy Ujazdowskiego. W PO było to szczególnie charakterystyczne. W obecnej sytuacji politycznej, gdy temperatura sporu jest wysoka i lewicowo liberalne środowiska mobilizują się i wychodzą na ulicę po sztandarem KOD. Najskuteczniejszym sposobem byłaby mobilizacja w internecie środowisk przeciwnych KOD potencjalnemu Majdanowi w Polsce, których jest bardzo wiele i są zdezorganizowane funkcjonują w masie ale jako plankton polityczny. Dobrze by było jakby środowiska konserwatywne antyKOD wyszły na ulicę w kilkudziesięciu tysiącach. Natomiast co do idei to nie uda nam się prosty powrót do monarchii ponieważ konserwatyzm jak wiele idei w post polityce uległ zsynkretyzowaniu 

  2. Konrad Januszewski pisze:

    Mateuszu – doskonały i trafny tekst!

  3. Mateusz Ambrożek pisze:

    Panie Łukaszu, dlatego napisałem, że także my sami powinniśmy popracować nad naszą jednością, ponieważ nasza taktyka będzie przeciwskuteczna. A co do idei, ów powrót będący wypadkową konsolidacji środowisk ideowych jest szybszy niż się Panu wydaje :)

  4. SEJMIK BB pisze:

    Nowy system polityczny juz jest wejdź na fb.com/sejmwalny.sejmikiziemskie oraz "grupa sejmiki ziemskie" 

     

  5. Panie Mateuszu trudno dziś wyobrazić sobie  monarchię w Polsce (nawet konstytucyjną bo te Zachodnie pachołki liberalnej demokracji typu Windsorowie Oldenburgowie itd. nie są dla mnie prawdziwymi monarchiami),  bez wstrząsu na skalę europejską, jakkolwiek ta katastrofa by wyglądała. Jedynym pomysłem  w obenych warunkach ewolucyjnych wydaje się silny system prezydencki nawiązujący do konstytucji 1935 gdzie prezydent w pewnych sytuacjach był odpowiedzialny przed Bogiem i historią z uprawnieniami, których nie mieli nawet ostatni nasi królowie. Tylko prawica potrzebuje w parlamencie jeszcze więcej posłów a za 3 lata może być już skompromitowana.

  6. AS pisze:

    "Dobrze by było jakby środowiska konserwatywne antyKOD wyszły na ulicę w kilkudziesięciu tysiącach". 1) Już sama nazwa "ANTY" jest kiepskim pomysłem. To lewica wymyśliła różne "anty". Odpowiedzią na konkretny problem jest zawsze "anty" jako słowo wytrych. "Anty" nie mówi o niczym, a na pewno o niczym konstruktywnym. Buntować się potrafi każdy, ale co z tego?; 2) Jeszcze nam brakuje demonstracji! Po co? Czemu one mają służyć? "Niech nas zobaczą"? Żeby się odgrażać? Przecież kodziarze tylko czekają na prowokacje, starcia i bratnią pomoc. Antykodziarskie demonstracje to w najlepszym razie para w gwizdek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *