banner ad

Snochowski: Nowy chiński porządek świata?

| 17 października 2013 | 5 komentarzy

  chiny mapaPublikująca w języku angielskim chińska agencja informacyjna 'Xinhua' zamieściła na swojej stronie internetowej komentarz, dotyczący amerykańskiej hegemonii oraz potrzeby „de-amerykanizacji” międzynarodowego systemu finansowego (Xinhua, 2013). Autor artykułu podkreśla, że obecny impas polityczny, w jakim znalazły się Stany Zjednoczone, jest dobrym momentem, aby rozpocząć debatę nad budową nowego światowego porządku. Wskazuje na hipokryzję amerykańskiego hegemona przypominając, że Stany Zjednoczone robią wszystko, aby uchodzić za kraj o wysokich standardach i wartościach moralnych, jednak w tym samym czasie, w tajemnicy, prowadzi operacje takie jak: tortury, ataki bezzałogowych dronów, w których giną cywile oraz szpiegostwo światowych przywódców.

 

Zasada „Amerykańskiego Pokoju” (łac. Pax Americana) nie pomogła Stanom Zjednoczonym w złagodzeniu konfliktów i wojen, ograniczeniu ubóstwa, zredukowaniu liczby uchodźców oraz zaprowadzeniu prawdziwego i trwałego pokój – pisze autor. W rzeczywistości, zamiast zaszczytnie wypełniać obowiązki odpowiedzialnego lidera, Waszyngton nadużywa swojej globalnej pozycji wprowadzając jeszcze więcej chaosu na świecie, odsuwając zagrożenie finansowe poza swoje granice, prowokując regionalne konflikty terytorialne oraz prowadząc nieuzasadnione wojny osłaniając je kłamstwami – kontynuuje. Obecnie, cyniczni amerykańscy politycy, przeciągając polityczną stagnację w sprawie federalnego budżetu oraz limitu zadłużenia, wystawiają na niebezpieczeństwo mniejsze kraje, których aktywa ulokowane są w amerykańskiej walucie. Wobec tego, należy zbudować nowy porządek świata, w którym kluczowe interesy wszystkich krajów, małych i dużych, bogatych i biednych, będą chronione w równym stopniu – dodaje autor. Postuluje także, aby kraje rozwijające się miały więcej do powiedzenia w głównych instytucjach międzynarodowych takich jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Jedną z najistotniejszych propozycji jest wprowadzenie nowej międzynarodowej waluty rezerwowej; oznaczałaby to zamienienie pełniącego tę rolę dolara na inną walutę. Dzięki temu – pisze autor – społeczność międzynarodowa uniknęłaby skutków ubocznych wywołanych pogłębiającym się kryzysem amerykańskiej polityki. Niemniej autor podkreśla, iż celem proponowanych zmian nie jest zepchnięcie Stanów Zjednoczonych na bok – co jest niemożliwe – ale raczej zachętą pod adresem Waszyngtonu do odegrania bardziej konstruktywnej roli w problemach, z którymi boryka się świat.

 

W powojennym systemie bipolarnym, gdzie politykę międzynarodową determinował globalny wyścig o sposób sprawowania władzy (demokracja vs totalitaryzm), system organizacji społeczeństwa (indywidualizm vs kolektywizm) oraz system ekonomiczny (kapitalizm vs socjalizm) świat znalazł się w geopolitycznym klinczu. Peryferia dwóch supermocarstw stały się polem bitwy tzw. wojen zastępczych, bezpośrednią strefą wpływów jednego z mocarstw, bądź unikały politycznej afiliacji z którymkolwiek z bloków (kraje członkowskie tzw. Ruchu Państw Niezaangażowanych). W Europie „od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem zapadła żelazna kurtyna dzieląc nasz Kontynent” (Churchill, The Sinews of Peace, 1946). Jej zachodnia część stała się obiektem ekstensywnej kolonizacji ideowo-gospodarczej ze strony Stanów Zjednoczonych. Można by zatem powiedzieć, że rekompensatą demontażu europejskich państw kolonialnych było wciągnięcie ich w liberalny system relacji oraz porządku międzynarodowego. Zgodnie z tym modelem państwa nie są jedynym podmiotem relacji międzynarodowych a tylko odzwierciedleniem preferencji grup interesu wchodzących w skład danego kraju. Natomiast decyzje rządu mają być wypadkową tych preferencji oraz preferencji innych państw wchodzących w skład całego systemu.

 

Rosnąca popularność ruchów komunistycznych we Francji i Włoszech oraz jego umocnienie się w Europie Wschodniej ponagliła Stany Zjednoczone do rozpoczęcia budowy politycznej i ekonomicznej hegemonii w Europie. Plan Marshalla zainicjowany w 1947r. był programem stricte politycznym; dążył nie tyle do altruistycznej odbudowy zniszczonej wojną Europy oraz podniesienia standardów życia jej mieszkańców, lecz do ideologicznej ekspansji amerykańskiego liberalizmu opartego o koncepcję masowej produkcji i masowej konsumpcji. Obok międzynarodowych korporacji głos przy kształtowaniu polityki – zgodnie z liberalnym modelem stosunków międzynarodowych – oddany został także ruchom społecznym (np. Amnesty International, Nike Anti-Sweatshop Campaign czy ruch LGBT), organizacjom międzyrządowym (np. NATO, GATT/WTO czy OBWE) instytucjom finansowym (np. Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy) oraz mediom (np. News Corporation, Time Warner czy Fox Entertainment Group). Nie może zatem dziwić fakt, że politykę XXI wieku prowadzą głęboko przenikające oraz nakładające się na siebie grupy z pogranicza polityki i biznesu. Zależności te są podstawą liberalnego systemu stosunków międzynarodowych i stanowią ich istotę. Zasadność i wyższość takiego systemu podkreślił po upadku Związku Radzieckiego Henry Kissinger ogłaszając entuzjastycznie, że świat był ogarnięty wojną „między kapitalizmem a socjalizmem i kapitalizm zwyciężył!” (cyt. za Thomas, 2000. s.9). Podobnie stwierdził Francis Fukuyama ogłaszając „koniec historii” charakteryzowanej konfliktami wielkich ideologi oraz żarliwie zwiastował fuzję liberalnej demokracji i kapitalizmu jako jedynej realnej drogi dla świata.

 

Warto zatem przytoczyć dwa przykłady wskazujące na silny wpływ podmiotów biznesowych, które kosztem państw rozwijających się – czyli o wiele biedniejszych i słabszych – wpływały na przebieg istotnych dla tych ostatnich negocjacji polityczno-ekonomicznych. Skoro zgodnie z modelem liberalnym działanie państw ma odzwierciedlać preferencje grup interesu, to zaangażowanie tych ostatnich w proces organizowania zinstytucjonalizowanej współpracy gospodarczej między państwami musi zakończyć się nierównymi warunkami współpracy między krajami rozwijającymi się a rozwiniętymi. Rozbieżność ta podyktowana jest brakiem równowagi między silnymi podmiotami państw zachodu a państwami biednymi, które nie posiadają ani silnych grup interesu ani same w sobie nie dysponują wytaczającym potencjałem. Tym samym liberalna koncepcja stosunków międzynarodowych w naturalny sposób faworyzuje silniejszych graczy, czego rezultatem jest pogłębiająca się nierówności między tymi podmiotami, eksploatacja lokalnych wspólnot oraz kolonizacja gospodarek państw słabszych.

 

Pierwszym przykładem wskazującym błędną istotę liberalnego systemu relacji międzynarodowych są negocjacje prowadzone w ramach Ogólnego Układu w sprawie Taryf Celnych i Handlu (ang. the General Agreement on Tariffs and Trade, w skrócie GATT) rozpoczęte w 1947r. a następnie kontynuowane w ramach Światowej Organizacji Handlu (ang. the World Trade Organization, w skrócie WTO). Celem GATT miała być liberalizacja światowego handlu i budowa dogodnych ram pod „bazę wzajemnych oraz wspólnych korzyści” (WTO, Article XVIII – XXXVIII, 1947). W 1948r. w Hawanie uzgodnione zostały wstępne zasady handlu międzynarodowego, jednak dwa lata później prezydent Harry Truman oznajmiły, że nie będzie zabiegał w amerykańskim Kongresie o ratyfikację dokumentu zamykając tym samym możliwość dalszego przeniesienia uzgodnień na poziom międzynarodowy (Narlikar, 2004, s.76). Znamiennym faktem pozostaje wieloletnia powściągliwość państw rozwijających się, które dopiero w latach 80-tych XX wieku przystąpiły do negocjacji w szerszym zakresie niż do tej pory (niemniej państwa te pozostały sceptyczne i podejrzliwe względem państw bogatszych). Trudno się dziwić, skoro żaden z początkowych zapisów nie wspominał o ewentualnych korzyściach dla państw rozwijających się. Ponadto procedury negocjacyjne ograniczały państwa biedniejsze i uniemożliwiały im prowadzenie efektywnych rozmów w trakcie negocjacji. Sytuacja ta trwała aż do 1995r. co spowodowało, że przez kilka dekad warunki handlu międzynarodowego nie odbywały się na z góry określonych procedurach, ale na tymczasowych i zmieniających się zasadach będących wynikiem negocjacji multilateralnych. Dzięki temu Stany Zjednoczone mogły skutecznie rozgrywać pojedyncze kraje, co w obliczu trwającej Zimnej Wojny ułatwiło Amerykanom przeciąganie niektórych krajów na swoją stronę, bądź marginalizowanie innych. Jednym z narzędzi stosowanym przez państwa liberalne był tzw. zielony pokój (ang. Green Room), w którym za zamkniętymi drzwiami prowadzono tajne rozmowy, dotyczące końcowych deklaracji. Często odzwierciedlały one punkt widzenia państw silniejszych, czyli Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników. Pomimo iż każdej delegacji przyznany był jeden głos, a państwa rozwijające się stanowiły znaczną większość, to faworyzowanie jednych kosztem drugich przyczyniło się do rozbicia jedności w obozie państw słabszych. Te ostatnie nie znając ustaleń za zamkniętymi drzwiami stawiane były przed faktem dokonanym; treść deklaracji była im przedstawiana na kilka godzin przed głosowaniem. Ostatecznie państwa biedniejsze, chcąc uniknąć całkowitego wykluczenia z międzynarodowego handlu, zmuszone były do przyjęcia zasad, na których kształtowanie nie tylko nie miały wpływu, ale które nierzadko szkodziły i osłabiały ich gospodarki; ograniczenia nałożone na eksport niektórych towarów stanowiących o przewadze komparatywnej państw rozwijających się, np. produktów rolniczych czy tekstylnych (Narlikar, 2004, s.77). Innym bardzo istotnym mechanizmem, który państwa liberalne wykorzystywały kosztem państw rozwijających się, była tzw. zasada głównego dostawcy (ang. principal supplier principle). Zgodnie z nią, negocjacje odbywały się między głównymi dostawcami oraz odbiorcami danych produktów. Następnie – zgodnie z obowiązującymi procedurami – wynegocjowane ustępstwa musiały być przyjęte przez pozostałe kraje. Oznaczało to, że państwa rozwijające się, które rzadko kiedy były głównym dostawcą na rynek międzynarodowy musiały się dostosować do uzgodnień, na które nie miały wpływu. Największymi eksporterami produktów rolniczych, z których biedniejsze kraje mogłyby czerpać korzyści na zasadzie przewagi komparatywnej są właśnie Stany Zjednoczone. Wśród dwudziestu największych eksporterów w 2011r. znalazła się także Holandia (2), Niemcy (3), Francja (5), Australia (8), Kanada (9), Hiszpania (11), Włochy (13), Nowa Zelandia (16), Wielka Brytania (17), Dania (20) (FOASTAT, Export Value Base Quantity, 2011). Z kolei największymi importerami produktów rolniczych w tym samym roku były Stany Zjednoczone (1), Niemcy (2), Japonia (3), Wielka Brytania (5), Holandia (6), Francja (7), Włochy (8), Hiszpania (10), Kanada (11) (FOASAT, Import Value Base Period Quantity, 2011). Jak można zauważyć najwięksi eksporterzy i importerzy zazębiają się i tworzą grupę nazwaną przez jednego z pracowników naukowych Uniwersytetu w Cambridge – dr. Amrita'e Narlikar – Klubem Ludzi Bogatych (Narlikar, 2004, s.76). To właśnie delegacje tych państw uzgadniają między sobą warunki handlu produktami najistotniejszymi dla państw rozwijających się.

 

W modelu liberalnym producenci krajów rozwiniętych, np. Stanów Zjednoczonych, wywierają wpływ na instytucje rządowe w celu jak najefektywniejszej reprezentacji ich interesów na forum międzynarodowym. Przedsiębiorcy ci dążą do maksymalizacji zysków i minimalizacji kosztów celem utrzymania wzrostu produkcji. Zatem najwięksi światowi eksporterzy i importerzy oczekują osiągnięcia kompromisu zorientowanego na liberalizację reżimu handlowego. Negocjacje – jak już zostało wspomniane – prowadzone były z wykluczeniem państw rozwijających się, które jednak musiały zaakceptować uzgodnienia. Liberalizacja reżimu oznaczała otwarcie ich rynków na produkty z państw rozwiniętych. W praktyce, często oznaczało to, że kraje rozwijające się zamiast eksportować produkty, na których oparta była ich gospodarka, importowały je z krajów rozwiniętych, gdzie wysoki stopień zaawansowania technologicznego przekładał się na koszta produkcji i/lub producenci korzystali z dopłat do prowadzonej działalności. Jednym z takich krajów był Senegal, którego producenci rolniczych produktów przetworzonych nie wytrzymali konkurencji z rynkiem Unii Europejskiej.

 

Przykład Senegalu jest drugim argumentem wskazującym na błąd, jaki tkwi w istocie liberalnego modelu stosunków międzynarodowych. Z założenia model ten ma uwzględniać dążenia oraz interesy wszystkich podmiotów kształtujących zachowania państw. Nie wyklucza to jednak konfliktu między nimi, a wręcz przeciwnie, wprowadza permanentny konflikt między podmiotami, często pogłębiany działaniem państw na scenie międzynarodowej (np. konflikty zbrojone determinowane celami ekonomicznymi – surowce naturalne). W senegalskim casusie przewaga komparatywna – uprawa pomidorów i produktów przetworzonych – będąca jedyną realną opcją rozwoju gospodarczego tego kraju, została na przełomie XX i XXI wieku kompletnie załamana. Uprawa tych warzyw na szerszą skalę rozpoczęła się kilka dekad wcześniej jako część dużego projektu rozwoju rolnictwa. W latach 1990-91 Senegal wyprodukował ok. 73.000 ton koncentratu pomidorowego – głównie eksportowanego do sąsiednich krajów (Mackintosh, 2004, s.38). Jednak Unia Europejska, będąca drugim po Stanach Zjednoczonych producentem tego produktu, przejęła rynek wewnętrzny Senegalu doprowadzając w ciągu kilku lat do drastycznego zmniejszenia senegalskiego eksportu koncentratu ze wspomnianych 73.000 ton w latach 1990-91 do mniej niż 20.000 ton na przestrzeni siedmiu lat w okresie 1995-2002r. oraz zwiększenia importu z krajów Unii Europejskiej z 62 ton w 1994r. do 5.348 ton w 1996r. (UNCTAD, 2002, s.160). Innymi słowy, w ciągu siedmiu lat (1995-2002) Senegal wyprodukował aż 3,5 razy mniej koncentratu, niż w ciągu dwóch wcześniejszych lat (1990-91) oraz zwiększył import tego produktu aż 86 razy w ciągu zaledwie dwóch lat!!! Powodem tych drastycznych zmian były wysokie dopłaty dla unijnych rolników i producentów koncentratu pomidorowego oraz liberalizacja senegalskich przepisów celnych, podyktowana przyjętymi w 1994 r. zobowiązaniami multilateralnych negocjacji gospodarczych. Senegal nie dysponując możliwością finansowego wsparcia swoich rolników i producentów oraz zaawansowaną technologią, pozwalającą na wydajną uprawę warzyw i produkcję produktów przetworzonych, musiał przegrać rywalizację z rozwiniętymi państwami starej Europy. Liberalna koncepcja relacji międzynarodowych faworyzuje silniejsze i bogatsze podmioty oraz reprezentujące je kraje kosztem państw biedniejszych. Z takiego układu najbardziej korzystają bogate międzynarodowe korporacje, które kolonizują gospodarczo kraje będące w stanie wchłonąć produkty bądź usługi zachodnich producentów. Międzynarodowe ramy prawne zamiast stanowić podporę równego i sprawiedliwego traktowania kluczowych interesów wszystkich państw, jak postuluje autor przytoczonego na wstępie artykułu, ułatwia silnym podmiotom – w szczególności biznesowym – wdzieranie się w słabe i bezbronne gospodarki. Dla państw europejskich mało istotny był fakt, że senegalska produkcja pomidorów i koncentratów stanowiła o jej przewadze komparatywnej, a więc była szansą na szybszy rozwój ekonomiczny. Europejscy producenci, działając zgodnie z modelem liberalnym, angażowali wszelkie dostępne im środnik nacisku na własne rządy celem ukształtowania takiego reżimu handlowego między krajami, który byłby jak najkorzystniejszy dla nich samych, a nie dla senegalskiej gospodarki. Na dodatek kraje rozwijające się musiały stawić czoła tak prozaicznym problemom, jak brak środków na finansowanie służby dyplomatycznej i delegacji negocjujących umowy gospodarcze (w tym samym czasie kraje takie jak Stany Zjednoczone mogły – i nadal mogą – pozwolić sobie na stałe i kosztowne przedstawicielstwa dyplomatyczne przy instytucjach, w ramach których odbywają się negocjacje np. WTO). Podobnym problemem okazały się także koszta związane z implementacją procedur i standardów zakreślonych w wynegocjowanych umowach – często sięgające kwot przewyższających możliwości państw rozwijających się.

 

Instytucje międzynarodowe kanalizują zatem interesy państw rozwiniętych i ich podmiotów prowadząc kulturową, gospodarczą, polityczną, a także militarną kolonizację. Kraje otwierające się na system liberalny w większym bądź mniejszym stopniu muszą pogodzić się z przekazaniem części władzy nad sprawami wewnętrznymi ośrodkom zewnętrznym. Tylko silne kraje są w stanie skutecznie konkurować na otwartym rynku, bądź całościowo przeciwstawić się liberalnej hegemonii. Słabsze państwa starają się bronić przed skutkami systemu międzynarodowego między innymi odwołując się do innych instytucji, które często nie posiadają formalnych kompetencji w danej sprawie. Przykład wieloletnich negocjacji w ramach GATT oraz WTO pokazują, że oficjalna idea stojąca za nimi nie wytrzymuje krytyki i daleka jest od rzeczywistości. Wewnętrzne procedury ustalane pod naciskiem państw silniejszych mają przede wszystkim chronić ich interesy. Co prawda w ramach WTO powstały już dodatkowe mechanizmy „chroniące” państwa rozwijające się jak np. Single Undertaking, to jednak w praktyce efekt jest często wręcz odwrotny; procedura ta pozwala małym krajom na wstrzymanie handlu z którymkolwiek z partnerów jeśli uznają, że zagraża to ich interesom, jednak w rzeczywistości kraje biedniejsze nie mają wyboru nawet, jeśli warunki handlu są daleko niesprawiedliwe, ponieważ zatrzymanie eksportu oznacza zredukowanie dochodu narodowego oraz utratę miejsc pracy na i tak już słabym rynku rodzimym. Przykład Senegalu z kolei pokazuje, jak silne podmioty państw uprzemysłowionych potrafią wykorzystać zasady funkcjonowania liberalnego modelu kosztem państw biedniejszych, dla których stawką w grze jest często przetrwanie nie wspominając już o rozwoju, innowacyjności czy wzroście produkcji. Niewątpliwie dominujący dziś model implikuje brak równowagi sił oraz pogłębia nierówności oraz konflikty. Chińska propozycja „de-amerykanizacji” systemu międzynarodowego wydaje się zatem wskazana. Globalny system relacji wymaga przywrócenia przynajmniej częściowej równowagi na arenie międzynarodowej. Pytanie, jak ma wyglądać przyszły porządek i jaką rolę może odegrać Polska w jego strukturach pozostaje nadal otwarte. Niemniej pozycja naszego kraju w nowej globalnej konfiguracji będzie taka, jaką sobie wywalczymy. Dlatego warto rozpocząć rzetelne pracę nad przygotowaniem Polski do tej transformacji.

 

Cezary Snochowski

 

Bibliografia:

 

Churchill, W. (1946) The Sinews of Peace [online], udostępnione przez: http://www.nato.int/docu/speech/1946/s460305a_e.htm

 
FOASTAT (2011) Export Value Base Quantity [online], www.faostat3.fao.org, udostępnione przez: http://faostat3.fao.org/faostat-gateway/go/to/download/T/TI/E

 
FOASTAT (2011) Import Value Base Period Quantity [online], www.faostat3.fao.org, udostępnione przez: http://faostat3.fao.org/faostat-gateway/go/to/download/T/TI/E

 
Mackintosh, M. (2004) Chapter 3 Gaining from trade? w Bromley, W. i in. (2004) 'Making the International: Economic Interdependence and Political Order', Pluto Press, s.33-73

 
Narlikar, A. (2004) Chapter 4 Who makes the rules? The politics of developing country participation and influence in the WTO w Bromley, W. i in. (2004) 'Making the International: Economic Interdependence and Political Order', Pluto Press, s.75-93

 
Thomas, A. (2000) Poverty and the 'End of Development' w Allen, T. and Thomas, A. (2000) 'Poverty and Development into the 21st Century', Oxford University Press, s.3-22

 
UNCTAD (2002) The Least Developed Countries Report 2002: Escaping the Poverty Gap, Geneva, United Nations Conference on Trade and Poverty [online], udostępnione przez: http://unctad.org/en/docs/ldc2002_en.pdf

 
WTO (1947) The General Agreement on Tariffs and Trade (GATT 1947), Article XVIII — XXXVIII [online], udostępnione przez: http://www.wto.org/english/docs_e/legal_e/gatt47_02_e.htm

 
Xinhua (2013) U.S. fiscal failure warrants a de-Americanized world [online], udostępnione przez:

   

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Kategoria: Cezary Snochowski, Polityka, Publicystyka

Komentarze (5)

Trackback URL | Kanał RSS z komentarzami

  1. Magdalena Zietek napisał(a):

    Myślę, że optyka „antyamerykańska” i „antyliberalna” jest trochę nietrafna, gdyż z tekstu jasno wynika, że Unia Europejska, a konkretnie jej „starzy członkowie” działa(ją) dokładnie według tych samych reguł, co USA. Co więcej, te same mechanizmy można zaobserwować w obrębie samej UE. Wystarczy przejść się w Brukseli dookoła instytucji unijnych i przyglądnąć się tabliczkom na pobliskich budynkach, żeby zorientować się, kogo stać na utrzymywanie tam swoich przedstawicielstw (jest też akcent polski, knajpa Żywiec na przeciwko siedziby Parlamentu Europejskiego…). Czy to jest system liberalny? Wątpię. Te same państwa, które – dosłownie – podbijają obce rynki, same różnymi metodami chronią się przed obcą konkurencją. Czy gdyby amerykańskie albo niemieckie firmy nie korzystały ze wsparcia swoich rządów, także odnosiłyby takie sukcesy? Obawiam się, że nie.

  2. Cezary Snochowski napisał(a):

    Otóż to! I jest to przykład na brak spójności liberalnej teorii stosunków międzynarodowych (rozwijanej obecnie przez Andrew Moravcsika). Z założenia model ten ma NIE prowadzić do gry o sumie zerowej (ang. zero sum game), czyli do sytuacji, w której wygrana jednej ze stron oznacza przegraną drugiej. W praktyce jest zupełnie inaczej i starałem się to wskazać na przykładzie negocjacji GATT/WTO oraz senegalskiej przewagi komparatywnej. Nie da się realizować oczekiwań podmiotów np. biznesowych i zawsze tworzyć sytuację „win-win”. W którymś momencie musi dojść do konfliktu interesów, a że zachodnie podmioty myślą przede wszystkim o przetrwaniu i własnym rozwoju, to interesuje je tylko zysk – niekoniecznie wygenerowany sytuacją „win-win”. Nie trzeba daleko szukać, bo w samej Unii Europejskiej limity produkcji, standardy czy procedury często prowadzą do faworyzowania jednych kosztem drugich. Przedstawicielstwa, o których wspominasz są naturalną konsekwencją liberalnej koncepcji stosunków międzynarodowych, jednak paradoksalnie wywołują sytuacje o sumie zerowej (np. z niemieckiego lobby zielonej energii w oczywisty sposób korzysta niemiecka gospodarka, jednak dzieje się to kosztem polskiej energetyki opartej o węgiel). Istotą tego modelu jest właśnie budowanie sieci współzależności i unikanie gry o sumie zerowej, ale jak wspomniałem wyżej, jest to praktycznie niemożliwe. W modelu tym słabsze kraje i wchodzące w ich skład podmioty stają się ofiarą silnych państw, dlatego rozumiem Twoje obiekcje co do tego czy jest to rzeczywiście liberalizm. Jednak tak. To właśnie jest liberalny model stosunków międzynarodowych, który jednak niewiele ma wspólnego z liberalizmem gospodarczym. Stąd antyliberalna optyka. Swoją drogą, to można dodać, że teoria ta jest raczej podejściem konstruktywistycznym, czyli służy do dopasowania świata do teorii a nie do opisania takiego jakim on jest.

     

    Dlaczego zatem „antyamerykańska optyka”? Abstrahując od Chin i postulatów autora, dla mnie sprawa jest dość prozaiczna. O ile relacje z Unią i Niemcami są dość skomplikowane, a z racji geograficznych nie mamy możliwości zdystansowania się od nich, to wiązanie się strategicznie (sic!) ze Stanami Zjednoczonymi jest – moim zdaniem – geopolitycznym samobójstwem. Ustawia to nas w konflikcie z Rosją oraz Niemcami i sprowadza do roli karty przetargowej w amerykańskiej dłoni. Stany wycofują się z Europy i przenoszą swoje zainteresowanie na strefę pacyficzną. Nasza proamerykańska „lojalność” będzie – jak to określił George Friedman – „klinem między Rosją a Niemcami”. Stany z kolei będą nas traktować jak jakiegoś mało znaczącego konia trojańskiego, którego zawsze można „wyłączyć” jeśli rywale zaoferują dobrą cenę (tak jak zrobił to Obama z tarczą antyrakietową, której polskie elementy zagrażałyby rosyjskiemu potencjałowi nuklearnemu). Jest oczywiście jasne, że nasz obecny rząd nie prowadzi polityki proatlantyckiej tylko prounijną i proniemiecką.

  3. Magdalena Ziętek napisał(a):

    Hmm… Liberalizm wyłącza istnienie jakichkolwiek protekcjonizmów, i to zarówno ze stron państw narodowych, jak i organizacji ponadnarodowych. Dlatego ciągle nie rozumiem, co wspólnego z liberalizmem ma np. Unia Europejska z jej polityką agrarną i barierami celnymi dla podmiotów zewnętrznych. Liberalizm jest hasłem propagandowym, to na pewno, pod przykrywką którego wymusza się deregulacje na podmiotach słabszych, w sytuacji, gdy samemu ma się przewagę konkurencyjną. Jeśli chodzi o antyliberalizm, to czekam na propozycję pozytywną, jak w takim razie należałoby uregulować handel międzynarodowy.
    Chiny – nie widzę żadnej różnicy między Chinami a USA. Te pierwsze prowadzą równie imperialną i grabieżczą politykę, więc nie sądzę, żeby to państwo miało jakąkolwiek legitymację moralną do tego, aby pouczać Amerykanów. Wystarczy przyjrzeć się temu, co Chińczycy wyrabiają w Afryce.
    I jeśli chodzi o rzekome wycofywanie się USA z Europy. Przecież trwają pertraktacje na temat utworzenia strefy wolnocłowej między obydwoma kontynentami… http://www.wykop.pl/ramka/1411555/obama-chce-strefy-wolnego-handlu-pomiedzy-usa-i-ue/. Sprawa nie została jeszcze przekreślona, tylko raczej odwleczona w czasie…
    A jeśli chodzi o sprawy geopolityczne: to nie bardzo rozumiem, do czego mamy zmierzać. Wystąpienia z Unii i związania się z Rosją? Czy też do tworzenia Euroazji, składające się z UE, Rosji i Chin?

  4. Cezary Snochowski napisał(a):

    Jednym z modeli teorii stosunków międzynarodowych jest model liberalny, który stanowi odwrotność modelu realistycznego (Kennetha Waltza). Liberalizm tej teorii nie musi być tożsamy z liberalizmem handlowym. Raczej chodzi o dopuszczenia do relacji międzynarodowych dodatkowych podmiotów – innych niż państwa narodowe. W systemie międzynarodowym podmioty te maja działać samodzielnie wpływając na własne państwa oraz inne podmioty. W opozycji stoi teoria realistyczna zgodnie z która, to państwa są głównym i jedynym graczem w polityce międzynarodowej. Staram się wskazać niespójność modelu liberalnego oraz pokazać, że słabsze państwa (w tym Polska) traci na tym więcej niż nam się wydaje. Zgodzę się jednak, że Unia nie ma nic wspólnego z liberalizmem, nie tylko gospodarczym ale także światopoglądowym. Też chciałbym Imperium Europaeum, którego normą podstawową są wartości chrześcijańskie, ale dyktatura postmodernizmu raczej się umacnia niż słabnie.

    Co do reszty, to raczej wypadałoby ująć to w osobnym artykule.

  5. Magdalena Zietek napisał(a):

    Konsekwentny liberalizm zakłada, że państwa narodowe w ogóle nie „wtrącają” się do działań ekonomicznych, podejmowanych przez podmioty prywatne. Takiego liberalizmu nigdy nie było i nie ma, a to co się nazywa liberalizmem, jest tak naprawdę realizmem, gdyż to państwa narodowe „załatwiają” swoim przedsiębiorstwom korzystne warunki dostępu do obcych rynków…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *