banner ad

Moja droga do mszy trydenckiej – Wywiad z ks. Christopherem Danelem

| 19 stycznia 2014 | 0 Komentarzy

mszaWywiad z ks. Christopherem Danelem (fragment książki “Gdzie jest twoja Msza, kapłanie?”)

 

Czy mógłby Ksiądz opowiedzieć trochę o swojej formacji seminaryjnej?

 

Oczywiście. Moją formację zakończyłem ostatecznie w Rzymie, ale naukę rozpocząłem w Filadelfii. Seminarium było całkiem ortodoksyjne co do doktryny, aż do końca mojego w nim pobytu, chociaż odbyłem tam jedynie dwa niższe lata studiów humanistycznych. Nauczanie było zupełnie ortodoksyjne. Wszystkie zajęcia w seminarium były na dobrym poziomie i w większej części o tradycyjnej orientacji.

 

Czy nosiliście sutanny?

 

Tak. Sutanna była obowiązkowa dla wszystkich w obrębie kaplicy, a koloratka poza nią. Ale większość seminarzystów nosiła sutanny cały czas.

 

Jak byli postrzegani przez innych księży i seminarzystów na tym terenie?

 

Seminarium było postrzegane zarówno lokalnie, jak i w skali kraju, jako rodzaj prawicowej ekstremy, podobnie jak postrzegano wówczas Seminarium Św. Jana Vianneya w Nowym Jorku. Było to coś, co w innych seminariach diecezjalnych trudno sobie nawet wyobrazić. Nieopodal, przy tej samej ulicy Św. Józefa, znajdował się jezuicki uniwersytet, który był bardzo liberalny i posiadał nawet nie katolicką kaplicę, ale kaplicę ekumeniczną. Jezuici zawsze odnosili się do naszego seminarium z pewną dozą pogardy. W naszej diecezji po śmierci poprzedniego biskupa przeprowadzono reformę studiów seminaryjnych. Zwykle wysyłano wszystkich seminarzystów do Św. Karola Boromeusza w Filadelfii, Północnoamerykańskiego Kolegium w Rzymie, do rzymskiego seminarium diecezjalnego albo Mount St. Mary w Emmetsburgu, w całkiem ortodoksyjne miejsca. Jednak zrezygnowano z nich wszystkich oprócz Kolegium Północnoamerykańskiego, a wkrótce przestano wysyłać również do seminarium rzymskiego. Dochodziły do nas informacje o okropnościach, które działy się w St. Meinard, Notre Dame w Nowym Orleanie, Mundelein, St. Mary w Baltimore, w Boynton Beach. Były to prawdziwe bastiony liberalizmu – tam właśnie kieruje się dziś seminarzystów. Progresiści z kurii diecezjalnej przez długi czas próbowali wyciągnąć kleryków z seminariów, do których ich wysłaliśmy, i nakłonić ich do przejścia do uczelni liberalnych. Nasz ówczesny wikariusz generalny jest obecnie żonaty. Poślubił swoją sekretarkę, pracującą wówczas przy katedrze. Pewnego razu odwiedziłem kurię razem z biskupem emerytem i ów wikariusz generalny powiedział do niego: „Jakie to interesujące, mamy teraz seminarzystę w seminarium rzymskim, seminarzystę w diecezji rzymskiej. Ciekawe, co się będzie działo, kiedy nasz „rzymianin” tu wróci”. Biskup pokiwał głową: „O tak, to ciekawy i dobry znak na przyszłość”. Gdy tylko biskup się odwrócił, prałat rzucił mi groźne spojrzenie, które mówiło: „Poczekaj tylko!”.

 

– „Rzymskość” jest więc niewybaczalnym przestępstwem?

 

Zgadza się.

 

Proszę opowiedzieć coś o Księdza formacji w Rzymie.

 

Seminarium, do którego zostałem wysłany, znajdowało się w obrębie kompleksu na Lateranie, który obejmował też bazylikę Św. Jana i Uniwersytet Laterański, początkowo związany z seminarium, a odłączony w roku 1929. Seminarium przeniesione zostało przez św. Piusa X z San Apollinare przy Piazza Navona bliżej katedry, którą jest bazylika Św. Jana na Lateranie. Było nas 180, z czego 100 pochodziło z diecezji rzymskiej, 25 albo 30 było cudzoziemcami, a pozostali przyjechali z innych diecezji włoskich. Była to więc bardzo zromanizowana instytucja.

 

Bardziej konserwatywni seminarzyści pochodzili zwykle z Bergamo na północy albo Puglii na południu. Klerycy z diecezji rzymskiej byli jednak zdecydowanie liberalni. Pewnego razu rozlepili plakaty w kancelarii kurii. Znacie stare powiedzenie „Ubi Petrus, ibi Ecclesia”. Otóż wieszali oni przy wejściu do kancelarii plakaty z napisem „Ubi Christus, ibi Ecclesia”, rozszerzając w ten sposób pojęcie Ciała Mistycznego na sekty protestanckie. Powinienem w tym miejscu zaznaczyć, że jestem tradycyjnym księdzem pomimo mojej formacji, która była całkowicie soborowa. Niektórzy ludzie przypuszczają, że jestem tradycyjny dzięki seminariom, w których otrzymałem formację, ale to naprawdę nie z tego wynika.

 

A czy formacja filozoficzna i teologiczna, którą Ksiądz otrzymał, była w pełni zdrowa?

 

Dość zdrowa, powiedziałbym, oczywiście formacja naukowa. Studiowałem filozofię na Papieskim Uniwersytecie Laterańskim. Zaliczyłem dwa lata studiów humanistycznych w Filadelfii, tak więc, kiedy zostałem wysłany do Rzymu, trafiłem prosto na pierwszy rok ich dwuletniego studium filozofii. Potem studiowałem teologię na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim i była ona tam całkiem ortodoksyjna. Było kilku wykładowców, którzy w rażący sposób odbiegali od normy, ale w tych przypadkach łatwo mogliśmy zorientować się w sytuacji, a poza tym wiedzieliśmy od wyższych roczników, kto był liberałem, kto przekazywał nauczanie Kościoła, a kto nie, przychodziliśmy więc przygotowani z naszymi własnymi tekstami katolickich autorów. Słuchaliśmy wykładów, a potem szliśmy do domu studiować prawdziwą teologię!

 

Czasami na egzaminie musieliśmy powtarzać jak papugi to, co powiedział wykładowca, ale w niektórych przypadkach uchodziło nam na sucho wprowadzenie pewnej dawki katolickiej teologii. Nie mogliśmy oczywiście zachowywać się w sposób sugerujący, że wiemy więcej niż wykładowca. Jednak pewne heretyckie poglądy głoszone były [na zajęciach] w sposób otwarty. Więc np. gdy podczas egzaminu pisemnego kończącego pewien kurs z teologii moralnej pytanie dotyczyło kwestii zasadniczej – przedstawiłem katolicką interpretację, po czym napisałem: „Istnieje jednak interpretacja, prezentowana przez X, Y i Z” – i dołączyłem do tej listy również nazwisko wykładowcy. Pokazało to, w jaki sposób jego stanowisko, które prezentował na zajęciach, sprzeczne jest z nauczaniem Kościoła!

 

Musiało to być bardzo ryzykowne posunięcie! Jakiej filozofii was uczono?

 

Na Gregorianum przedstawiano systematyczne ujęcie, koncentrując się niestety na filozofii współczesnej. Na Lateranum natomiast w podstawowych kwestiach opierano się na tomizmie i prowadzono dwuletni kurs historyczny, wyjaśniający, jak filozofia rozwinęła się w nowoczesną i wreszcie współczesną. Kładziono tam większy nacisk na historię filozofii, niż później na Gregorianum.

 

Wykładana więc była ona na tomistycznym fundamencie, zawsze jednak przy sugestii, że to, co nowsze, jest lepsze?

 

Nie było to zawsze widoczne na Lateranum, ale na Gregorianum z pewnością tak właśnie było. Nie jest przypadkiem, że na Gregorianum na wydziale filozofii dziekanem jest Niemiec, także wielu wykładowców jest Niemcami, albo przynajmniej uczniami tychże.

 

Otrzymał Ksiądz więc solidną dawkę Kanta i Husserla, których filozofia wydaje się dominować dziś w Kościele.

 

Z pewnością jest tak na Gregorianum, ale nawet na Lateranum dziekan filozofii był świeckim profesorem, fenomenologiem zafascynowanym Husserlem i Edytą Stein. Były specjalne fakultety na temat Edyty Stein.

 

Potem rozpoczął Ksiądz studia teologiczne. Czy uczono was czegoś poza historią teologii? Mieliście w ogóle jakieś podstawy scholastyki?

 

Nie, to było bardziej skomplikowane. Scholastyka była przedstawiana jako etap w rozwoju teologii, który osiągnął swą doskonałość w Vaticanum II. Taka była główna idea. Od jednej trzeciej do połowy każdego kursu poświęcano rysowi historycznemu, obejmującemu Ojców Kościoła i okres scholastyczny. Potem dochodziło się do momentu, gdzie wszystko stało się już jasne – Kościół został oświecony dzięki II Soborowi Watykańskiemu, nawet jeśli wyjaśniał on kwestie w sposób, który otwarcie sprzeciwiał się temu, czego nauczano przedtem w okresie scholastycznym – mówiono nam o „nowym rozumieniu”, „oświeceniu”. Powtarzano nieustannie te same slogany. Nawet obecnie słyszymy, jak Rzym mówi o Eucharystii jako „tajemnicy światła”, w której zawiera się „misterium” zmartwychwstania. Ciągle mówi się o oświeceniu i nawet trochę trąci to gnozą.

 

Czy myśli Ksiądz, że uprawnione jest twierdzenie, iż Vaticanum II jest nową Pięćdziesiątnicą, ale nową Pięćdziesiątnicą nowej religii? Podobnie jak Pięćdziesiątnica była ostatecznymi narodzinami Kościoła, nowa Pięćdziesiątnica wydaje się narodzinami czegoś innego. Czy to nie za mocno powiedziane?

 

Nie, nie myślę, żeby to była nadinterpretacja. Nie sądzę jednak, by nowa teologia była czymś wymyślonym czy wynalezionym ex novo. Jesteśmy świadkami tryumfu liberalizmu w Kościele, i pomimo że liberałowie oraz moderniści zostali potępieni, ich systemowi pozwolono odrodzić się i rozwinąć jak nigdy przedtem. Św. Pius X powiedział, że modernizm jest „sumą wszystkich herezji”. Jest to rzeczywiście nowa religia w tym znaczeniu, że stwarza się pozory, jakoby modernizm był częścią nauczania Kościoła, ale on sam nie jest w istocie niczym nowym.

 

Czy program nauczania obejmował jakieś dokładniejsze informacje o kryzysie modernistycznym i św. Piusie X, Sodalitium Pianum i podobnych rzeczach?

 

Jedynym miejscem, w którym się z tymi zagadnieniami spotkaliśmy, był kurs historii Kościoła dotyczący czasów nowożytnych i współczesnych. Byłem nawet pytany o te właśnie kwestie podczas egzaminu. Jezuicki wykładowca z Holandii pytał mnie szczególnie o to. Myślę, że zadawał tego typu pytania również wielu Amerykanom z Kolegium Amerykańskiego, ponieważ wiedział, że traktowaliśmy ten problem bardzo poważnie. W Europie wydaje się nie przywiązywać do tego takiej wagi, przynajmniej nie na tyle, na ile my ją przywiązywaliśmy.

 

Czy studiowaliście kiedyś metodycznie encyklikę Pascendi?

 

Tylko podczas tego kursu.

 

A podczas kursu filozofii? Blondel i inni [moderniści] są znaczącymi postaciami w historii filozofii współczesnej.

 

Tylko podczas kursu historii.

 

Jaka była opinia wykładowców o Piusie X czy Pascendi? Jak się odnosili do tych zagadnień? Przywiązywali do nich wagę czy jedynie wspominali pobieżnie?

 

Nie tyle wspominali o tym pobieżnie, co podchodzili do tego bez emocji. Nie wyrażali opinii w tych kwestiach. Było to podczas kursu historii. Jednak kiedy studiowałem na Lateranie, był tam profesor, który bardzo interesował się Blondelem i on jako jedyny wyrażał swoją własną opinię. Był oburzony, że wobec Blondela zastosowano sankcje. Wyraził to bardzo niejasno. Zamiast pokazać nam odpowiedni dokument i powiedzieć: „Oto dlaczego został potępiony. Tu macie to na piśmie”, stwierdził jedynie: „To robota jego wrogów”. Taka była jego reakcja, choć z pewnością bardzo to upraszczam. To nie jest język, jakiego używał na sali wykładowej.

 

Przypuszczam, że po otrzymaniu święceń skupił się Ksiądz na liturgii. Na czym konkretnie?

 

Istniały trzy różne kierunki: historia liturgii, liturgika duszpasterska i teologia liturgiczna. Zawsze byłem zdania, że kończąc program powinno się być jednym z trzech: rubrycystą, liturgistą pastoralnym albo teologiem liturgicznym. Oprócz mnie dwóch innych księży wybrało program koncentrujący się na liturgice, jeden był dobrym teologiem liturgicznym, drugi interesował się liturgiką pastoralną. Z powodu jego opowiadań, czym zajmujemy się w Instytucie Liturgicznym, wszyscy inni nabijali się z nas. Pozostali księża żartowali sobie z nas mówiąc, że zajmujemy się filcowymi proporcami etc., co bardzo odbiegało od prawdy, ale działo się tak z powodu opowieści owego kolegi.

 

Tak więc którą z tych trzech możliwości Ksiądz wybrał?

 

Ukończyłem Instytut Liturgiczny jako rubrycysta. Jak bardzo frustrujący i wprawiający w zakłopotanie był powrót do diecezji i odkrycie tam takiej anarchii liturgicznej! Biskup powiedział mi, że w diecezji istnieje zapotrzebowanie na liturgicznego kierownika, przeszkolonego liturgistę. Dlatego właśnie wybrałem ten kierunek studiów. Jednak po powrocie wszelkie rady czy spostrzeżenia, jakie przekazywałem, były całkowicie lekceważone jako „rzymskie” albo przestarzałe.

Na przykład: przez grzeczność podjąłem się odprawienia Mszy w pewnej parafii, w której kościół wyglądał niemal jak hangar dla samolotów: był dokładnie kwadratowy. Można było postawić krzesło celebransa gdziekolwiek, ale oni postawili je dokładnie tyłem do tabernakulum, które z kolei znajdowało się w kącie po stronie lekcji. Tak więc przestawiłem krzesło w ten sposób, by znajdowało się bardziej w pozycji sedilia1, a nie tyłem do tabernakulum. Natychmiast otrzymałem telefon z kancelarii – ktoś doniósł – z pytaniem, dlaczego przestawiam meble. Trochę otworzyło mi to oczy. Później, w innych miejscach, w innych parafiach, działy się rzeczy, o których nigdy nie zdążyłbym opowiedzieć. I nie było to tak, że chciałem narzucić swoją wolę. Po prostu oczekiwałem liturgii Kościoła, nawet jeśli było to Novus Ordo. Niektórzy młodzi księża żartują o indulcie na odprawianie Novus Ordo, bo to, co jest odprawiane w wielu kościołach, wykracza nawet poza nie. Nie odpowiada nawet jego standardom.

 

Ostatnia parafia, do której trafiłem, była całkiem konserwatywna, jednak proboszcz nie używał tam obrusów ołtarzowych! Jest to coś, co traktujemy jako oczywiste! Używał jednak korporału, który był zawsze dokładnie wyprasowany, bez żadnego składania, niemal jak mata. Reszta ołtarza była całkowicie goła. To tak, jakby co dzień był Wielki Piątek.

 

Ale jeśli uważają oni Mszę za posiłek, czy na stole nie powinno być obrusa?

 

W Stanach wielu ludzi używa takich mat podczas posiłków, tak więc myślę, że była to jakaś nowinka! Ale biedny proboszcz małpował jedynie w ten sposób zły zwyczaj wprowadzony w katedrze.

 

W Dzień Zaduszny celebrowałem główną Mszę rano i zaraz potem Mszę prywatną, ale pozostało jeszcze kilka osób odprawiających dziękczynienie. Wyszedłem z zakrystii, zdjąwszy wcześniej fioletowe szaty i założywszy czarne, które przyniosłem z mojego mieszkania – nie mieliśmy żadnych w zakrystii – przyniosłem też obrus ołtarzowy, założyłem go i po cichu odprawiałem przy głównym ołtarzu Novus Ordo na Dzień Zaduszny po łacinie. Kilku wiernych poszło potem do proboszcza i powiedziało, że widzieli, iż wikary założył obrus na głównym ołtarzu, by odprawić Mszę, oraz zapytali, dlaczego nie używa się już obrusa na nowym ołtarzu. Proboszcz przyniósł więc coś w rodzaju zielonego koca – miał to być nowy obrus ołtarzowy!

 

Obecnie można używać wszystkiego poza tym, co wygląda zbyt rytualnie czy też stwarza pozór tryumfalizmu! Trudno posądzać użycie koca o tryumfalizm!

 

I proboszcz zastosował się do tej zasady. Na Pasterce w samym środku prezbiterium postawił faldistorium2 i usiadł na nim – ale później niektórzy ludzie wyrażali dezaprobatę z powodu jego neoklasycznego stylu. Wyglądało to jak tron jakiegoś rzymskiego bóstwa. Więc proboszcz pozbył się go. Biskup zasiadł na nim raz podczas udzielania święceń, ale odmówił używania go w przyszłości, ponieważ za bardzo przypominało tron biskupi. Stale wynajdowano więc jakieś nowinki.

 

Jak wyglądały pierwsze lata Księdza posługi? Wiem, że jest Ksiądz konwertytą. Był Ksiądz wychowywany jako protestant?

 

Do pewnego stopnia. Kiedy byłem dzieckiem, w naszym domu nie praktykowało się żadnej religii. Zanim stałem się katolikiem, w szkole podstawowej i średniej, chodziliśmy do zboru umiarkowanych baptystów. Był to rodzaj interludium. Tuż przed ukończeniem szkoły średniej przyjąłem sakramenty w katolickiej parafii. W pośredni sposób dokonało się to za sprawą katolickich znajomych. Miałem zwłaszcza jednego przyjaciela, który czytał wówczas wiele duchowych książek, i podczas przerw lekcyjnych rozmawialiśmy o tych rzeczach, bardzo wiele opowiadał o kwestiach, z którymi zetknął się podczas lektury. Zacząłem dostrzegać, że była w tym głębia całkowicie nieobecna u baptystów. Baptyzm jest strasznie sztuczny, podobnie jak wszystkie główne grupy protestanckie.

 

Przeszedł Ksiądz przez RCIA (3)?

 

Zasadniczo odbywałem własne studium katechetyczne. Byłem wtedy w szkole wyższej, nie było to więc żadne poważne studium, po prostu ogólny katechizm, ale z pewnością było to więcej niż to, czego uczono oficjalnie.

 

Kiedy pojawiła się u Księdza po raz pierwszy myśl, że II Sobór Watykański radykalnie zmienił oblicze Kościoła?

 

Zdawałem sobie z tego sprawę od pierwszego dnia w seminarium. Niektórzy seminarzyści pochodzili z małych górskich miasteczek Pensylwanii, gdzie parafie miały tych samych proboszczów przez 40 lat, tak więc zachowali oni wiele tradycyjnych praktyk i nabożeństw, których u nas, na Południu, nigdy nie było wiele. Trochę otworzyło mi to oczy. Zawsze było dla mnie tajemnicą, dlaczego w seminarium odnosi się oficjalnie z taką dezaprobatą do tradycyjnych form pobożności.

 

Było nas kilku takich, którzy po Mszy klękali na stopniach głównego ołtarza, znajdującego się za swego rodzaju siedzeniami, oddzielającymi nowy ołtarz od starego. Odmawialiśmy modlitwy Leona XIII jako dziękczynienie po Mszy, ponieważ oczywiście przestano odmawiać je publicznie. Było to jednak postrzegane jako coś wstecznego, nielegalnego. Zacząłem dostrzegać, że jest to niekonsekwencja, ponieważ przez wieki pokolenia wiernych i świętych robiły te rzeczy, i teraz nagle wszystko to jest zakazane, potępione, wyjęte spod prawa, złe. Była to jaskrawa niekonsekwencja.

 

Kiedy widział Ksiądz po raz pierwszy tradycyjną Mszę, Mszę trydencką?

 

To musiało być na drugim roku w seminarium. Był tam konserwatywny jezuita, nasz wykładowca, który został oddelegowany dla odprawiania Mszy św. w parafii robotniczej na obrzeżach miasta. Było nas około trzech seminarzystów, którzy chodzili na tę Mszę i siadali z tyłu. Była to cicha Msza i obecnych było bardzo niewielu wiernych. Ciekawe było widzieć to po raz pierwszy, ale Msza ta nie działała na mnie tak zniewalająco jak inne, w których uczestniczyłem później.

 

Skoro znalazłem się w Rzymie, również brałem udział w Mszach trydenckich: raz odprawiał ją kard. Stickler – było to w kościele na Corso, gdzie Msza trydencka odprawiana była w każdą niedzielę; były tam też dwie czy trzy kaplice, w których odprawiano tradycyjną Mszę. Ponieważ byłem wówczas już starszym seminarzystą i rozumiałem więcej, było to dla mnie intrygujące i pociągające. Jest to jednak – niestety – owoc zakazany. Mszę odprawia się w Rzymie w jednym kościele na końcu ślepej uliczki, na drzwiach nie ma nawet informacji, pod jakim jest wezwaniem, więc jest to naprawdę dość tajemnicze. Również przychodzący tam seminarzyści byli w strachu: „Co będzie, jeśli przełożeni to odkryją?”, „Co będzie, jeśli przyjdzie wicerektor z naszego seminarium?”.

 

Czy kiedy był Ksiądz w Filadelfii, spotykał się Ksiądz z takim samym nastawieniem? Czy bał się Ksiądz o tym później mówić?

 

Chodziliśmy tam potajemnie i nigdy o tym otwarcie nie rozmawialiśmy. Gdybyśmy coś powiedzieli, mielibyśmy oczywiście problemy. Mieliśmy też protekcję ze strony celebransa, jednego z naszych wykładowców.

 

Jak zakończył się ten pierwszy, konspiracyjny etap Księdza drogi? Studiował Ksiądz po święceniach liturgikę. Czy zaryzykował Ksiądz kiedyś w tym czasie odprawienie samemu Mszy trydenckiej?

 

Nie, ponieważ wciąż byłem przekonany, że nikt nie może jej odprawiać, chyba że uzyska indult. Nie wnikałem zbyt głęboko w kwestie kanoniczne. W naszym kolegium był ksiądz, który twierdził, że posiada indult, i odprawiał Mszę na jednym z ołtarzy w kaplicy Mszy prywatnych, która została potem rozebrana. Zmieniono ją w kaplicę koncelebracyjną z jednym ołtarzem, a prywatną kaplicę urządzono w małym pokoju, miała ona jednak tylko jeden ołtarz. Zresztą systematycznie ją zamykano w celu przeprowadzenia renowacji, a kiedy znów otwierano, nigdy nie można było zauważyć, co konkretnie zostało odnowione – nacisk kładziono na koncelebrację. Istniała jednak pewna liczba księży, którzy odprawiali Msze głównie prywatne. Tak więc rzeczywiście w tej prywatnej kaplicy mógłbym odprawiać Mszę trydencką, byłem jednak przekonany, że nie mogę tego robić bez indultu i nadal pozostać „wierny”.

 

Dopiero po dalszym studium nad Tradycją i okolicznościami ustanowienia Novus Ordo zacząłem dostrzegać, że w istocie wszyscy kapłani mogą odprawiać Mszę trydencką, że nie potrzeba żadnego specjalnego indultu z powodu kanonizowania tej Mszy przez papieża św. Piusa V w bulli Quo primum – co jest tam bardzo jednoznacznie powiedziane – a także ze względu ma sytuację w Kościele. Jest więcej wierności względem wiary katolickiej w odprawieniu Mszy trydenckiej „bezprawnie”, niż w odprawianiu Novus Ordo przy wszystkich autoryzacjach biskupa.

 

Nawet jeśli Novus Ordo odprawia się po łacinie, w bardzo konserwatywnej formie?

 

Tak, nawet gdy jest odprawiana po łacinie, ponieważ nawet wówczas jest to sztucznie stworzony ryt, w połowie kult Boga, a w połowie kult człowieka. Nie da się powiedzieć, do kogo skierowany jest obecnie kult – do Boga czy do człowieka. Wszystko w nim, nawet jeśli jest sprawowany po łacinie, ma charakter dydaktyczny. Wiele elementów zostało usuniętych, rzeczy zewnętrzne – przyklęknięcia, znaki krzyża, uszanowanie – większość z tego znikła. Nowa Msza może być odprawiana w sposób pozornie bardzo konserwatywny, jak np. na Monte Cassino, gdzie byłem podczas przerwy wielkanocnej trzy lata temu. Jednak nawet w tych okolicznościach, jeśli przyjrzeć się tekstom, wciąż pozostaje coś, co jest nie w porządku.

 

Jak doszedł Ksiądz do tych wniosków? Co pozwoliło Księdzu dostrzec, że „nowym szatom cesarza” czegoś brakuje?

 

Pewna dobra rodzina, którą znałem – mają wiele dzieci, wszystkie uczone w domu, bardzo dobre. Usłyszałem plotkę, że nie chodzą już do swej starej parafii, która była moją pierwszą placówką. Jakiś czas później spotkałem ich przypadkowo i zapytałem, gdzie chodzą na Mszę. Okazało się, że chodzili do kaplicy Bractwa Św. Piusa X w Charlotte w Północnej Karolinie. Chciałem w jakiś sposób zareagować, łagodnie nakierować ich na właściwy tor, zacząłem więc przyglądać się dokładniej postulatom Bractwa. Moja wiedza na jego temat była wówczas bardzo ogólnikowa. Zacząłem wgłębiać się w te sprawy, by – że tak powiem – pomóc im z tego wyjść, i zacząłem ku memu przerażeniu dochodzić do konkluzji, że Bractwo robi dobrą robotę.

 

Znacznie wygodniej jest pozostawać tam, gdzie się jest, robić to, co się robi, i myśleć, że ci wszyscy tradycjonaliści mylą się we wszystkim, że są zacofani, że nie chcą zaakceptować faktu, iż mamy w Kościele nową sytuację, nawet jeśli istnieje potrzeba – jak mówią niektórzy – „reformy reformy”.

 

Tak więc czytał Ksiądz wiele „tradycyjnej apologetyki”?

 

Tak. Przebrnąłem przez wiele analiz, deklaracji etc., wskutek czego zacząłem dostrzegać, że tradycjonaliści nie wszczynają polemik dla samych polemik, nie tworzą podziałów, nie zaczynają tworzyć równoległego Kościoła. Chcą trzymać się tradycyjnej katolickiej wiary, a w ich kaplicach, wspólnotach, zakonach, seminariach odmawianych jest wiele tradycyjnych modlitw o odnowienie wiary katolickiej, bez żadnej kosmetycznej „reformy reformy”, o której mówią inni.

 

W miejscach tych odnaleźć można wiarę, odmawia się tam również modlitwy za Ojca Świętego i o silne papiestwo. Zacząłem rozumieć, że tradycjonaliści nie buntują się dla samego buntu. Gotowi są stanąć w pierwszym szeregu za papieżem, jeśli stanie on w pierwszym szeregu za swoimi poprzednikami. Tak jednak długo, jak jest on, że tak powiem, lokomotywą pociągu, który się wykoleja, nie chcą podążać za nim. Będą czekać, modlić się, będą trzymać się wiary, mając nadzieję, że pociąg powróci znów na tory.

 

Nawiasem mówiąc, kontynuując tę analogię, niektórzy mówią, że tory prowadzą tam, dokąd jedzie lokomotywa, i że pychą jest twierdzić coś innego. Niektórzy mówili mi: „Wy, tradycjonaliści, jesteście pyszni i zawzięci”, albo: „Chcecie być bardziej katoliccy niż papież”. To w ogóle nie o to chodzi. Całe wieki Magisterium, święta Tradycja, depozyt wiary – wyraźnie określiły i położyły tory, jednak obecnie pociąg przeważnie nie jedzie już po nich. Każdy trzeźwo patrzący wierny może zobaczyć wykolejenie się pociągu. Większą pychą i uporem jest zaprzeczanie tej oczywistej prawdzie i powadze obecnego kryzysu.

 

Czy jakieś konkretne publikacje przyczyniły się w sposób szczególny do zmiany Księdza stanowiska?

 

Nie, czytałem różne rzeczy. Wymagało to pracy, powodowało wiele lęków. Ale po wnikliwych badaniach, pewnej nocy – pamiętam, że długiej i straszliwie bezsennej – zacząłem rozumieć, że po tym, co odkryłem, nie mogę dalej popierać tej „linii partii”, tak szkodliwej dla dusz.

 

Czy wiedział Ksiądz wówczas, co zamierza zrobić?

 

Nie, nie miałem pojęcia.

 

To było z pewnością trudne. Co więc konkretnie Ksiądz zrobił?

 

Konkretnie – pojechałem porozmawiać z tradycyjnym księdzem. Była to pierwsza, rzecz, jaką zrobiłem. Był on proboszczem parafii, do której chodziła rodzina, o której wspomniałem. Po pierwsze poszedłem na jego Mszę. Było to w niedzielę wieczorem. Siedziałem w ławce. Nie przyjechałem nawet w szatach duchownych, ponieważ nie chciałem, by się o mnie dowiedziano, chociaż było to na terenie innej diecezji. Pojechałem więc jako anonimowy obserwator. Byłem zafascynowany, widząc tę Mszę w ten sposób, siedząc w ławce.

 

Pamiętam, że po raz pierwszy widziałem Mszę trydencką w Filadelfii. Było to w kościele parafialnym, obecnych jednak było tylko kilka osób. Bywałem okazyjnie na Mszach w Rzymie, ale nie była to prawdziwa parafia. Było to coś innego niż przybycie do prawdziwej, żywej parafii, w której ludzie wychowują swe dzieci w oparciu o wiarę i Mszę św., uczestnicząc w niej każdego tygodnia. Niezwykłe było widzieć księdza, który jest w stu procentach tradycyjny. Przed i po Mszy kapłan był zajęty spowiedzią – była nawet kolejka.

 

Musiało to być dla Księdza niespodzianką.

 

I było. Po Mszy ksiądz był zajęty słuchaniem spowiedzi, wróciłem więc do domu (mieszkałem wtedy u rodziców). Następnego ranka ponownie pojechałem na Mszę. Była to kolejna noc, której nie spałem dobrze – po tym jak widziałem Mszę i żywą wiarę tych ludzi. Tak więc rano pojechałem z powrotem i miałem wreszcie okazję porozmawiać z księdzem. W tym czasie, mniej więcej w połowie oczekiwania na tę poniedziałkową ranną Mszę, uświadomiłem sobie, że naprawdę muszę podjąć konkretne kroki. Rozmawiałem z owym kapłanem o tym, jak to mogłoby wyglądać.

 

W pewnym momencie musiał Ksiądz nauczyć się odprawiania tradycyjnej Mszy. Jak się to odbywało?

 

Pojechałem do Kansas City, by porozmawiać z przełożonym dystryktu Bractwa. Zakrystianin tamtejszego kościoła, wypróbowany i oddany, chciał w szkolnej kaplicy przeanalizować ze mną wszystkie obrzędy Mszy, ale po krótkiej rozmowie zdecydowaliśmy, że zamiast przechodzić przez rubryki odprawiając „suchą” Mszę, zrobię przerwę, po czym odprawię tradycyjną Mszę, nawet jeśli będzie ona trwała długo. Była to moja pierwsza tradycyjna Msza. Było to równocześnie onieśmielające i porywające.

 

Tak więc studiował Ksiądz wcześniej rubryki?

 

Bardzo pobieżnie. Podczas moich wczesnych lat seminaryjnych sam czytałem rubryki w starych mszalikach etc. Później, podczas specjalizacji z liturgiki, zajmowaliśmy się – jedynie z naukowego punktu widzenia – głównie rozwojem rubryk w rycie rzymskim, od pierwotnej do średniowiecznej Mszy, którą później nazywano „trydencką”.

 

Było to dla Księdza bardzo łatwe przejście, ponieważ miał Ksiądz styczność z tymi sprawami cały czas jako student. Wydaje mi się, ten debiut był całkiem imponujący. Jak jednak sam Ksiądz stwierdził, jest czymś zupełnie innym zaglądać do ksiąg, a czymś innym rzeczywiście odprawiać Mszę. Kiedy po raz pierwszy odprawił Ksiądz Mszę św. publicznie? Była to uroczysta Msza na Niedzielę Białą w Richmond.

 

Po tym, jak odszedł Ksiądz ze swej diecezji?

 

Tak. Po wstępnej wizycie w siedzibie dystryktu Bractwa oraz w seminarium. Na naleganie mojego biskupa powróciłem do swojej diecezji na sześć miesięcy. Wykorzystałem ten czas na pozamykanie różnych spraw. Był to jedyny powód, dla którego wróciłem, przygotowywałem się wówczas do odejścia.

 

Czy Księdza biskup wiedział, że Ksiądz odchodzi?

 

Nie. Poprosiłem o pozwolenie na wyjazd przed moją pierwszą podróżą do siedziby dystryktu. Długo rozmawialiśmy na ten temat. Nie mogłem powiedzieć mu wyraźnie, dlaczego potrzebowałem tego wyjazdu – nie zrozumiałby mnie – ale powiedziałem mu, że chciałbym wyjechać do Objawienia Pańskiego, na około trzy miesiące, by zastanowić się nad kierunkiem mojego powołania. Nie miałem wówczas zresztą żadnego przydziału. Biskup był jednak bardzo niechętny wobec tej perspektywy. Zapewniałem go na wszystkie sposoby, że nie myślę o porzuceniu kapłaństwa, zastanawiam się jedynie nad tym, jak i w jaki sposób powinno się ono dalej realizować, jaki rodzaj posługi kapłańskiej mam wybrać. Nie chciał jednak ze mną o tym rozmawiać.

 

Po powrocie zastał Ksiądz nowego biskupa, poprzedni odszedł na emeryturę. Czy pomiędzy nim a Księdzem miały miejsce jakieś animozje?

 

Absolutnie nie. Nic z tych rzeczy. Zachowywał się on bardzo grzecznie i kurtuazyjnie, naprawdę. Pozostawała jednak ta jedna kwestia, i myślę, że pewni inni księża z diecezji donosili mu o pewnych rzeczach, wskutek czego zajął wobec mnie nieco twardsze stanowisko. W pewnej parafii, w której pracowałem, w której właśnie wówczas zakończyłem posługę, był tymczasowy administrator, bardzo, bardzo liberalny ksiądz. Skrajny liberał. Nie byliśmy w stanie współpracować, więc on i podobni mu ludzie opowiadali różne rzeczy biskupowi, który zajął twardsze stanowisko. Ale kiedy otrzymałem nowy przydział i powróciłem do diecezji na te sześć miesięcy, sprawa została już zapomniana.

 

Biskup koniecznie chciał, żebym był jego mistrzem ceremonii w północnej części diecezji. Jeździłem więc z nim, gdy udzielał bierzmowania, i nie było między nami napięć. Zdarzały się natomiast konflikty z różnymi liberalnymi proboszczami. Jeździłem tam zasadniczo nie tylko jako ceremoniarz biskupa, ale po to, by w parafii wszystko poszło gładko. Miałem w pewnym sensie dbać o to, by proboszcz dobrze wypadł. Ale gdy zacząłem uczyć ministrantów, jak godnie sprawować ceremonie, zwłaszcza jeden proboszcz okazywał otwarcie oburzenie. Jednak wiedziałem, kim byli ci ludzie i jakie było ich teologiczne stanowisko, więc nic sobie z tego nie robiłem. Zrozumiałem. Przez lata człowiek nabiera odporności.

 

Tak więc przez tych sześć miesięcy odprawiał Ksiądz tradycyjną Mszę św. po kryjomu?

 

Tak. Gdy tylko dostałem ten przydział na sześć miesięcy, zbudowałem w moim mieszkaniu, które było dość duże, ołtarz. Zbudowałem go, odwiedziwszy najpierw skład drewna, ale zrobiłem go prawidłowo, ze stopniami i wszystkim innym. Odprawiałem tradycyjną Mszę w dni, kiedy nie miałem wyznaczonej Mszy w parafii. Z powodu rozkładu Mszy – było nas trzech księży – niektórzy z nas mieli dni wolne. Inni księża nie odprawiali Mszy, jeśli nie zostali wyznaczeni do Mszy publicznych.

 

Czy często mógł Ksiądz dostrzec, że kapłaństwo traktowane jest jako zawód? Czy postawa taka była bardzo rozpowszechniona?

 

Bardzo. Niewielu młodszych księży odprawiało Mszę prywatnie, jeśli nie miało jej wyznaczonej w parafii, ale również większość starszych księży, uformowanych podczas soboru i w latach posoborowych, nie widziała po temu żadnego powodu. Msza, jak to rozumieli, odprawiana jest „dla zgromadzenia”. Jeśli nie wyznaczy się ich do odprawiania Mszy, nie widzą powodu, dla którego mieliby iść do kościoła, chociaż niektórzy z nich tolerują młodszych księży, którzy to robią. Ja zawsze odprawiałem Mszę bardzo cicho, nikt nigdy nie wchodził do mojego mieszkania za wyjątkiem pani, która tam sprzątała, i miałem zbudowany ołtarz. Mogłem w każdej chwili zdjąć kanony oraz mszał i włożyć je do kredensu, tak, że nie było z tym problemu. Ale przez sześć miesięcy odprawiałem Mszę trydencką w ten sposób, w tajemnicy.

 

A co z oficjum? Odmawiał Ksiądz nowe?

 

Nie. Odmawiałem tradycyjny brewiarz i nie kryłem się z tym. Zacząłem go odmawiać na krótko przed pierwszą wizytą u przełożonego dystryktu. Również kiedy szedłem do parafii odprawiać wyznaczoną mi Mszę, nawet w niedzielę, brałem mój tradycyjny brewiarz. Zostawiałem go po prostu na stole w zakrystii, gdzie przechodził proboszcz. Oni naprawdę nie zwracali uwagi na to, czy i jak odmawiasz oficjum.

 

Takie odniosłem wrażenie. Czy wie Ksiądz, jak wielu Księdza kolegów w diecezji w ogóle odmawia brewiarz?

 

Z pewnością są księża, którzy odmawiają oficjum. Jest mnóstwo takich, którzy nie odmawiają w ogóle, ale z pewnością są tacy, którzy odmawiają je codziennie.

 

To pocieszające. Tak więc po prostu brał Ksiądz brewiarz i czytał, tak to wyglądało?

 

Tak, i było to orzeźwiające, bardzo orzeźwiające. Odmawianie nowej tzw. liturgii godzin było niezwykle irytujące z powodu pewnych „modlitw wiernych”, które zostały dodane, inwokacji, hymnów… W nowym brewiarzu umieszczono wiele protestanckich hymnów. W rzeczy samej, ponieważ są one tak absurdalne, wielu księży po prostu je pomija. Przechodzą oni od początku aż do psalmów, tak jak to jest w tradycyjnym brewiarzu, z tym wyjątkiem, że nigdy nie odmawiają po tym hymnu. Oczywiście w laudesach i nieszporach znajdują się wstawki, które niekiedy są po prostu skandaliczne, godne propagandy komunistycznej. Niektóre czytania w laudesach również odnoszą się do praw robotników i solidarności.

 

Przez tych sześć miesięcy odprawiał Ksiądz tradycyjną Mszę w swoim mieszkaniu, odmawiał Ksiądz tradycyjne oficjum. Jak się Ksiądz czuł, kiedy musiał Ksiądz odprawić publicznie nową Mszę?

 

Cierpiałem, a wynikało to z dwóch powodów. Przede wszystkim musiałem znosić odprawianie Mszy w jej sprotestantyzowanej formie, musiałem siedzieć na swoim miejscu, podczas gdy kobiety przychodziły, by czytać czy machać rękami podczas psalmu. Po drugie, jeśli tylko ksiądz trzyma się rubryk, wierni zawsze podchodzą po Mszy podziękować: „Dziękujemy księdzu za uszanowanie, z jakim ksiądz odprawia Mszę”, albo: „Dziękujemy za świętą Mszę”. To dlatego, że inni księża zachowują się jak podczas aukcji albo spotkania jakiegoś komitetu. Kiedy widzi się wiernych, którzy wyraźnie są spragnieni uszanowania podczas Mszy, bolesna jest świadomość, że to, co otrzymują, to jedynie wersja zubożona, „groszowa”. Zwłaszcza niektóre kolekty trudno zaliczyć nawet do drugiej kategorii.

 

Zwłaszcza pierwsza forma. Dodatkowe kolekty są czasami bardzo piękne.

 

O, tak. Bardzo często używałem dodatkowej kolekty, ale oczywiście ich zakończenia są fatalne. Po dodatkowych kolektach używa się krótkich zakończeń, tak więc łączyłem obie formy. Używałem dodatkowej kolekty i potem długiego zakończenia z podstawowej kolekty. Normalne były praktyki w rodzaju kobiet czytających czytania, Msze dla dzieci – bez jakiegokolwiek szacunku, i nadzwyczajni szafarze. Były rzadsze przypadki, jak np. kiedy upuszczono Hostię i szafarze po prostu nie wiedzieli, co zrobić. I to nie dlatego, że byli zbyt przejęci. Oprócz tego były zawsze kobiety podchodzące, by pomóc przy tabernakulum i „skonsolidować” Hostie w jednym cyborium. W ostatniej parafii, w której byłem, używano zawsze cyboriów w takim kształcie, że mogły stać jedne na drugich jaktupperware (4) (podczas gdy mieli piękne stare cyboria, które stały nieużywane w sejfie). Pewnego razu, kiedy przekładałem palcami Hostie z jednego cyborium do drugiego, pomagająca mi kobieta z wściekłością przesypała wszystkie Hostie ze swej małej miseczki do głównego cyborium, rzucając mi przy tym spojrzenie mówiące: „Przestań marnować mój czas!”, i wybiegła z powrotem do zakrystii. Podczas Mszy. Takie rzeczy zdarzały się nieustannie.

 

Znak jedności i miłości…

 

Właśnie. Innym razem w innej parafii świeccy szafarze stali przy kredencji śmiejąc się – nie wiem, może ktoś opowiedział dowcip. Wyglądało na to, że puryfikują naczynia liturgiczne, co jest zabronione nawet w Novus Ordo, nawet w nowych rubrykach. Niegdyś było to w ogóle nie do pomyślenia. Po Mszy w zakrystii powiedziałem im łagodnie: „Jeśli jest w tej parafii ktoś, kto powinien dawać przykład pobożności eucharystycznej, to właśnie wy, ale wy śmialiście się bez przerwy, jakby to był mecz baseballowy”. Jaki list pełen oburzenia napisali do biskupa! Że śmiałem podać w wątpliwość ich pobożność i ingerować w ich obowiązki etc.

 

Mógłbym wyliczać wciąż nowe nadużycia, jakie widziałem w różnych parafiach. Podobają im się rzymskie procesje na ofertorium, zatem przynoszą w nich buty do tenisa, piłki futboloweetc. i kładą wokół ołtarza. Dzieje się tak wiele rzeczy i zaczyna to naprawdę wywierać na ciebie duchowy wpływ, niezależnie, czy zdajesz sobie wówczas z tego sprawę, czy nie.

 

Pod koniec tych sześciu miesięcy z pewnością bardzo chciał się Ksiądz od tego wszystkiego uwolnić, ale z drugiej strony musiał Ksiądz odczuwać niepokój przed skokiem na głęboką wodę.

 

To prawda. Było tak z powodu pewnych znajomości i przyjaźni, o których wiedziałem, że mogą zostać wystawione na próbę, być może zostaną zerwane. (Chociaż przekonałem się, że prawdziwi przyjaciele pozostaną wierni. Mam kilku bardzo bliskich przyjaciół, którzy tak naprawdę nie rozumieją, dlaczego poszedłem w tym kierunku, ale nie wpłynęło to na przyjaźń między nami). Stosunki z biskupem i księżmi diecezji byłyby napięte. Tak więc rzeczywiście odczuwałem pewien niepokój. Ciągle powracały wątpliwości, czy wybrałem słuszną drogę.

 

Starałem się po prostu wykonywać moje obowiązki do ostatniej chwili, zamierzając odwiedzić kilka bardziej konserwatywnych rodzin, w większości uczących dzieci w domu, by dodać im odwagi. Nie mogłem powiedzieć im prawdy o kroku, który zamierzałem wykonać. Tak więc niektórzy przeżyli szok, kiedy odszedłem, ponieważ zaledwie kilka dni wcześniej byłem w ich domach i nic o tym nie wspominałem! Trochę lękałem się, czy wybrałem dobre rozwiązanie, ale w głębi duszy czułem spokój, więc zacząłem się z tym godzić. Nawet ostatniego dnia poszedłem do chorych słuchać spowiedzi i udzielać Komunii św.

 

Jak przezwyciężył Ksiądz barierę psychiczną związaną z karami kanonicznymi i utratą jurysdykcji? To właśnie ona sprawia najwięcej kłopotów większości księży, którzy decydują się porzucić oficjalne struktury.

 

W ruchu tradycyjnym jest wielu, którzy musieli doświadczyć sankcji i kar, ale można to przetrzymać, mając silne przekonanie, że to, co się robi, jest w rzeczywistości tym, co Kościół zawsze czynił. Gdybym odszedł i robił coś całkowicie nowego, a Kościół nałożyłby na mnie sankcje, byłbym zmartwiony. Ale wiem, że to, co robię, to nic innego jak to, co świątobliwi kapłani czynili w przeszłości przez setki lat. Po prostu nauczam i praktykuję wiarę katolicką. Czy Kościół może słusznie karać mnie za to? Nie sądzę. A co do sytuacji kanonicznoprawnej, sam Kościół uzupełnia jurysdykcję w czasach takich jak obecne.

 

Św. Piotr mówi, że musimy słuchać raczej Boga, niż człowieka.

 

Właśnie. Poza tym miałem silną świadomość, że nie porzucam po prostu czegoś, wyruszając ku niejasnej, mglistej przyszłości, w której nie wiadomo co się wydarzy. W rzeczywistości szedłem w pewnym konkretnym kierunku. To, co porzucałem, było jedynie cieniem tego, ku czemu zmierzałem.

 

Czy myśli Ksiądz, że osiągnął ten cel? Jaki wpływ na Księdza kapłaństwo wywarło odprawianie wyłącznie Mszy trydenckiej?

 

Z pewnością osiągnąłem. W parafiach tradycyjnych okazuje się kapłanom wiele wsparcia i szacunku, mogę też współpracować z tradycyjnymi wiernymi w bardziej owocny sposób dla uświęcenia ich dusz i mojej własnej. To jak rodzina, prawdziwa „wspólnota wiary”. A co do skutków, jakie wywiera odprawianie tradycyjnej Mszy – są one niesamowite! Tradycyjna Msza ze swej natury narzuca pobożność. Gdy się w niej zanurzy, wywiera niezwykły wpływ na duchowość i sposób życia kapłana. W Novus Ordo natura kapłaństwa jest rozmyta i niejasna, więc kiedy odprawia się nową Mszę, czuje się jak ktoś w rodzaju przewodniczącego wydelegowanego przez zgromadzenie. W przypadku Mszy trydenckiej tak nie jest. Jest się w pełni świadomym, że jest to kult „w duchu i prawdzie” – prawdziwie nadprzyrodzony.

 

Przyczynia się do tego wiele rzeczy, na przykład zwrócenie ku tabernakulum. Czy mógłby Ksiądz wymienić jeszcze inne elementy pomagające uwydatnić centralną rolę kapłaństwa sakramentalnego?

 

Odmawianie niektórych części Mszy, takich jak Kanon i inne modlitwy, zniżonym głosem. To zdumiewające, jak wielu księży w Novus Ordo pomija te modlitwy lub odmawia je na głos, ponieważ myślą: „Po co to mówić, jeśli ludzie nie mogą tego usłyszeć?”. Ponieważ wszystko w Novus Ordo koncentruje się wokół człowieka. Tak więc nawet odmawiając cały Kanon i inne modlitwy po cichu, rozumie się, że ludzie nie chcą widowiska. Nie ma to nic wspólnego z występem, jest to prawdziwy kult Boga. Do elementów tych należy odmawianie modlitw po cichu, zwrócenie ku wschodowi, śpiew gregoriański czy sposób, w jaki udzielana jest Komunia św.

 

Również wierni rozumieją wówczas Mszę lepiej i zaangażowani są w nią na wyższym poziomie. Nie jest to „aktywne uczestnictwo”, ale raczej „uczestnictwo kontemplacyjne”. Wszystko to owocuje w sposobie, w jaki kapłan doświadcza Mszy duchowo, ponieważ nie oczekuje się od niego, by był „animatorem liturgicznym” ani by był „dynamiczny”. Jakiż ból sprawiało mi udzielanie Komunii poprzednio, podczas Novus Ordo. Przy rozdawaniu i przyjmowaniu Komunii św. zdarzają się wszelkie rodzaje nadużyć. Tak więc przyjście w miejsce, gdzie wierni przyjmują Komunię św. tak pobożnie – klęcząc przy balaskach – jest dużą zmianą.

 

W ostatni weekend byłem w dwóch kaplicach. Uroczysta Msza w niedzielę jest specjalnym przeżyciem! Chorał gregoriański wykonywany był bez zarzutu, a nawet w mniejszej z tych dwóch kaplic chór śpiewał mszę polifoniczną. Ministranci byli wyszkoleni, byli nawet akolici ze świecami przy Komunii. Parafianie czuwali całą noc przy Najświętszym Sakramencie po Mszy w pierwszy piątek, a przed Mszą w pierwszą sobotę było błogosławieństwo, podczas obu kaplice były pełne. Przez ponad cztery godziny słuchałem spowiedzi. Egzaminowałem także kandydatów do bierzmowania. Znali katechizm na pamięć, byli gorliwi, wszyscy żarliwie katoliccy. Jest to wielka różnica w stosunku do tego, co dzieje się na Novus Ordo, i zaczynam widzieć, że w tradycyjnych parafiach jest tak cały czas. Czymś, o czym nie mówi się często, jest kwestia spowiedzi. Oczywiście w tradycyjnych parafiach, takich jak te kaplice, do spowiedzi przystępuje się częściej i z większą pobożnością, ale odkryłem też, że jakość spowiedzi, których słuchałem w tradycyjnych środowiskach, była całkowicie różna. Nie ma się w tym przypadku wątpliwości, że ci ludzie po drugiej stronie kratki są naprawdę penitentami – pokutnikami. Niektórzy katolicy uczestniczący w Novus Ordoprzychodzą do spowiedzi, by nauczyć się być lepszymi – nie znają jednak pojęcia grzechu. Bardzo rzadko zdarzało mi się słuchać spowiedzi bez konfesjonału, ale kiedy miało to miejsce – ponieważ jest to normalna praktyka dla większości księży – było to bardzo dziwaczne.

 

Jaką radę dałby Ksiądz kapłanom, którzy siedzą okrakiem na barykadzie, próbując podjąć decyzję?

 

Skontaktować się z tradycyjnym księdzem. Tak długo, jak Tradycja pozostaje dla nich czymś w rodzaju mirażu na horyzoncie, nigdy nie zrozumieją jej w pełni. Ci kapłani, którzy siedzą na barykadzie, jeśli spotkają się i porozmawiają z tradycyjnymi księżmi, zdadzą sobie sprawę, że nie są to heretyckie czy ekskomunikowane potwory, jak niektórzy myślą. Powiedziałbym im: jeśli chcecie umocnić się w waszym kapłaństwie, idźcie i porozmawiajcie z tymi ludźmi. Mają oni bardzo jasne pojęcie o tym, czym jest kapłaństwo, a także silne poczucie kapłańskiej tożsamości.

 

Odwiedźcie, nawet jeśli będziecie to musieli zrobić potajemnie czy anonimowo, miejsce, gdzie Msza tradycyjna odprawiana jest każdego tygodnia lub codziennie, gdzie nie jest ona specjalnym wydarzeniem, jakby zakurzonym eksponatem muzealnym. Zadbajcie, by jakieś tradycyjne rodziny pamiętały o was na modlitwie (ale potem uważajcie!). Powróćcie do tradycyjnego brewiarza. Porzućcie „małe oficjum” Vaticanum II i powróćcie do brewiarza! Odmawianie brewiarza jest niewiarygodną pomocą. Naprawdę.

 

A co z księżmi, którzy nie znają łaciny? Co oni powinni zrobić?

 

Myślę, że powinni zaopatrzyć się w parę podręczników i odświeżyć swoją znajomość tego języka. Nawet jeśli łacina jest na początku przeszkodą, istnieją edycje angielskie, a nawet dwujęzyczne tradycyjnego brewiarza. Mogliby zacząć od tego, bo nawet on różni się ogromnie od nowej tzw. liturgii godzin. Ale ucząc się trochę każdego dnia, zaczną poznawać łacinę coraz lepiej. To prawda, niektórzy nie znają łaciny. Jednak lepiej późno niż wcale!

 

Po to, by uczyć się łaciny czy teologii, nie trzeba mieć ilorazu inteligencji 300. Czyli twierdzi Ksiądz, że większość przeszkód można przezwyciężyć?

 

Tak, z pewnością. Byłem zaskoczony, kiedy powróciłem na tamtą poranną poniedziałkową Mszę św. w Charlotte i widziałem, że ministranci znali swe partie po łacinie tak doskonale. Ale to nie wszystko. Po Mszy mieli oni małą prymę, również po łacinie. Jeden z chłopców czytał Martyrologium. Byłem zdumiony, że ten dzieciak, który miał nie więcej niż 10 lat, śpiewał Martyrologium, a wszyscy święte oficjum. Te dzieci nie opuściły ani litery! Jeśli dzieci mogą to zrobić, każdy to potrafi. Przez wieki małe dzieci były uczone odpowiedzi podczas Mszy i znały je znakomicie.

 

Niektórzy starsi księża, wyświęceni pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych, mogą zaprotestować i powiedzieć: „Nie można nauczyć starego psa nowych sztuczek. Jak mamy się tego nauczyć? Filozofia, łacina, wszystko od początku?”

 

Dla starszych księży nie będzie problemem odświeżenie sobie tego, czego się uczyli, jeśli coś jeszcze pamiętają. Niektórzy z nich rzeczywiście nie pamiętają nic. Rozmawiałem kiedyś z księdzem, który został wyświęcony ponad 50 lat temu. Miał liberalne poglądy odnośnie do Mszy jako zgromadzenia wspólnoty etc. Zapytałem go przyjaźnie, ale wprost: „Czy tego uczyli księdza niegdyś w seminarium? Jestem po prostu ciekawy, czego uczyli o Mszy, kiedy był ksiądz w seminarium”. Odpowiedział: „O, tak. Z pewnością tego właśnie uczono. Wspólnota składa ofiarę eucharystyczną przez ręce przewodniczącego, który został wydelegowany”. Myślę, że po prostu nie pamiętał, czego go uczono. Inspiratorzy zmian byli bardzo, bardzo skuteczni. Mamy dziś księży, którzy są 25–30 lat po święceniach, którzy przeszli przez seminaria w tych szalonych latach. „Nie można nauczyć starego psa nowych sztuczek”? – z pewnością można. Jest wielu księży w ich wieku i w ich sytuacji, którzy to zrobili. Nie byliby jedynymi. Musi to być jednak również nawrócenie serca. Kapłan nie może po prostu zachować wszystkich swych zwyczajów, z tym tylko, że zacznie się uczyć tradycyjnej Mszy i powróci do starego brewiarza. Trzeba mieć odwagę przyznać: „Przez większość mego kapłańskiego życia byłem zamieszany w ten nonsens z Novus Ordo”. Wielu księży we wczesnych latach reformy prawdopodobnie była zaangażowana w parafiach w różne ekscesy: Msze z tańcami i inne rzeczy, które się wówczas pojawiały. Trudno – zawierz to wszystko miłosierdziu Zbawiciela. Nigdy nie jest za późno, by zacząć od początku.

 

Nawet odprawiając Mszę w swych mieszkaniach! To jest początek. Próbować uczyć się i odpokutować za niektóre nonsensy.

 

Spójrzmy też na starszych księży – nieugiętych liberałów, przekonanych, że trzeba było dokonać rewolucji: ci ludzie, nawet z tymi przekonaniami, są ludźmi przegranymi i można dostrzec wśród nich ducha rozpaczy. Nie ma tego pomiędzy księżmi, którzy pozostali wierni wierze, niezależnie od tego, co przyszło im wycierpieć. Czy więc ci księża, wyświęceni 25–30 lat temu, chcą zestarzeć się i przejść na emeryturę, obarczeni poczuciem przegranej, bo nigdy nie mieli odwagi być kapłanami w sposób, w jaki Matka-Kościół od nich wymaga? Czy też chcą okazać tę odwagę i wykonać zdecydowany krok?

 

Wszyscy oni stoją przed tym wyborem i każdy z nich musi podjąć go samodzielnie.

 

I mogą dokonać go właściwie – z Bożą łaską i pod kierownictwem Ducha Świętego.

 

Wywiad pochodzi z książki “Gdzie jest twoja msza, kapłanie”, Wydawnictwo Te Deum, Warszawa 2005.

 

Przypisy:

  1. Bokiem do tabernakulum.

  2. Specjalny taboret używany przez biskupa.

  3. Wprowadzone po soborze przygotowanie do chrztu dorosłych (katechumenat).

  4. Płaskie plastikowe pojemniki na żywność.

http://bibula.com

Kategoria: Wiara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *